sobota, 5 marca 2011

Przytrzaśnięty ciszą (o Stanisławie Rembeku i jego "W polu")

[Poniższy tekst jest rozszerzoną i przeredagowaną wersją recenzji opublikowanej na BiblioNETka.pl pt. "Remark, Rembeque..." (została tam nawet recenzją miesiąca sierpnia 2009 r.). Poczucie nieukończenia, które mam w związku z nim, powoduje, że co jakiś rozrasta się on o kolejne zdania. I nadal nie mogę stwierdzić, że o Rembeku napisałem już wszystko co chciałem...]


 
Krzyk jeden pomknął wzdłuż granicy
I zanim zmilkł - zagrzmiały działa:
To w bój z szybkością nawałnicy
Armia Czerwona wyruszała.

(J. Kaczmarski)[1]

Osamotnienie

Stanisław Rembek
(fot. www.1920.muzhp.pl)
Moim myślom o Stanisławie Rembeku zawsze towarzyszy przygnębienie. Los tego zapomnianego dzisiaj pisarza jest smutnym świadectwem skuteczności cenzury prewencyjnej PRL - ale w przypadku Rembeka to nie o politykę chodzi, ale o wyjątkowy, cichy i głuchy tragizm jego losów.  To nazwisko mało kto dziś w ogóle kojarzy, nie wspominając już o przyznaniu należnego mu honorowego miejsca w szeregu polskich literatów międzywojnia. A należy mu się miejsce szczególne, nawet biorąc pod uwagę fakt, że dramatyczne koleje życia w jakimś stopniu sparaliżowały rozwój jego talentu. Ale może właśnie dlatego, w imię spóźnionego zadośćuczynienia, trzeba oddać Rembekowi sprawiedliwość. Pomnika nie ma (jest za to patronem ulic w Piotrkowie Trybunalskim i Grodzisku Mazowieckim, w których mieszkał), ale najbardziej szkoda, że nigdy nie trafił do kanonu lektur. Powinien. I byłby chętnie czytany.

Mój egzemplarz
"W polu"
W odróżnieniu od całej galerii młodszych kolegów po piórze, na których piętno odcisnęła II wojna światowa, doświadczeniem które ukształtowało Rembeka jako pisarza, była wojna polsko-bolszewicka. Idący w 1919 roku na wojnę z Sowietami Rembek to rówieśnik Baczyńskiego z 1939 roku. Doświadczenia frontowe stały się dla niego tym, czym Powstanie Warszawskie dla „pokolenia kolumbów”. Już debiutancka powieść "Nagan" z 1928 roku zwróciła na niego uwagę ówczesnej krytyki, choć nie wzbudziła jednogłośnego entuzjazmu. Patrząc z perspektywy czasu można chyba powiedzieć, że Rembek wyprzedził swoją epokę. Mianowicie sięgnął po takie środki literackiego obrazowania, do których literatura – nie tylko polska - dojrzała dopiero po II wojnie światowej. Doświadczenie 1920 roku spowodowało, że został naznaczony wojną wcześniej, niż większość polskiego świata literackiego. Dziś można próbować postawić go obok Borowskiego czy Nałkowskiej, ale takie porównania nie oddadzą jego pisarskiej indywidualności i literackiego osamotnienia. Osamotnienia wypływającego zresztą nie tylko z faktu, że sam jeden pisał o wojnie z bolszewikami. Otóż Rembek jest bodaj jedynym w Polsce nowoczesnym pisarzem batalistycznym. Takim jak na gruncie amerykańskim dwadzieścia lat później Norman Mailer ("Nadzy i martwi") i przede wszystkim James Jones ("Cienka czerwona linia"). I, zdaje się, jedynym tej klasy batalistą pozostał do dzisiaj. A "Nagan" był tylko przygrywką. 

Po szosie bębnił huraganowy ogień

Opublikowana w dziewięć lat później powieść "W polu" to jego opus magnum. Otrzymał za nią nagrodę Fundacji im. F. S. Lewentala i nagrodę miasta Kalisza. Sama Maria Dąbrowska zgłosiła "W polu" do nagrody "Wiadomości Literackich". Wśród zachwyconych dziełem byli Karol Irzykowski, Julian Krzyżanowski i Kazimierz Wyka[2]. Także Czesław Miłosz – wiele lat później – określi "W polu" mianem najlepszej wojennej powieści dwudziestolecia[3]. O co cały ten szum?

