piątek, 22 kwietnia 2011

Bagno (James Ellroy, "Amerykański spisek")

James Ellroy: odludek, mizogin, arogant, niezachwianie przekonany o własnym geniuszu. Drwiący z Chandlera, za którego kontynuatora jest uważany. Trudno rozsądzić, czy ta poza jest przyjęta na poważnie, czy to kreowana świadomie prowokacyjna zgrywa. Zresztą - czy to ważne, skoro to prawdopodobnie najlepszy żyjący autor powieści kryminalnych na świecie? Jego dzieła są bezlitosnymi diagnozami brudów społeczeństwa amerykańskiego, sięgają do najmroczniejszych ludzkich instynktów, z chirurgiczną precyzją opisują nierozwiązywalne konflikty interesów i postaw moralnych (choć częściej niemoralnych). Tu dobro i zło to pojęcia zgoła abstrakcyjne, bo prawych i zdemoralizowanych nie sposób od siebie odróżnić. Tu być idealistą to największe przekleństwo. Tak było choćby w doskonałych „Tajemnicach Los Angeles”, znanych w Polsce przede wszystkim z równie doskonałej ekranizacji. Sukces tego filmu rozsławił Ellroya i jego największe dzieło – cykl „L. A. Quartet” (składają się nań „Czarna Dalia”, „Wielkie nic”, „Tajemnice Los Angeles” i „Biała gorączka”). To był prawdziwy policyjny antyheroiczny epos, kryminalna panorama Miasta Aniołów w latach 50.

James Ellroy
(fot. Red Diaz
/ Duende Publishing)
Powstały w 1996 roku „Amerykański spisek” rozszerza zainteresowania Ellroya na całą Amerykę. To pierwsza odsłona cyklu "Underworld USA", dokumentującego w sensacyjnej formie piętnastoletni wycinek historii politycznej USA. Akcja „Spisku” rozpoczyna się 20 listopada 1958 roku i kończy co do dnia pięć lat później w Dallas. Ale zasadniczo NIE JEST to książka o spisku na Kennedy'ego, a raczej o ciągu wydarzeń, wśród których zamach był tylko jednym z wielu elementów rozległej układanki. Poetyka kryminału noir została tu nałożona na materię polityczną. Ellroy wykorzystuje wynalezioną przez siebie potrójną narrację, przez co rozległą i szalenie skomplikowaną intrygę (a raczej plątaninę intryg) poznajemy towarzysząc na przemian trzem bohaterom. Pierwszy z nich to Kemper Boyd, ambitny i niebezpieczny agent, zarabiający – jak sam mówi – na emeryturę na trzech wykluczających się nawzajem etatach: w FBI, CIA i w walczącej z mafią komisji Roberta Kennedy’ego. Drugi to Ward J. Littel, prawnik z FBI, tropiący księgi funduszu związków zawodowych Jamesa Hoffy, w których znajdują się zapisy nielegalnych zadłużeń większości amerykańskiej „wierchuszki”. Wreszcie Pete Bondurant, człowiek do zadań specjalnych, obecnie na usługach zdeprawowanego milionera Howarda Hughesa, były glina, zabójca, szantażysta, bratobójca. Postać budząca grozę (zastraszając potencjalnego świadka powie: Wyobraź sobie, że wszystko co o mnie słyszałeś to prawda), jedna z bardziej sugestywnych  kreacji Ellroya (notabene w „Białej gorączce” pojawia się epizodycznie jeszcze jako policjant). Za namową CIA Boyd i Bondurant zaangażują się we wspieranie uchodźców z komunistycznej Kuby (zakończone desantem w Zatoce Świń), a współfinansowanie tej operacji przez mafię nie dziwi niemal nikogo. Boyd jednocześnie zwalcza mafię ramię w ramię z Robertem Kennedym, co nie przeszkadza mu być pracownikiem jego serdecznego wroga J. Edgara Hoovera (twierdzącego zresztą że mafii nie ma, a jedynym zagrożeniem są komuniści). Wydawałoby się że taki tercet trudno polubić, a jednak są oni tak nakreśleni, że kibicujemy im, mimo że np. Bondurant bez mrugnięcia okiem potrafi połamać przesłuchiwanemu ręce i przestrzelić kolana. Do tego niemal wszystkich czołowych bohaterów życie zmusi – często na drodze brutalnego szoku – do zmiany frontu i przewartościowania światopoglądu. A to tylko fragment splotu interesów, w którym przewija się jakieś 50 nazwisk, przy czym połowa z nich to postaci autentyczne (wkomponowani w fabułę są nawet bohaterowie tak epizodyczni jak policjant JD Tippit zastrzelony przez Oswalda 22 listopada 1963 roku).

W swojej istocie „Spisek” – oprócz bycia doskonałą powieścią sensacyjną – jest wiarygodnym zapisem gangreny toczącej ówczesną (i naiwnością byłoby twierdzić, że tylko ówczesną) politykę USA. Zamach na Kennedy’ego był w tym ujęciu niechcianym ale nieuniknionym ujawnieniem się na powierzchnię podskórnych mechanizmów „robienia” polityki mocarstwowej, na którą składa się splot interesów agencji rządowych, polityków, wielkiego biznesu i - last but not least – świata przestępczości zorganizowanej. Taka wizja zahacza może o spiskową teorię dziejów, ale przecież zaangażowanie CIA w operację w Zatoce Świń jest powszechnie znane, podobnie niejasne pochodzenie fortuny Kennedych, czy wreszcie korzyści, jakie ze śmierci JFK odniosło wiele podmiotów – od CIA po mafię. W portretowaniu wielkich i mniejszych tego świata Ellroy nie oszczędza nikogo. Szef FBI Hoover to rozkochany w podsłuchach dewiant. Howard Hughes jest paranoikiem dopuszczającym do siebie wyłącznie mormonów. John Kennedy jest zainteresowany głównie kobietami. Pierwsze prezydenckie zadanie jakie po elekcji wyznacza Kemperowi Boydowi brzmi: Znajdź mi na wieczór jakieś dziewczyny. W tym kontekście zresztą Ellroy pozwolił sobie na kapitalny żart z legendarnego romansu prezydenta z Marylin Monroe. Poza tym JFK to uśmiechnięty, gładki konformista i asekurant (To Bobby walczy z mafią, nie ja). W całym tym bagnie najmniej grzesznym jest uparcie walczący z mafią Robert Kennedy, brutal o silnych zasadach moralnych, bodaj jedyna w miarę pozytywna postać w tym uniwersum.  

Mimo skrajne skomplikowanej intrygi powieść niebywale wciąga. Ellroy wyrobił sobie specyficzny telegraficzny styl: skrótowy, zwarty, gęsty do granic przyswajalności. Taki język stworzył ponoć skracając na żądanie wydawcy „Białą gorączkę”, z której… wykreślił większość czasowników. W „Spisku” osiąga niespotykaną nigdzie indziej kondensację stylu, przez co powieść czyta się w najwyższym skupieniu. Potrafi na jednej stronie zmieścić ilość informacji, na którą innemu pisarzowi nie starczyło by rozdziału. Jest przy tym wściekle cyniczny, często wulgarny i absolutnie niepoprawny politycznie (aż dziw, że przekład – znakomity - jest dziełem dwóch kobiet). Przy tym absolutnie panuje nad dramaturgią i pisze bez wątpienia najlepsze dialogi w literaturze kryminalnej (to zresztą wiadomo już od "Czarnej Dalii"). Swoją narrację uzupełnia mnogością dokumentów takich jak korespondencja, stenogramy z podsłuchów telefonicznych, zapisy rozmów w barach i gabinetach czy służbowe raporty. Daje to poczucie, że naprawdę ma się wgląd za kulisy historii najnowszej. Wszystkie te dokumenty są fikcyjne, co nie zmienia faktu, że pisząc „Spisek” Ellroy przeprowadził bardzo szerokie kwerendy (zatrudniał do nich dziennikarzy). Cykl "Underworld USA" uważa przy tym za powieści stricte historyczne, a nie sensacyjne [1].

Warto zaznaczyć, że polityczne diagnozy Ellroya w części pokrywają się z tezami Olivera Stone’a sformułowanymi w kontrowersyjnym (ale warsztatowo absolutnie wybitnym) filmie „JFK” (główna różnica polega na odmiennej ocenie samego prezydenta). W podobną stronę poszedł również Don DeLillo w powieści „Libra”, która skądinąd zainspirowała Ellroya do przedstawienia własnej interpretacji tych samych wydarzeń. Jak było naprawdę – prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy. Jeden z zamachowców mówi pod koniec: Ludzie będą chcieli pamiętać tego człowieka [JFK] jako kogoś, kim nigdy nie był. Zaproponujmy im jakieś wyjaśnienie [zamachu], a władze będą wolały je od prawdy, nawet jeśli będą ją znały.


5,5 / 6

 [1] James Ellroy, Author of L.A. Confidential talks with Robert Birnbaum. http://www.identitytheory.com/people/birnbaum13.html (dostęp 23. 04. 2011).

8 komentarzy:

  1. Świetny tekst podobnie jak i książka jest w nim recenzowana:) Pisarz znakomity i jeżeli nie najlepszy to na pewno jeden z najlepszych pisarzy czarnego kryminału:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Obecnie rozglądam się za autorem podobnie mrocznym jak JE, przymierzam się do kilku tytułów Lehane'a, którego znakomite "Miasto niepokoju" to najlepsza powieść przeczytana przeze mnie w 2010 roku. Będzie to pewnie albo "Amanda", albo "Rzeka tajemnic" (znam już bardzo dobrą ekranizację Eastwooda). Na pewno nie "Wyspa skazańców" - film Scorsese mnie rozczarował.

