Podobno scenariusz pod tym tytułem Cormac stworzył już w 1987 roku, a więc bezpośrednio po Krwawym Południku, jednakże kiedy nie został on kupiony, pisarz przerobił go na powieść. To może częściowo, ale tylko częściowo, tłumaczyć znaczną zmianę autorskiego stylu na skrajnie oszczędny. W rzeczywistości autor Rączych koni z biegiem lat stopniowo ulapidarnia swój styl od rozbuchanego bogactwa słów i składni, których apogeum to (zupełnie odmienne w tonacji) Suttree i Krwawy Południk, przez znacznie bardziej powściągliwą Trylogię Pogranicza, której ostatni tom jest z kolei oszczędniejszy zarówno językowo jak i, by tak rzec, obrazowo, od poprzednich. W tym kontinuum niniejsza, dziewiąta powieść jest naturalnym kolejnym stadium tej ewolucji - bynajmniej zresztą nie ostatnim. Tak czy inaczej scenariusz został przerobiony na dzieło czysto literackie, dające się zresztą - mimo współczesnego osadzenia akcji - bez większego problemu określić jako piąty western w dorobku McCarthy'ego.
Zarazem jest to przypowieść o zmaganiu z Losem, osadzona w czasach sportretowanych jako przed-ostateczne. Llewyn Moss, wplątując się pomiędzy gangi narkotykowe, ściąga na swoją glowę istnego jeźdźca Apokalipsy w postaci płatnego zabójcy Antona Chigurha. To indywiduum pozbawione sumienia i skrupułów, którego nie da się przebłagać ani odwołać. Jedyną możliwością odwrócenia karty jest rzut monetą, którą kilkukrotnie się on posługuje, czyli w istocie ślepy przypadek. Zawartego z nim zakładu nie cofa nawet śmierć. Chigurh, choć to duchowy krewny Sędziego Holdena z Południka, nie rezonuje, jak tamten, ze swadą i erudycją, jest natomiast siłą, przed którą nie ma ucieczki. Pod tym względem bliżej mu do milczących kanibali z W ciemność.
Paradoksem jest natomiast, że Moss ściąga go na siebie zarówno grzechem chciwości (kradnąc wypełnioną dolarami walizkę) jak i odruchem miłosierdzia (gdy wraca w to samo miejsce napoić rannego). Owa litość to gest ze starego porządku, za którym tęskni tytułowy stary człowiek - szeryf Bell, także tropiący Mossa, ale jednocześnie przepełniony lękiem przed tym, co Mossa ściga, przed czystym złem, którego nie rozumie. To już nie jest kraj, który znał. Jakby przeczuwał, że w następnej powieści McCarthy'ego nie będzie to już kraj dla żadnych ludzi.
Tymczasem jednak dostaliśmy perfekcyjny thriller, okraszony znakomitymi, ciętymi dialogami ("- Jeśli nie wrócę, powiedz mojej matce, że ją kocham. - Ale twoja matka nie żyje! - To sam jej powiem.") , bogaty w symbolikę (moneta, otwierająca drogę w zaświaty, odsyła do mitologicznego obola), w dodatku igrający z przyzwyczajeniami czytelnika (kluczowy zgon ma miejsce w ogóle poza kadrem!). Kongenialna adaptacja braci Coen (to oni, a nie Cormac, napisali scenariusz) wydobyła z tego materiału czyste złoto, dodając fenomenalne, przepalone słońcem zdjęcia boga kamery Rogera Deakinsa i budzącą grozę kreację Javiera Bardema.
Na koniec warto zwrócić uwagę, że powieść ta ma dwa spolszczenia, przy czym tłumacz pierwszego wydania polskiego zupełnie pogubił się w lakonicznej prozie Cormaca, więc warto szukać przekładu Roberta Sudoła.
Ode mnie: 5,0 / 6
Cormac McCarthy, To nie jest kraj dla starych ludzi (No Country For Old Men); tłum. Robert Sudół. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014.

„pogubił się w lakonicznej prozie” – czyli tłumaczył ją nielakonicznie? :-)
OdpowiedzUsuńTu jest to opisane: https://impressje.blogspot.com/2011/04/to-nie-jest-kraj-dla-starych-ludzi.html
UsuńLOL. Dzięki za linka. You (a właściwie to p. Bryk) made my day. :-)
UsuńDziękuję za recenzję. I za wyjaśnienie przyczyn, dla których - jak przypuszczam - książka mi się nie spodobała. Czytałem wydanie z 2008 r. (tłumacz: Robert Bryk).
OdpowiedzUsuńProza rzeczywiście jest lakoniczna, a McCarthy nie stosuje atrybucji w dialogach, a to z połączeniu ze słabym przekładem powodowało, że dłuższe dialogi czytało się źle (ze dwa razy zwątpiłem, czy dobrze rozumiem, który spośród rozmówców wypowiadana daną kwestię).
W drugim wydaniu wszystko się zgadza i świetnie czyta, no ale Sudół to znakomity tłumacz. Do tego stylu można się przyzwyczaić, wtedy proza nabiera w moim odczuciu takego specyficznego, posępno-medytacyjnego rytmu.
UsuńMógłbyś zrobić kiedyś na blogu krótki przegląd dobrych polskich tłumaczy (z angielskiego, ewentualnie z innych języków). Bo ja kojarzę tylko nazwiska Kłobukowskiego i Płazy, teraz dowiedziałem się także o Sudole... i pewnie warto znać byłoby jeszcze kilka, kupowanie przekładów literatury pięknej wymaga wszak namysłu.
UsuńNie mam aż takich kompetencji. Obecnie najwyżej cenię Świerkockiego, Sudoła (fenomenalny przekład "Ulvertonu" Thorpe'a, może kiedyś w końcu opiszę), Kłobukowskiego (za "Brazos" i "Lorda Jima" - podobno bywa zbyt swobodny i bywa za to krytykowany, ale nie przeze mnie ;), a ze starszych Zielińskiego (klasyk, kolosalny dorobek), Stillera (miał wielkie ego, ale za Burgessa i "Lolitę" wybaczam). Cenię Violettę Dobosz za przekłady Ellroya i Paulinę Braiter-Ziemkiewicz za piękne tłumaczenia "Ziemiomorza" Le Guin. Wszystkie przekład Michała Alenowicza prozy Crummeya. Poza tym doceniam sporo pojedyńczych dzieł - np. kocham "Il Gattopardo" Lampedusy w wersji Stanisława Kasprzysiaka, a "49 opowiadań" Hemingwaya wspaniale weszło mi w nowym przekładzie Karoliny Wilamowskiej. Za to "Nostromo" czytałem w dobrym tłumaczeniu Jana Józefa Szczepańskiego, ale w przyszłości sięgnę po wersję Świerkockiego. Z poezji - Barańczak i Krzyżewska za Brodskiego i Łobodziński za Dylana. To taka wyliczanka na szybko.
Usuń