Otóż Rembekowskie "W polu" jest dziełem w literaturze polskiej zupełnie osobnym i bezprecedensowym. Nasza tradycja rozumienia wojny ukształtowana została studwudziestoletnim okresem zaborów. Czyn zbrojny był u nas zawsze rozumiany jako walka wyzwoleńcza: z najeźdźcą, zaborcą, okupantem. To bój chwalebny i heroiczny. I niewątpliwie - jest to jakaś część historycznej prawdy, natomiast na pewno nie jest to prawda cała. Po pierwsze, postać czy to w maciejówce, czy z orzełkiem na czapce, czy z biało-czerwoną opaską, od dawna zastygła w świadomości potomnych w pomnikowej pozie, której patos skutecznie odbiera poczucie autentyzmu i realności. Po drugie, my sami – współcześni – dość kurczowo trzymając się bogoojczyźnianej wizji historii, tracimy z oczu szczegóły i niuanse, na które nie ma miejsca w monolicie narodowej chwały.

Wojsko polskie, sierpień 1920
(fot. Wikimedia Commons)
A Stanisław Rembek pokazał wojnę z zupełnie innej perspektywy: w maksymalnym zbliżeniu, w detalu, w skali mikro. Pisze właśnie nie o spiżowych bohaterach, ale o żywych ludziach - z reguły zresztą żywych do czasu. Kontekst polityczny właściwie go nie interesuje - pojawia się w powieści marginalnie, a szersze spojrzenie na mapę fontu nie występuje w ogóle. Za to od początku do końca towarzyszymy kilkudziesięcioosobowej gromadzie żołnierzy: jest to jedna z kompanii X Dywizji Piechoty gen. Żeligowskiego. Tej zbieraninie typów ludzkich, pochodzących ze wszystkich chyba warstw społecznych i regionów II Rzeczypospolitej, towarzyszymy w odpieraniu sowieckiej ofensywy w lipcu 1920 roku gdzieś na terenach dzisiejszej północnej Białorusi. Towarzyszymy dosłownie: autor wrzuca nas w sam środek okopu, pokazując wojnę w całej jej grozie i znoju. Rytm wyznaczają tu bezładne odwroty i desperackie kontrataki, nawroty tyfusu i kolejne dezercje. Napady przyprawiającego o obłęd strachu sąsiadują ze zrywami niebywałej odwagi. W błocie, pocie, krwi i łzach padają ludzie i konie, płoną chyba wszystkie napotkane wsie i z rozwojem wypadków ma się coraz silniejsze wrażenie, że wygrywa nie tyle Armia Czerwona, co rozszalały żywioł wojny, niosący iście apokaliptyczną zagładę, punktowaną powracającym jak refren lapidarnym zdaniem: Po szosie bębnił huraganowy ogień.

Wszystko to opisane jest bez cienia zadęcia i fałszu, i - wbrew zawężeniu fabuły do losów jednej tylko kompanii - wprost dyszy epickim oddechem. Rembek pokazuje się jako fantastyczny narrator-batalista: jego styl jest obrazowy, ale oszczędny w słowach; dramatyczny, ale pozbawiony patosu; wreszcie - naturalistyczny na niespotykaną w polskiej literaturze skalę. Ale nigdy nie wpadający w puste efekciarstwo, bo celem Rembeka nie jest epatowanie wojenną makabrą. Jego opowieść czasem przypomina swoją rzeczowością bezlitosny reportaż frontowy, ale o jej sensie stanowi pogłębiona analiza psychologiczna jednostki rzuconej w tryby machiny wojennej. Jest to zresztą naczelny temat całej jego twórczości, także tej dotyczącej powstania styczniowego i okupacji. Tu zaś większość wydarzeń oglądamy oczami porucznika Paprosińskiego, zastępcy dowódcy kompanii. Paprosiński na naszych oczach zmaga się z panicznym strachem, od którego jeżą się włosy na głowie. Na naszych oczach dokonuje też bohaterskich kontrataków, dowodząc, że strach i odwaga to często dwie strony tego samego medalu. Do niego też należą najgłębsze refleksje – te o wojnie i te o ludziach w nią zaplątanych.