    OdpowiedzUsuń
  3. Również doskonały pisarz, osobiście przymierzam sie do Mankella i pozostałej literatury skandynawskiej, interesuje mnie także pisarstwo Deavera i Connelly'ego i jestem ciekaw czy dorównują Ellroyowi.

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy: ja też mam te nazwiska wynotowane, czyżbyś również był po lekturze "Etnologa"? :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Witaj Misiek, przepraszam że odpowiadam po tak długim okresie,mam nadzieję jednak że moja odpowiedź nadal będzie satysfakcjonująca. Otóż "Etnologa" nie czytałem, niemniej proza Mankella godna jest uwagi,choć wielu zarzuca mu grafomaństwo gatunku. Mnie osobiście zachęcił serial o detektywie Wallanderze w wersji BBC z Kennethem Branaghiem i przyznam że kilka powieści cyklu jest naprawdę znakomita ("Psy z Rygi" świetnie oddają ten sam opis i klimat ponurego Ellroyowskiego LA - w stolicy Łotwy-Rydze gdzie miejscowe organy ścigania Mankell opisuje jako do cna przegniłe korupcją, a w tym niebezpiecznym świecie postradzieckiej iluzji robotniczego raju porusza się detektyw z innego,wolnego świata który musi walczyć nie tylko z bandytami ale i sprzedanymi gliniarzami-skąd my to znamy;).

    Niestety,brak czasu uniemożliwia mi bliższe zapoznanie się z twórczością Panów Deavera i Connelly'ego,widziałem tylko znakomite ekranizacje ich powieści i to mnie zachęciło do przejrzenia ich bibliografii - jak czas pozwoli przeczytam pozostałe powieści i podzielę się wrażeniami

    OdpowiedzUsuń
  6. Co do Lehane'a - świetny autor, rzekłbym bardzo podobny klimatycznie Ellroyowi, tyle że akcja umiejscawiana jest u niego głownie we wschodnim USA,jak Boston."Rzeka Tajemnic", "Amanda" to świetne dzieła, ekranizacje także były doskonałe, autor w pełni zasługujący na miejsce w piedestale tych najlepszych,jeżeli czytałeś to z pewnością się ze mną zgodzisz.

    OdpowiedzUsuń
  7. Witaj, witaj; niesamowite że się ktoś fatyguje dokończyć rozmowę po niemal roku!

    Widzę, że podążamy podobnym ścieżkami, bo ja od tamtej pory zdążyłem przeczytać "Amandę" (potwierdziła mi mocne, ale i słabe strony Lehane'a, autora który z jednej strony ociera się o wybitność, z drugiej chwilami grzeszy patosem i irytuje bohaterami; więcej znajdziesz w recenzji), jak również bardzo podobał mi się wspomniany przez Ciebie serial z Branaghem - naprawdę klimatyczna robota. No i jednak Branagh to Branagh, wielki aktor jest; to jego obsadzenie w kryminale kojarzyło mi się trochę z wyborem Radziwiłowicza do "Gliny".

    Z braku czasu (półtoraroczna córeczka) mam ostrą selekcję lektur, więc jednak Deaver i Connelly poczekają do 2044 roku - wtedy przejdę na emeryturę - ale Mankell podchodzi coraz wyżej, pewnie się niebawem doczeka.

    Jednak nie czytałeś - więc gorąco polecam "Etnologa" Czubaja; znakomita analiza gatunku, przenikliwa i świeża. W polskich warunkach wyjątkowa, no i lekko napisana, świetnie się czyta.

    Pozdrawiam serdecznie znad "Alienisty".

    OdpowiedzUsuń
  8. No cóż, jako fan czarnego kryminału z chęcią podzielę się z innym miłośnikiem gatunku i wiedzą i wrażeniami do tej pory zaczerpniętą. W takim razie wezmę na warsztat "Etnologa" niedługo , od siebie dodam że bardzo pozytywnie zaskoczył mnie nasz rodak, p. Marek Krajewski cyklem o Eberhardzie Mocku w serii "Breslau", naprawdę mroczno i klimatycznie napisane książki, a w tle ten niesamowity klimat nazistowskiego przedwojennego Wrocławia lat 30. Polecam, jest naprawdę dobrze, mrocznie, klimatycznie a nasz rodak odwalił kawał dobrze wykonanej pracy. Chyba że twórczość o Mocku już dawno została przez ciebie "przerobiona".

    ps to właśnie Ellroy zaraził mnie bakcylem i miłością do "Czarnego Kryminału". wspaniały pisarz. I ciekawe czy wyjdzie coś z tej jego planowanej kolejnej odsłony Kwartetu L.A tym razem cofniętego do lat 30?

    OdpowiedzUsuń