Przejdź do głównej zawartości

Przypowieść o chłopcu i Cieniu (Ursula K. Le Guin, "Czarnoksiężnik z Archipelagu")

Klasyka, którą szczególnie warto poznać w młodym wieku, ze względu na niezwykłej urody formę, na bogatą w metafory treść, aż wreszcie na głęboko humanistyczną mądrość, jaka się pod tymi metaforami kryje.




mojej córce Urszuli


Czuję się zdecydowanie niezręcznie pisząc o książce, którą, jak mi się zdaje, wszyscy znają od dawna. Przecież to w końcu poza Władcą Pierścieni chyba najbardziej klasyczna pozycja w fantasy. Przymierzałem się do niej od dekad, w efekcie żałując, że nie przeczytałem jej w wieku nastoletnim, w którym przemówiła by do mnie najmocniej. Czarnoksiężnik jest bowiem, choć nie jest literaturą młodzieżową, pozostaje wzorcowym przypadkiem powieści o dojrzewaniu - i to takim, którego lektura może naprawdę wnieść dużo w życie i świat wewnętrzny młodego człowieka. W opowieści tej chłopak z górzystej wyspy odkrywa w sobie magiczną moc, którą pod kierunkiem czarodzieja Ogiona uczy się posługiwać. W istocie jednak Ogion dąży do wypracowania w wychowanku samokontroli i wewnętrznego spokoju bardziej niż czarnoksięskiego mistrzostwa, co wychowankowi niekoniecznie się podoba. Ostatecznie jednak mistrz szanuje wolność wyboru młodzieńca i ten, gnany ambicją, opuszcza swego nauczyciela i udaje się do czarnoksięskiej szkoły. Ale to dopiero początek, a sedno historii Duny'ego (później Geda, zwanego też Krogulcem) leży w zmaganiu z wywołanym przezeń z zaświatów Cieniem, upiorem. Powieść, a właściwie przypowieść Le Guin, realizuje sie na kilku płaszczyznach, z których każda ma drugie dno, znaczenie metaforyczne. Cień ścigający Geda jest uosobieniem demonów wewnętrznych człowieka, zwłaszcza lęku przed śmercią (także tą symboliczną, jak samotność, ale i innych lęków, bo każdy ma przecież ich własne stadko). Demon ma przewagę, póki Ged przed nim ucieka, a sytuacja zmienia się diametralnie, kiedy wreszcie - w myśl genialnego wersu Roberta Frosta: "Najlepsze wyjście wiedzie zawsze na wskroś" - chłopak zdobywa się na odwagę stawić czoła swojemu prześladowcy.

Bardzo istotna jest w powieści rola imion, bo tylko z tym co nazwane można nawiązać interakcję - zawiązać przyjaźń lub podjąć skuteczną walkę. Imię oznacza tożsamość, nazywać to powoływać do istnienia, nadawać kierunek i miejsce w świecie. Nazwanie dodaje skrzydeł lub piętnuje, może potęgować grozę lub oswajać rzeczywistość, ośmieszać lub uwznioślać. Dlatego chłopiec - Duny otrzymuje od nauczyciela nowe imię, a także nadaje sobie przydomek. Zaczyna tym samym nowe życie. Ale imię jest też kluczem do wnętrza jego właściciela, bez różnicy - człowieka czy upiora. W relacjach, ujawnienie komuś imienia jest otwarciem przestrzeni zaufania i bezbronności, co widac zarówno w przyjaźni Geda z innym czarnoksiężnikiem Vetchem, jak i w wątku walki z demonem. Ten ostatni początkowo zdaje się nie mieć imienia, jawi się więc jako niepokonany. Zaś jego imię…cóż, prostym, genialnym zabiegiem w postaci takiego a nie innego imienia Cienia mistrzyni fantastyki powiedziała więcej niż mogą przekazać moje drętwe zdania.

Większość postaci i epizodów, spotykanych przez Geda w jego drodze jest tu znacząca - przy czym drogą jest tu "droga życia", mająca wiele etapów, obfitujących w nasycone symboliką wydarzenia i dialogi. Szczególne miejsce zajmuje wśród nich rozmowa ze smokiem, który - jak to smoki - więcej wie o świecie przyrodzonym i magicznym, niż ludzie. Ale zarówno wielki talent magiczny Geda, pokusa uosabiana przez dziewczynę, podszyty pychą grzech porywczej młodości, wybór takiej a nie innej drogi edukacji, aż po finałowy rejs i walkę - to wszystko daje się przenieść, dzięki mocy symbolu, na życie zupełnie niemagiczne, czyli nasze własne. Bo nie opowieść sama w sobie jest tu celem, a jej wydźwięk jako przypowieści o mocy i odpowiedzialności, pokorze i odwadze, wewnętrznych demonach i wewnętrznej harmonii. I nie tylko.

Nie da się przy tym ukryć, że dzieło amerykańskiej pisarki ujmuje czysto literacką urodą. Niespieszny, zadumany rytm zdań (który zachwycił mnie już w pisanych dla dzieci Kotolotkach) tworzy przestrzeń dla niemal malarskiego zacięcia w kreowaniu pejzażu Ziemiomorza i jego wyjątkowej atmosfery, a w przekładzie Stanisława Barańczaka z safysfakcją wraca się do co piękniejszych akapitów. Nie ujmując nic epickiej wizji J. R. R. Tolkiena muszę wyznać, że ta historia trafiła mnie mocniej i celniej, ujęła specyficzną wrażliwością i uważnością emanującą z każdej strony, a także - co również odróżnia Czarnoksiężnika od Władcy Pieścieni - pewną powściągliwością wyobraźni. Przy całej sugestywności Ziemiomorza jako kreacji, nazwijmy to, scenograficznej, Le Guin nie rozprasza się na drobiazgowe rozbudowywanie dekoracji dla nich samych, nie grzęźnie w dygresyjnych wywodach genealogicznych, nie rozbudowuje barokowo mitologii swojego świata, co u starszego kolegi po piórze ociera się o sztukę dla samej sztuki. Po prostu Le Guin na każdym poziomie: rozdziałów, akapitów i pojedyńczych zdań, starannie waży słowa, znajdując zawsze złoty środek między pełną harmonii prostotą a starannie wyważoną finezją, skupiając uwagę na głęboko humanistycznej refleksji, a nie na spektakularnym efekcie rozbuchanej wyobraźni, jak to miewa miejsce u Tolkiena. Jest w Czarnoksiężniku, lub w urzekającym klimacie samego Ziemiomorza coś, co - mimo że wiek Geda mam dawno za sobą - nie pozwala zapomnieć o tej historii i tej krainie. Może sama autorka miała podobnie, stąd powstał cały cykl? Z perspektywy czasu widzę też, że Ziemiomorzu wiele zawdzięcza Półwysep opisany przez Annę Brzezińską w Wodach głębokich jak niebo - co zresztą nie przynosi ujmy polskiej pisarce, bo jej wyobraźnia i wrażliwość to literackie złoto. Natomiast, jak wspomniałem na początku, szkoda że nie sięgnąłem po Czarnoksiężnika 30 lat temu. Warto ją poznać w każdym wieku, ale - mam wrażenie - w młodym szczególnie, ze względu na niezwykłej urody formę, na bogatą w bardzo naturalną symbolikę treść, aż wreszcie na głęboko humanistyczną mądrość, jaka się pod tymi metaforami kryje. Stąd też dedykuję tę polecankę bliskiej mojemu sercu nastolatce, która przypadkiem jest imienniczką Autorki.

Ode mnie: 6 / 6


Ursula Le Guin, Czarnoksiężnik z Archipelagu (A Wizard of Earthsea); przeł. Stanisław Barańczak. Warszawa: Prószyński i S-ka, 2010.



Komentarze

  1. To może, idąc za ciosem, Lewa ręka ciemności, która dawno temu zrobiła na mnie ogromne wrażenie, a jej aktualność przy obecnych zmianach postrzegania seksualności, jest chyba wręcz szokująca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najpierw Ziemiomorze, ale na LRC też przyjdzie czas.

      Usuń

Prześlij komentarz