czwartek, 29 września 2016

Szekspir na benzendrynie (James Ellroy, "Wielkie Nic")


Jest w Wielkim Nic (właściwie - Wielkim Nigdzie) scena, w której obłąkany saksofonista układa dziką, obsesyjną improwizację, której kluczowym elementem są momenty ciszy pomiędzy kontrastowymi, chaotycznymi sekwencjami. To dobra metafora powieści Ellroya, w której pomiędzy obrazami spektakularnej, wymyślnej przemocy fizycznej i psychicznej kluczowe są krótkie chwile, w których bohaterowie oddają się introspekcji. A mają nad czym myśleć. U porucznika Mala Considine'a trauma wojenna ściśle splata się z toksycznym małżeństwem i walką o opiekę nad pasierbem. Młody, nabuzowany idealizmem detektyw Danny Upshaw prowadząc śledztwo w sprawie serii "pedziobójstw" ("homocide") odkrywa własne trudne do zaakceptowania skłonności. Turner "Buzz" Meeks - "najbardziej skorumpowany gliniarz w LA" - lawiruje między policyjną robotą a fuchami u Mickeya Cohena, bossa półświatka, w dodatku bezczelnie podbierając mu dziewczynę. Wszyscy trzej zostaną wplątani w inwigilację związków zawodowych w Hollywood, w której to grze każdy z nich może sporo wygrać. Ale nic nie będzie proste i łatwe, jak to u Ellroya. Zwłaszcza, że jednym z zaangażowanych jest owiany ponurą sławą porucznik Dudley Smith (pojawił się już w Tajnej sprawie), który gra wyłącznie na siebie i jest w tym bezwzględnie skuteczny.

wtorek, 27 września 2016

Josif Brodski, "Hymn"

Pochwalmy za to klimat,
że ustanawia limit
tudzież nadaje fason
upływającym czasom.

Z wszelkich więzień lub lochów
tu, w Czterech Porach Roku,
jest najlepsza wyżerka;
gdy bunt - strażnik w bok zerka.

Kiedy o pochodzenie
spytać klimat - on w tlenie
dostrzega swój rodowód;
ale z jakich powodów

jest wszechobecny - nie wie.
Po konfucjańsku w siebie
wpatrzony, ciepłych uczuć
może skąpić, lecz mruczy

swoje "Zawsze". Skończoność
naszą cieszy to słowo,
jego otucha błoga -
ale to jest przestroga.

Permanentność klimatu
jest wynikiem prymatu
nicości nad ciśnieniem
atmosferycznym. Nie wiem,

być może z barometrem
trzeba jak Byron z metrum:
używać, nawet często,
lecz traktować jak świętość.

Dokładność słupka rtęci
przewyższa moc pamięci
(też śmiertelnej istoty):
klimat ma własne cnoty.

Gdy podstawi nam nogę
jakimś brzydkim nałogiem,
nie rodziców obciąży
winą, lecz morskie prądy.

Kiedy ktoś mu zarzuca,
że bez sensu zanudza,
nie najmuje prawnika
i rozgłosu unika.

Znawca historii, wie też
wiele o przyszłym świecie
i, pogodny, wygląda
jak autor ich obojga.

Z Rzymianinem antycznym
jeden miałby punkt styczny:
gadałby o pogodzie,
nie Wodzu i Narodzie.

Podobnie z mutantami
przyszłości: tematami
każdej z nimi dyskusji
czyniłby kumulusy.

Bo jakże ich nie sławić?
Nieznana im nienawiść
i zawsze się wybrednie
wzniosą nad wredną brednię.

Lecz jeśli ta abstrakcja,
klimat, czasem zwraca
uwagę na opinie -
to, co w rozumnym hymnie

wyśpiewał wszystkim światom
ich pojedynczy atom,
czyli moja osoba,
może mu się spodoba.

(1995, przeł. Stanisław Barańczak)

poniedziałek, 19 września 2016

Josif Brodski, *** (Kończy się lato. Wrzesień...)

Kończy się lato. Wrzesień. Dozwolone odstrzały
 kaczek, jarząbka, słonki. „Jakże się postarzałeś!"
 powie ci taka jedna. Podrywasz więc dwururkę,
aby głębszym westchnieniem nie przestraszyć przepiórki.
 Płuco lekko zadrżało. Na straganach morele.
 Mimo to, w świecie wokół obserwujesz tak wiele
nagłych zmian, jakby zaczął głupotą cię zadręczać,
którą wziął od jakiegoś ciemnego cudzoziemca.