Milczenie

Gdyby szukać porównań dla dzieła Rembeka, to najbliższym punktem odniesienia byłoby "Na zachodzie bez zmian" Remarque’a, do którego zbliża go antywojenne przesłanie i bardzo (bardzo!) pesymistyczna wymowa, ale którego przewyższa dramatyzmem narracji. Po publikacji "W polu" Maria Dąbrowska stawiała je wyżej niż dzieło niemieckiego pisarza[4], a i inni krytycy byli zgodni, że powieść jest wybitna. Przed Rembekiem przyszłość stała otworem, ale w rok po jego wielkim sukcesie nadeszła wojna, a po niej sowiecka okupacja – i Rembek stał się z oczywistych względów pisarzem zakazanym, skreślonym. Dziś, czytając o jego powojennym losie, wydaje się, jakby został pogrzebany za życia: co prawda wydano mu "Balladę o wzgardliwym wisielcu i dwie gawędy styczniowe" poświęcone powstaniu styczniowemu, oraz okupacyjny "Wyrok na Franciszka Kłosa", jednak czterdzieści powojennych lat upłynęło mu na zmaganiach nawet nie tyle z cenzurą, co z powszechnym wokół niego milczeniem. Być może zabrakło mu siły przebicia, być może nastąpił splot kolejnych nieszczęśliwych okoliczności, ale przede wszystkim jako piewca wojny, której oficjalnie nie było został z premedytacją wymazany z krajobrazu literackiego PRL przez oficjalne czynniki. O reedycji "Nagana" i "W polu" nie mogło być oczywiście mowy, a podejmowane przez kilku filmowców próby ekranizacji "Wyroku" i "Gawęd styczniowych" spełzły na niczym. Nigdy też nie posunął się – jak wielu współczesnych mu pisarzy - do wysługiwania się swoim piórem systemowi. Koniec końców zmarł w 1985 roku jako człowiek, którego ciężkiej ciszy przytrzasnęły drzwi: w nędzy, przygnieciony zniechęceniem, schorowany, uzależniony od alkoholu i morfiny i kompletnie zapomniany przez wszystkich poza rodziną. I poza Juliuszem Machulskim, który po 10 latach usiłowań, w 1992 roku nakręcił według jego prozy swój najdojrzalszy film – "Szwadron". Przypomniany dopiero przez Joannę Siedlecką, która napisała o nim w "Wypominkach", został odkryty przez Grzegorza Łatuszyńskiego. Ten założył wydawnictwo "Agawa" specjalnie po to, by opublikować całą spuściznę Rembeka, ratując go przed całkowitym zapomnieniem[5]. W ten sposób na przełomie wieków, poza reedycjami czterech istniejących pozycji, ujrzały światło dzienne niepublikowane wcześniej "Dzienniki": okupacyjny i z 1920 roku, nieznana wcześniej powieść o Józefie Wybickim, oraz teksty niedokończone, odnalezione w rodzinnym archiwum i Bibliotece Narodowej. Wśród nich jednak najjaśniejszym światłem błyszczy "W polu" – największe arcydzieło polskiej prozy batalistycznej. I nigdy dość przypominania o nim.

Z szacunku dla Rembeka uparłem się na przedwojenne wydanie "W polu". Chciałem mieć to wydanie, którym i on, jak sobie lubię wyobrażać, cieszył się w 1937 roku - trzydziestosześcioletni pisarz, fetowany przez największe nazwiska ówczesnej krytyki. Nic szczególnego: szara, tekturowa oprawa, obecnie mocno postrzępiona. Na karcie tytułowej rozmyty, nieczytelny podpis atramentem. Czyj - nigdy się nie dowiem.

Ode mnie: 5,5 / 6

---
[1] J. Kaczmarski, „Ballada wrześniowa”, [w:] tegoż: „Ale źródło wciąż bije...”, wyd. Marabut, 2002, s. 473.
[2] T. Burek, „Posłowie”, [w:] Stanisław Rembek, „Nagan”, wyd. Agawa, 2006, s. 204. 
[3] C. Miłosz, „Historia literatury polskiej do roku 1939”, wyd. Znak, 1993, s. 484.
[4] W. Chmielewski, „Posłowie”, [W:] Stanisław Rembek, „W polu”, wyd. Agawa, 2006, s. 356.
[5] Por. wypowiedź G. Łatuszyńskiego: tamże, s. 361-362. 

Stanisław Rembek, W polu. Opowieść. Warszawa : Instytut Wydawn. "Biblioteka Polska", 1937.

Książka dostępna w WBP w Lublinie

3 komentarze:

  1. Kurczę, u mnie niestety w bibliotece jest tylko "Wyrok na Franciszka Kłosa".

    Bardzo zaciekawiłeś mnie tą recenzją/esejem. I będę zmuszony przeczytać nowe wydanie, zamiast tego z lat trzydziestych:)

    OdpowiedzUsuń
  2. @Charlie: cieszę się, że Cię zaintrygowałem - propaguję Rembeka jak mogę, powody chyba widać w tekście :) Co do dostępności czegokolwiek, osobiście bardzo sobie chwalę wypożyczanie międzybiblioteczne - jeszcze nie spotkałem pozycji, której nie znalazłbym w Nukacie albo Karo i nie dałoby się zaimportować.

    Wydania późniejsze są bogatsze o posłowia - zwłaszcza interesująca pod tym względem jest edycja wspomnianego w tekście wydawnictwa Agawa z 2006 roku (było jeszcze wydanie "podziemne" chyba pod koniec lat 80.). Jeszcze raz polecam gorąco.

    OdpowiedzUsuń
  3. Po lekturze Twojej recenzji przesuwam Rembeka na początek listy oczekujących przeczytania. Jawi mi się, że może to być rzecz faktycznie arcyciekawa. Dzięki za komentarz na moim blogu. Dzięki niemu tutaj trafiłem i jestem pod wrażeniem. Tak trzymać! Zaraz dodaję do obserwowanych i pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń