piątek, 9 grudnia 2016

Historia przemocy (Philipp Meyer, "Syn")


Tym różni się od nafty
krew, że jest jej doprawdy
ile dusza zapragnie:
przelewaj - nie zabraknie.
(Josif Brodski, "Kolo")

Żyjemy na szczęście w czasach, kiedy przekłady zza oceanu trafiają do nas stosunkowo szybko, więc cieszy fakt, że krótko po laureatce Pulitzera 2014 (Szczygieł Donny Tartt) trafił w moje ręce finalista z tamtego roku. Czekałem na tą książkę, bo tematyka historii Pogranicza - a rzecz dzieje się w Teksasie na przestrzeni stu osiemdziesięciu lat - jest mi szczególnie bliska. Interesujące, że autor nie jest rodowitym Teksańczykiem: mieszka w Austin od 2005 roku.

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Josif Brodski, "Zamieć w Massachusetts"

W.Sz.

Śnieg pada - sypie któryś dzień z kolei.
Czarne odzienie natychmiast bieleje.
Pól już nie widać. Miasto zasypało.
Bielej nie może być - już tak jest biało.

A jednak - może. Po to idzie zegar,
choć mniej ma minut niż płatków w tych śniegach.
Gdy zapadają nocami ciemności
nieprzeniknione, są jak śnieżna pościel.

Jakby nam nagle owa ziemia biedna
prezentowała w końcu tylko jedną
połowę twarzy - jej policzek mieści
zebrane wszystkie jedwabie niewieście.

Śnieg sypie. Pełno lodowatej kaszy.
Widać zły ślepiec szaleje i straszy.
A czego dotknie, to od jego tchnienia
w bielmo na oczach natychmiast się zmienia.

Włączyć odbiornik, piosenek posłuchać?
Też będzie pustka, choć nie cisza głucha.
Albo list pisać do znajomej z Tweru?
Aby drzwi sprawdzić biegniesz od papieru.

Jak się rozebrać i do snu położyć,
gdy biel koszuli biel ramion pomnoży.
Zza nich na ciebie cały pułk się toczy -
białkami w szybie błyskające oczy.

Za oknem zamieć. Nie patrz w tym kierunku.
Tam oczekuje twego podarunku
krzepki pielęgniarz w całunowej głuszy,
w płachcie koloru już zbawionej duszy.

(1990, przeł. Katarzyna Krzyżewska)


piątek, 2 grudnia 2016

Człowiek z Zachodu (Hampton Sides, "Krew i burza")

Biografia Kita (Christophera) Carsona (1809-1868), XIX-wiecznego trapera, przewodnika i dowódcy wojskowego, jednej z kluczowych postaci w dziejach podboju Pogranicza, to kolejna już w moich rękach pozycja ze wspaniałej Serii Amerykańskiej wydawnictwa Czarne. Zarazem druga - po porywającym "Imperium księżyca w pełni" opisująca początki Teksasu i Nowego Meksyku, ale tym razem od strony białych zdobywców. Carson przez pół wieku był uczestnikiem i świadkiem długiego i krwawego pochodu osadników na zachód. W młodości był łowcą bobrów (identycznie jak współczesny mu znany ze Zjawy Hugh Glass). Był kurierem wojskowym, przewodnikiem słynnych wypraw Johna C. Frémonta, jako pierwszy przemierzył cały kontynent od Kalifornii do Waszyngtonu, zasłużył się w wojnie z Meksykiem o Teksas i wojnie secesyjnej. Miał też istotny wkład w likwidację wolnego plemienia Nawahów. Stał się bohaterem dziesiątek tanich powieści o Dzikim Zachodzie, jakimi karmiła się zbiorowa wyobraźnia XIX-wiecznych Amerykanów. Krew i burza to właśnie tytuł jednej z takich książek.

poniedziałek, 7 listopada 2016

Josif Brodski, "Pewnej poetce"

Ja zarażony jestem klasycyzmem.
Panią zaś tknęła zaraza sarkazmu.
Cóż, łatwo przejść na grymaszeń płaszczyznę,
gdy co dzień biuro, a nad głową szef.
Pani lubiła nasz wiek zwać żelaznym.
I nawet człowiek nie poczuł ni razu,
że zarażony klasycyzmem jasnym,
po ostrzu noża bezustannie szedł.

Dziś już przyjaźni naszej widać krańce.
Odtąd się zaczną wzajemne pretensje.
Przeszkodą w pani służbowym awansie
już tylko Bachus będzie, tylko on.
Mój wzrost na niwie zacząwszy, zakończę
w tym samym stadium. Zastygłem nie więcej
niż Herkulanum w lawie twardniejącej.
Dla pani nie drgnie nawet moja dłoń.

Dość porachunków. Znoszę dziś niewolę.
Na sianie sypiam i jadam niewiele.
Na znanym pani złodzieju nie gore
dostatnia czapka, lecz łysiny krąg.
Ja, epigońska papuga. Gniewała
pani się na mnie, woląc nic nie wiedzieć.
Lecz kiedy wyrok prawa mnie zniewalał,
dobiegł mnie odgłos pani wieszczych klątw.

Służba Muz wielu rzeczy wprost nie cierpi.
Sama zaś twórcę popędza i szarpie,
aż ten ze świętych swoich dreszczy czerpie
niezbitą pewność, że zeń prawie Bóg.
W natchnieniu jeden wieszcz sporządza raport.
Drugi swe żale przelewa na papier.
A trzeci w pysku umie przynieść aport
oraz z talentem lizać pański but.

I powie śmierć, że nie da się sarkazmem
dosięgnąć życia. Przechodząc przez pryzmat,
sarkazm oświetli komórkową plazmę,
ale nie jądro - to niestety fakt.
Służbę tak długi czas pełniąc przy Muzach,
ugrzązłem wreszcie w swoich klasycyzmach,
choć mogłem, tak jak mistyk w Syrakuzach,
z głębin cebrzyka spoglądać na świat.

Dość porachunków. Może to i słabość.
Po cóż ma pani sarkazm mnie oślepiać?
Żyję, odmienność swoją błogosławiąc:
bzyczące w górze oskarżenia os
w skromnym rumianku budzą bojaźliwość.
Wiem bardzo dobrze, że przede mną przepaść.
I zawrót głowy mam, jakby w niej śmigło
kręciła jakaś nieugięta oś.

Oto szewc szyje buty. Dla dzieci grzecznych
cukiernik ciastka piecze. Czarnoksiężnik
wertuje grube foliały. A grzesznik
dzień w dzień popełnia jakiś nowy grzech.
Płyną delfiny przez morskie mielizny
i gdzieś Apollo patrzy niedosiężny
na bezgranicznie powierzchownych bliźnich.
Las szumi, z nieba niemo spływa zmierzch.

Jesień nadchodzi. Już zeszyty wszędzie
tkwią w szkolnych teczkach. W nadchodzącym chłodzie
podobne pani czarownice przędzę
zwijają w kłębek, zapatrzone w dal.
Wspominam dawny epizod w Taurydzie,
rozmiłowanie nas dwojga w przyrodzie.
W tej, co się pleni dziko i obficie.
I dziwnie mi jest, i smutno, madame.

(1965, tłum. Stanisław Barańczak)