poniedziałek, 27 czerwca 2011

Mój TOP TEN (literatura obca)

Ciąg dalszy listy na Biblionetkowy plebiscyt - tym razem literatura obca (polska tutaj):


Josif Brodski, "Tym tylko byłem. Wybór wierszy"
Dzieła Brodskiego lapidarnie skomentować się nie da; być może jest tak, że nie potrafię go skomentować w ogóle. Do tego przekrojowego, zawierającego wszystkie najważniejsze wiersze Rosjanina, tomu jestem przywiązany wyjątkowo z powodów osobistych. Ale też dlatego, że został on zredagowany szczególnie serdecznie w 10. rocznicę śmierci przez przyjaciół Poety ze "Znaku". To nie książka - to w pewnym sensie mój drugi dom, za okładki płotem.

Kir Bułyczow, "Przełęcz; Osada"
Skromny dyptyk o grupie kosmicznych rozbitków, którzy w mozole odtwarzają w ekstremalnych warunkach początki cywilizacji i jednocześnie próbują zaszczepić pamięć świata ziemskiego młodemu pokoleniu, które Ziemi nie pamięta. Poza fantastyczną dramaturgiczną konstrukcją "Osada" zostawia nas w dręczącym poczuciu kruchości otaczającego nas świata i ze świadomością jakże głębokiego uzależnienia od jego wytworów. A gdyby nagle wszystko znikło?

James Clavell, "Shogun"
Autentyczna historia angielskiego żeglarza z przełomu XVI i XVII w wieku posłużyła Clavellowi za kanwę chyba najlepszej powieści przygodowej wszech czasów. Z wirtuozerią narracyjną prowadzi nas przez początkowo budzący grozę, obcy, niezrozumiały świat Japonii doby wojen feudalnych, pozwala wniknąć w psychikę samurajów od wieków nawykłych do ukrywania swoich myśli, rozwija z wyjątkowym wyczuciem wątek miłosny, wreszcie tworzy wielką osobowość Toranagi, istnego władcy marionetek, którego finałowy monolog jest jedną z bardziej osłupiających partii jakie czytałem. A to wszystko na 1200 stronach, które czyta się jednym tchem.


Raymond Chandler, "Długie pożegnanie"
Intryga kryminalna chyba w żadnej powieści Chandlera nie jest najważniejszym ani najmocniejszym elementem. Chandlera kocha się coś innego - za jedyny w swoim rodzaju klimat, będący koktajlem pesymistycznej wizji świata, dość rozpaczliwego w gruncie rzeczy idealizmu Marlowe'a, oraz skrywającej ten romantyczny z ducha idealizm gryzącej ironii, zwłaszcza w jedynych w swoim rodzaju dialogach. W Długim pożegnaniu, ostatniej wielkiej powieści Chandlera, intryga jest pretekstowa chyba w jeszcze większym stopniu niż we wcześniejszych jego tekstach. Za to najgłębsze jest osamotnienie Philipa Marlowe'a, a wątek przyjaźni z Lennoxem jeszcze bardziej je podkreśla. Powieść najbardziej przesiąknięta egzystencjalnym pesymizmem a najmniej kryminalna, jest w dorobku mistrza gatunku jego dziełem najlepszym.


Joseph Conrad, "Lord Jim" (w przekładzie Michała Kłobukowskiego)
Uchodząca za koszmarnie nudną i trudną powieść Conrada, w wirtuozerskim tłumaczeniu Michała Kłobukowskiego odzyskała charakter gawędy, wysnutej wieczorem gdzieś na werandzie w tropikalnej scenerii. Okazało się, że uwodzi barwną panoramą życia w kolonialnych portach Pacyfiku, zachwyca szalenie nowoczesną, szkatułkową konstrukcją i fascynuje szpalerem epizodycznych postaci, z których każda niesie swoją indywidualną historię - czasem rubaszną, częściej jednak dramatyczną. Wielopłaszczyznowa opowieść o obrazie samego siebie, o samoświadomości i odpowiedzialności, o honorze i drugiej szansie – zyskała sama drugie życie, a Kłobukowski zdobył za jej przekład zasłużoną nagrodę Literatury na Świecie. (Więcej o "Lordzie Jimie" pisałem tutaj).

James Ellroy, "Tajemnice Los Angeles"
Miasto Aniołów, lata 50., trzech skrajnie różnych policjantów: mało lotny brutal, cyniczny karierowicz i pryncypialny idealista. I kilka splątanych ze sobą śledztw. W tle - blichtr Fabryki Snów, narkotyki, korupcja, gwiazdy kina i luksusowe prostytutki (przy czym dwie ostatnie kategorie łatwo pomylić). Mroczna i brutalna, przesiąknięta cynizmem proza Ellroya otrzymała tu swoją najdoskonalszą postać. Potrójna perspektywa pozwoliła na koronkową, rozbudowaną konstrukcję fabuły, a trójka bohaterów - na pogłębienie portretów bohaterów wziętych z tradycji noir, z których każdy w toku opowieści przejdzie bolesną metamorfozę. Na dokładkę sceny przesłuchań są chyba najlepsze w całej literaturze kryminalnej.

Larry McMurtry, "Na południe od Brazos"
Biorąc za punkt wyjścia epizody z życia dwóch wielkich osobowości Dzikiego Zachodu, Charlesa Goodnighta i Olivera Lovinga, McMurtry stworzył hiperwestern przewartościowujący większość klasycznych  motywów tego gatunku. Mamy schyłek epoki pionierów (lata 70. XIX wieku), mamy spęd bydła (jak w "Rzece Czerwonej"), pościg za porwaną (jak w "Poszukiwaczach"), bandytę i ścigającego go szeryfa (niczym w opowieściach o Billym Kidzie), zdegenerowanych morderców (podobnych grupie pościgowej z "Dzikiej bandy"), wreszcie zabiedzone niedobitki plemion indiańskich (rodem z "Niebieskiego żołnierza"). Znalazło się również miejsce na niebanalny wątek miłosny, historię dojrzewania, motyw trudnego ojcostwa i wnikliwie zanalizowaną wieloletnią męską przyjaźń. Nie brak tu zarówno przedniego komizmu, jak i dławiącego smutku. Ale przede poznajemy dwa skrajnie przeciwstawne charaktery westernowych emerytów: Woodrow Calla i Augustusa McCrae, w których ogniskuje cała wspaniałość i cały tragizm dziejów podboju i cywilizowania Zachodu. McMurty'emu udała się totalna synteza gatunku w jednej wielowątkowej opowieści, mająca w przedziwny sposób cechy zarówno demitologizacji, jak i mitologizacji. Do tego stworzył jednego z najbardziej pamiętnych bohaterów w amerykańskiej literaturze: Gus McCrae to osobowość większa niż życie, kwintesencja męskości w wydaniu hemingwayowskim, w opinii grającego go później Roberta Duvalla - "postać, która jest dla amerykańskiego aktora tym, czym dla angielskiego Hamlet i Król Lear". Wielki epos o godności życia i godności umierania, słusznie uhonorowany Nagrodą Pulitzera, na dokładkę genialnie przełożony przez Michała Kłobukowskiego (znowu!), któremu przyniósł nagrodę Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich. (Powieści tej poświęciłem niegdyś osobną stronę internetową).

Alan A. Milne, "Kubuś Puchatek"/"Chatka Puchatka"
Najmilsza książka (książki) mojego dzieciństwa czytana po latach jest moim azylem psychicznym, w którym dziś odnajduję fantastyczną galerię archetypów i ładunek optymizmu, jakiego próżno szukać gdzie indziej. Lubię w mieszkańcach Stumilowego Lasu odnajdywać odbicia moich bliskich (i samego siebie), a pełne ciepła spojrzenie autora na tą menażerię daje mi ładunek akceptacji na cały rok - do następnej lektury.

Anatolij Rybakow, "Dzieci Arbatu"/"Trzydziesty piąty i później"/"Strach"/"Proch i pył"
Wielki hit wydawniczy końca lat 80. (nakład pierwszej części to 400 tysięcy egzemplarzy!). Przejmująca epopeja o latach stalinowskich, pokazanych na przykładzie losów grupy przyjaciół z tytułowej moskiewskiej ulicy. Jednocześnie jest to chyba pierwsza beletrystyczna próba przeniknięcia psychiki samego Stalina. Nie ma może u Rybakowa stylistycznych fajerwerków, ale spod tej prosto i po Bożemu napisanej napisanej prozy wyziera autentyczna groza potwornych czasów, w jakim przyszło żyć zwykłym ludziom i prawda doświadczenia, które wymyka się zachodniemu rozumieniu. Pomimo nowszych, zbliżonych tematycznie sag (choćby "Saszeńka" Sebaga-Montefiore), "Dzieci Arbatu" nadal pozostają z tego kręgu pozycją najlepszą. I wielkim głosem domagają się wznowienia.

Adam Thorpe, "Ulverton"
Książka kupiona zupełnie przypadkiem, pod wpływem impulsu, którego do dzisiaj nie rozumiem, bo angielska wieś to nigdy nie był mój zakres zainteresowań. A jednak. "Ulverton", prozatorski debiut angielskiego poety, zachwyca przemyślaną konstrukcją, w której tuzin opowiadań-epizodów rozpiętych od 1650 roku do współczesności zazębia się wzajemnie (np. finał losów bohaterów jednego opowiadania poznajemy dopiero w tle historii z następnego tekstu). W splatających się tekstach pięknie uchwycona została ponadczasowość ludzkich emocji i zaduma nad przemijaniem. Ale bohaterem jest tu też język: każde z opowiadań ma innego narratora i inną konstrukcję narracyjną - pojawia się ustna gawęda, barokowe kazanie, fragmenty korespondencji, opisy fotografii, scenariusz filmowy itp. Tłumaczenie tego wszystkiego na polski to istna Kaplica Sykstyńska sztuki przekładu - przed Robertem Sudołem czapki z głów!





I znów: co wybrać? Co skreślić?...

wtorek, 14 czerwca 2011

Niespełnienie ("Hollywoodland", reż. Allen Coulter, 2006)

Zasiadając do „Hollywoodlandu” wiedziałem, że raczej nie ma co się spodziewać arcydzieła. Ale jednak wziął górę mój pociąg do kryminałów z nurtu neo-noir, tym bardziej, ze ostatnio przekonałem się (oglądając „Nieugiętych”), że przy tego typu filmach moje jestem mniej wymagający niż zwykle. Po prostu mam słabość do takich klimatów – twardzi faceci w borsalinos, okazałe auta (określenie samochody mi tu nie pasuje), zepsute kobiety, wytrawna whisky, ogólna degrengolada moralna i cyniczne teksty. No, a Hollywoodland oczywiście wszystko to oferuje.

Intryga utkana jest całkiem sprawnie z klisz gatunkowych pamiętających jeszcze Chandlera, a jej osnową jest prywatne śledztwo wokół zagadkowej śmierci George’a Reevesa (Ben Affleck), aktora odtwarzającego w latach 50. rolę Supermana. Jest to zresztą sprawa autentyczna, a kontrowersje wokół niej nie zostały zadowalająco wyjaśnione po dziś dzień. Ustalenia policji wskazują na samobójstwo, jednakże – częściowo z osobistych pobudek - śledztwo podejmuje prywatny detektyw, grany przez Adriana Brody’go („Pianista”). Jak łatwo przewidzieć, trafia na bagno ciemnych interesów, bezlitosnych producentów, i tłumionych namiętności. Otrzymujemy zatem rzetelnie odtworzony światek (chciałoby się chwilami rzec – półświatek) fabryki snów końca lat 50., zbudowany z sympatycznych smaczków z historii Hollywood (Affleck grając z Burtem Lancasterem w „Stąd do wieczności”!). Nie zawodzi – o dziwo - Brody jako lekko ciamajdowaty ale interesowny detektyw, choć początkowo nie pasował mi w tej roli (trudno było mi uwolnić jego twarz od skojarzenia z „Pianistą”). Affleck, którego serdecznie nie cierpię, pasuje do roli niespełnionego ambicjonalnie gwiazdora o miernym talencie i w sumie wywiązuje się ze swojego zadania aktorskiego zadowalająco. Ale najlepszy jest drugi plan: Bob Hoskins jako pozbawiony skrupułów producent i przede wszystkim 41-letnia już Diane Lane, jedna z najpiękniejszych aktorek kina, po której widać mijającą młodość, ale również ten fakt potrafi pokazać z wielką klasą (ostatnia scena!). Skądinąd szkoda, że tak stylowa aktorka nie trafiła nigdy na scenariusz z rolą na miarę swojego talentu (najbliżej była chyba w młodości w „Na południe od Brazos” i w latach dojrzałych w „Niewiernej”). Para Hoskins – Lane zdecydowanie aktorsko przebija pierwszy plan „Hollywoodlandu”.

- Kto ci zmyje krew z rąk?
- Jaką krew? Jestem filmowcem!



Właśnie głównie w scenach z ich udziałem widać, jak świetny mógłby być ten film w rękach bardziej wytrawnego reżysera. Obraz Coultera ratuje się dobrze uchwyconym blichrem epoki, jak również dbałością o gatunkowy nastrój, ale zdecydowanie zabrakło nerwu narracyjnego, wytrawnej ręki reżyserskiej. Opowieść chwilami tonie w dłużyznach, intryga miejscami jest trochę mętnie prowadzona, i aż żal tych kilku świetnych konceptów, które przebłyskują co jakiś czas z ekranu. Takie smaczki jak chociaż lejtmotyw z  powracającą w różnych wariantach kluczową sceną Reevesa z gitarą, świetna (także aktorsko!) ostatnia scena Afflecka, czy wreszcie sporo błyskotliwych dialogów – w lepiej poprowadzonym filmie miałyby dużo większą szansę oddziaływania. A tak "Hollywoodland" ląduje niestety dość daleko mojej wielkiej triady neonoir („Chinatown” – „Ścieżka strachu” - „Tajemnice Los Angeles”). Generalnie - polecam tylko miłośników gatunku, którzy strawią wyżej opisane słabości, by spośród nich wyłowić te smaczniejsze kąski.

sobota, 11 czerwca 2011

Tetralogia

TETRALOGIA
dawniej: «cykl czterech utworów literackich, rzadziej muzycznych»
obecnie: «nauka o pieluchach tetrowych»

:)

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Wichry wojny (Marcin Wroński, "A na imię jej będzie Aniela")

[Przed opublikowaniem poniższej recenzji zamierzałem wrzucić refleksje o "Kinie Venus", środkowym i moim ulubionym tomie cyklu o Zydze Maciejewskim. Jednak ponieważ jego pisanie z ważkich przyczyn uległo spowolnieniu, nie przetrzymuję tego tekstu dłużej. Najwyżej kiedyś uzupełnię tę (?) lukę.]




Na trzeciego „Maciejewskiego”, jako zagorzały wielbiciel serii, czekałem z ogromną niecierpliwością. Uwielbiam kryminał w takim wydaniu jak u Wrońskiego – opowieść o brudnej policyjnej robocie (police procedural, jak nazywają ten podgatunek Amerykanie), w dodatku w malowniczym kostiumie retro, zszytym z tkaniny historycznej uzupełnionej mroczniejszymi a wielce twarzowymi fragmentami w tonacji noir. Pierwszy tom "Maciejewskiego", nie ukrywam, czytałem z wypiekami na twarzy. Drugi to po prostu jedna z najlepszych powieści kryminalnych jakie spotkałem w życiu. Oczekiwania miałem więc spore.

Przyznam, że po skończonej lekturze "Anieli" mam wątpliwości jak oceniać trzecią, tym razem okupacyjną odsłonę przygód lubelskiego komisarza. Kłopot w tym, że jest to znacznie lepsza powieść w ogóle, niż powieść kryminalna. Historia krwawych, połączonych z gwałtami mordów i śledztwa prowadzonego przez Maciejewskiego (tym razem w szeregach niemieckiej Kripo), stanowiąca szkielet fabularny, jest jej zdecydowanie najsłabszym elementem. I wcale nie dlatego, że Maczejewski, jak mówią Niemcy, ma w okupacyjnych realiach mocno związane ręce (kogo obchodzą morderstwa na Polkach?), przez co śledztwo idzie mu jak po grudzie. Owszem, ma związane. I owszem, śledztwo dalekie jest od dynamiki, ale w okupacyjnych okolicznościach jest to, umówmy się, zrozumiałe. Problem w tym, że Wroński, rozciągając swoją fabułę aż na sześć lat, rozbił ją w strukturę epizodyczną, i nad tą strukturą chyba nie do końca zapanował. Między epizodami, które dzieli od siebie rok lub pół roku, nie czułem upływu czasu. Często odnosi się wrażenie, jakby przez ten międzyczas zaskakująco niewiele się zmieniło – zarówno w śledztwie, jak i w większości relacji między bohaterami (wyjątkiem Zielny). A pół roku czy rok, to jednak długo.

Takie rozciągnięcie pociągnęło za sobą niestety dezintegrację dramaturgii śledztwa, a co gorsza nie zostało należycie, moim zdaniem, uzasadnione fabularnie. Maciejewski w Kripo nie ma złych układów, a jego współpraca z AK daje chyba furtkę dla innych, niż regulaminowe, rozwiązań (są po temu podstawy). Co gorsza, powstałe rozrzedzenie fabuły nie zostało należycie wykorzystane. Sześć lat to ogrom czasu, a odnosi się wrażenie, że Kripo jak i sam Maciejewski nie maja nic do roboty pomiędzy kolejnymi, jako się rzekło – oddalonymi w czasie, mordami. Może należało rozszerzyć policyjną robotę o inne, prostsze sprawy? Może należało skondensować akcję do, dajmy na to, trzech lat (przy okazji zostawiając sobie miejsce na kolejną, tym razem okupacyjno-powojenną powieść)? Nie wiem, i w sumie nie muszę.
:: SPOJLER - ZAZNACZ ŻEBY PRZECZYTAĆ ::

Niestety to rozwleczone w czasie śledztwo spuentowane jest wyznaniem kompletnie, w moim odczuciu, błędnie zaaranżowanym. Z punktu widzenia sprawcy jest ono posunięciem tak  głupim, że tracącym wiarygodność, bo postać, którą uważamy za przebiegłą, pogrąża się sama i to zupełnie dobrowolnie, bez jakiegokolwiek – zewnętrznego czy wewnętrznego - przymusu.

:: KONIEC SPOJLERA ::


Po takim wstępie mogło by się zdawać, że „Aniela” to literacki niewybuch. Otóż absolutnie nie. Wszystko inne poza szkieletem głównego wątku, jest na najwyższym poziomie. Wroński okazał się tym razem dużo lepszym opowiadaczem, niż konstruktorem intrygi. Ma przecież potoczysty styl, potrafi tworzyć ciekawe tło dla swojej opowieści, prowadzić kilka naraz wątków pobocznych. Z wprawą wytrawnego filmowca operuje nastrojami i dramaturgią poszczególnych scen, czy to kameralnych, czy to dynamicznych jak nalot - na czele z najstraszniejszą: oglądem ofiar potrójnego mordu. Pisze soczyste dialogi, które żywcem można przenieść na ekran – i wie jak puentować nimi sceny, by na moją zblazowaną twarz wypełzł uśmiech bezwstydnej czytelniczej satysfakcji. 

- Od kiedy to znacie się na psychologii, Fałniewicz?
– Znam się na skurwysynach, panie komisarzu.


Marcin Wroński
(repr. teatrnn.pl)
Choć czasy są okrutne i do uciechy nie nastrajają. Dramatyczne realia okupacyjne odciskają piętno na większości postaci drugiego planu (bez taryfy ulgowej – dla niejednej jest to piętno śmiertelne). Właśnie drugi i trzeci plan, na które szczęście Wroński nie oszczędzał papieru, są w „Anieli” najciekawsze. Rzeczywistość jest straszna, ale jednak wielowymiarowa. Poznajemy złożone i nieoczywiste charaktery ludzi, którym przyszło działać w ekstremalnych warunkach – czy to będą handlowo-matrymonialne perypetie Zielnego, czy opisane z szorstką delikatnością przeżycia i emocje Róży, czy odpychająca (ale jak nakreślona!) postać króla getta Szamy Grajera, czy tragiczne losy Krafta i jego rodziny, czy wreszcie zaskakująca ale jakże ludzka historia komendanta Schleggera. Zło i dobro rozkłada się niezależnie od nacji - polskiej, niemieckiej, żydowskiej. Sam Maciejewski zresztą też budzi bardzo mieszane uczucia. Kwestia słuszności dokonanych przez niego wyborów i jego dość obsesyjnie traktowanych priorytetów - pozostaje otwarta. Ot – takie czasy, skomplikowane i mniej czarno-białe, niż może wydawać się obecnie z perspektywy czasu. Cała ta galeria wątków, płynnie wpleciona w tło historyczne od nalotu 9 września 1939, przez likwidację getta aż po tzw. wyzwolenie, tworzy materię barwną i przejmującą. Obraz trudnych czasów opisany bez wielkich słów i patosu. Styl Wrońskiego – co oczywiste i trafne – nie ma też z reguły takiej ironii jak w poprzednich odsłonach, ale zyskuje przez to powściągliwość. Mniej więc jest smakowitych fajerwerków wrońskiego poczucia humoru, za to jako powieść historyczna, rekonstruująca w znakomicie dobranych detalach codzienne życie przygniecionego okupacją miasta, relacje międzyludzkie i między-narodowe, uzupełnione o cytaty z okupacyjnej gadzinowej prasy lubelskiej – „Aniela” jest dziełem naprawdę sugestywnym. Podobnie poważną perspektywę wprowadza wspomnieniowa opowieść Krafta, przy której do głosu - w osobie rozmawiającej z nim dziennikarki - dochodzą powojenne oceny wojennych zachowań Niemców. Właśnie to, co dzieje się poza głównym śledztwem Maciejewskiego, jest najbardziej w tej powieści interesujące i stanowi jej największą wartość. Tak jakby Wroński – pasjonat historii przerósł Wrońskiego od kryminałów.

Czy zatem „Aniela” jest dobrym kryminałem? Średnim, tylko miejscami bardzo dobrym. Ale jest wnikliwą i przejmującą powieścią historyczną.

5 / 6

Marcin Wroński,  A na imię jej będzie Aniela. Warszawa : Wydawnictwo W. A. B., 2011.

Książka dostępna w WBP w Lublinie