Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlam posty z etykietą Irlandczycy

Witajcie w ciężkich czasach (Frank McCourt, "Prochy Angeli")

McCourt z detalami i sugestywnością właściwą dziecięcemu postrzeganiu świata odmalowuje kolejne doświadczenia. I jego opowieść byłaby w zasadzie nie do zniesienia, gdyby nie przenikające ją niezwykłe poczucie humoru, które pozwala wśród zwałów błota, niezliczonych przypadków obojętności, wreszcie codziennych dziecięcych małych i dużych tragedii, odnaleźć szereg detali nieodparcie śmiesznych - czy to rodzajowo zabawnych, czy obłędnie absurdalnych.

Miłość toksyczna jest (Robert McLiam Wilson, "Autopsja")

Środkowa powieść pisarza z Belfastu, który swego czasu zachwycił mnie Ulicą Marzycieli (1996) , i zafrapował Zaułkiem łgarza (1989) . Powstały pomiędzy nimi Ból Manfreda , bo tak należałoby przełożyć oryginalny tytuł Autopsji (1992), to mocna i przejmująca wiwisekcja zmarnowanej miłości. Rozliczenie? Przestroga? Nie wiem, natomiast jest to przejmujące studium przemiany miłości, przywiązania i wszystkiego co się z tymi uczuciami wiąże, w zwyrodniałą potrzebę posiadania ukochanej osoby; studium paranoi, w której własne uczucia popychają do użycia przemocy wobec ukochanej osoby. Dotarcie do punktu, w którym te dwie rzeczy - miłość i przemoc - wydają się nie stać z sobą w sprzeczności, jest o tyle dla czytelnika trudnym doświadczeniem, że początkowo Manfred budzi sympatię, a przynajmniej współczucie. Wilson ugryzł temat przewrotnie - historię poznajemy od końca, kiedy mężczyzna w podeszłym wieku wydaje się raczej ofiarą jakiejś tragedii, której przebiegu nie znamy; odbywa pokutę, al...

Hiob, czyli Ulisses (Robert McLiam Wilson, "Zaułek łgarza")

Debiutancka powieść irlandzkiego pisarza, którego trzecią (i jak dotąd ostatnią) książkę, czyli kapitalną "Ulicę marzycieli" , czytałem w marcu. Łatwo sprawdzić, że "Zaułek łgarza" ma podłoże autobiograficzne: autor, podobnie jak jego bohater, porzucił studia w Cambridge i przez pewien czas byl londyńskim koszardem. Powieściowy Ripley Bogle, 22-letni wyrzutek irlandzkiego pochodzenia, to bezdomny pełną gębą - poznajemy go zmarzniętego, głodnego, kiedy ledwie żywy snuje się po stolicy brytyjskiego Imperium. Towarzyszymy mu raptem cztery dni, ale Bogle, piekielnie inteligentny i oczytany, zdąży opowiedzieć nam całe swoje dotychczasowe życie, w dodatku wpuścić nas kilka razy w maliny, przez co, kiedy wreszcie pod koniec zdobywa się na szczerość, pozostawia czytelnika w głębokiej konfuzji i zmusza do przewartościowania oceny swojej osoby. Szkoda jedynie, że polski wydawca zdecydował się na tytuł, który już na starcie podważa wiarygodność bohatera, co niestety osłabi...

Rewelacja z Belfastu (Robert McLiam Wilson, "Ulica marzycieli")

Zupełnie przypadkiem na św. Patryka - książka z Irlandii Północnej. Wszystkie opowiadania traktują w gruncie rzeczy o miłości. Ech, chyba od lektury "City" Baricco (marzec 2012 roku) nie zdarzyło mi się tak głęboko zakochać w książce, wpaść po uszy, ulec szeregowi emocji, wybuchom śmiechu i wielu wzruszeniom, dać się prowadzić autorowi jak po sznurku, zaangażować do tego stopnia, by z zamknięciem książki natychmiast zatęsknić za jej bohaterami. Dzięki Bibliożercy poznałem nieprzeciętną czeredę uroczych młodych Irlandczyków - wiecznie przegranego Jake'a (rozwód jeszcze przed 30-tką), grubego Miśka, który z głupia frant wygrywa na loterii życia wielką miłość i szalony fart w interesach, wściekłą bojowniczkę Aoighre, Roche'a - wyszczekane dziecko ulicy, innych kumpli od kufla i szereg indywiduów zamieszkujących Belfast. Jak przecudnie ironiczny jest styl Wilsona, jak wyważone są nuty melancholii w całej kompozycji! Potrafi uwieść, uśpić czujność - i wstrząsn...

"Fields of Athenry"

Nie wspominałem dotychczas o Euro, bo choć śledzę rozgrywki, to poza meczami reprezentacji podnieca mnie w stopniu umiarkowanym, ale po wczorajszym nie wytrzymam i się odezwę. Z szacunku dla irlandzkich kibiców, którzy dali niesamowity, autentycznie wzruszający popis wsparcia i w wielkim stylu podziękowali swojej drużynie za heroiczny bój z przeciwnikiem - nie ma co ukrywać - o lata świetlne lepszym. "Fields of Athenry" odśpiewane przez 20.000 gardeł (najliczniejsza grupa kibiców na Euro!) to było coś naprawdę wielkiego.