Sedno tkwi nie w jesieni, nie w rysach twarzy stale
zmiennych jak zwierz biegnący na myśliwego, ale
rzecz jest w odczuciach pędzla po zerwaniu z obrazem
bez początku i końca, ram i środka zarazem.
Nie mówiąc o muzeum, a tym bardziej o haku.
Pociąg mknie po równinie, gwiżdżąc zawsze jednako,
 nawet widziany z bliska, bez poprawki na dym,
z punktu widzenia pejzażu ruch jest konieczny w nim.

To się tyczy jesieni, odnosi się do czasu,
gdy gasisz papierosa i kiedy drzewa z lasów
wydają się torami, które zrzuciły koła
i rdzą się pokrywają wszystkie drzewa w zespołach.
A w gardle już nie grudka, lecz najprawdziwszy jeż,
bowiem na pełnym morzu lepiej nie poznasz też
sylwetek samolotów, statków gubiących nimby
i mogłyby się wydać dziwne w przestrzeni, nim by

zwiększyły prędkość. Miała rację znajoma: co by
zrozumiał starożytny Rzymianin z naszej doby,
gdyby się teraz zbudził? Obłok, gołębia, wzgórze,
płaską wodę lub jakiś detal w architekturze,
ale już żadnej twarzy. Niektórzy chcą dlatego
wyjeżdżać za granicę. Nie znajdując innego
życia, spieszą z powrotem. Popatrzeć w oczy nie chcą
ze strachu i niechętni są pożegnalnym gestom

powiewania chusteczką. Inni, których poruszy
miłość - kochają bardziej niż życie, mają w duszy
przekonanie, że starość, to drugie życie, w którym
nie opalą się, w słońcu jaśnieją jak marmury.
Nieobca im historia. Ich wzrok w jeden punkt wbity.
A im więcej tych punktów, to tym więcej ukrytych
 -jak w zabawie w chowankę- zostanie cętków, kropek
na jajkach kuropatwy, słonki, jarząbka, dropia.

(1987, tłum. Katarzyna Krzyżewska)

piątek, 9 września 2016

Miłość toksyczna jest (Robert McLiam Wilson, "Autopsja")


Środkowa powieść pisarza z Belfastu, który swego czasu zachwycił mnie Ulicą Marzycieli (1996), i zafrapował Zaułkiem łgarza (1989). Powstały pomiędzy nimi Ból Manfreda, bo tak należałoby przełożyć oryginalny tytuł Autopsji (1992), to mocna i przejmująca wiwisekcja zmarnowanej miłości. Rozliczenie? Przestroga? Nie wiem, natomiast jest to przejmujące studium przemiany miłości, przywiązania i wszystkiego co się z tymi uczuciami wiąże, w zwyrodniałą potrzebę posiadania ukochanej osoby; studium paranoi, w której własne uczucia popychają do użycia przemocy wobec ukochanej osoby. Dotarcie do punktu, w którym te dwie rzeczy - miłość i przemoc - wydają się nie stać z sobą w sprzeczności, jest o tyle dla czytelnika trudnym doświadczeniem, że początkowo Manfred budzi sympatię, a przynajmniej współczucie. Wilson ugryzł temat przewrotnie - historię poznajemy od końca, kiedy mężczyzna w podeszłym wieku wydaje się raczej ofiarą jakiejś tragedii, której przebiegu nie znamy; odbywa pokutę, ale nie wiemy czym zawinił. Dopiero poznanie jego historii zmusza czytelnika do rewizji poglądów, a przez taką a nie inną konstrukcję powieści, potępienie Manfreda nie jest rzeczą łatwą ani oczywistą. Jakkolwiek nijak nie da się on obronić, bo kat to kat a ofiara to ofiara - to są w powieści przesłanki do poszukiwania, choćby cząstkowych, usprawiedliwień. Dziwna, przygnębiająca książka, pozostawiająca z uczuciem nie dającego się określić niepokoju - jak blisko od wielkiej miłości do wielkiej krzywdy, od dobra do zła, w tej samej osobie...

ode mnie: 5,0 / 6

czwartek, 1 września 2016

Josif Brodski, "1 września"

Dzień się nazywał „pierwszy września”. Dzieci –
jako że jesień była – szły do szkoły.
A Niemcy właśnie zrywali pasiaste
polskie szlabany. I jakby paznokieć
gładził cynfolię, tak czołgi zgładziły
pułki ułanów.
             Weź szklanki z kredensu
i za ułanów wypijmy, co stoją
na pierwszym miejscu na liście poległych,
niby w dzienniku szkolnym.
                                      Znowu brzozy
szumią na wietrze i liście wirują,
jak nad zrzuconą z głowy rogatywką,
nad dachem domu, gdzie nie słychać dzieci.
I ciężkie chmury niosą pomruk gromu
ponad oknami, zasnutymi mrokiem.

(1967, przekł. Stanisław Barańczak)

1967, fot. Aleksander Brodski, zbiory Michaiła Milchika,
źródło: https://therussianreader.files.wordpress.com