piątek, 13 maja 2011

Tożsamość (Eustachy Rylski, "Stankiewicz. Powrót")

Opublikowany  w 1984 roku dyptyk powieściowy „Stankiewicz. Powrót” jest – jak pewnie wiadomo - debiutem Eustachego Rylskiego. Debiut to późny, bo autor miał wówczas 40 lat. Rylski zresztą pisze rzadko, z długimi przerwami. Po chłodnym – nomen omen – przyjęciu trzeciej książki, zbioru opowiadań pt. Tylko chłód, zamilkł na 20 lat. Dopiero po wielkim sukcesie "Warunku" w 2005 roku przeżył drugą literacką młodość. Wtedy też wznowiono "Stankiewicza" i "Powrót", po którego właśnie wówczas sięgnąłem.

Pierwsza z powieści dyptyku to dzieło ledwie 90-stronicowe, a rozpięte na trzech planach czasowych od 1864 do 1919 roku, wywraca do góry nogami przyzwyczajenia dotyczące powieści historycznej o Polsce pod zaborami. Hubert Stankiewicz, główny jej bohater, jest człowiekiem właściwie pozbawionym identyfikacji narodowej. To syn powstańca zabitego bestialsko przez Kozaków, ale wychowany w otoczeniu kultury rosyjskiej, później służący w rosyjskiej armii aż do rewolucji październikowej. Dopiero w wieku trzydziestu lat zetknie się świadomie z Polską – ojczyzną matki. Jego oczami Rylski pokazuje Warszawę i ziemiańskie podupadłe dworki – i jest to spojrzenie zupełnie z zewnątrz, z dystansu, na chłodno. Warszawa, oglądana niesentymentalnie, wręcz beznamiętnie przez Stankiewicza, to błotnista prowincja o wybujałych aspiracjach, Polskie ziemiaństwo jawi się jako byt jałowy, kultywujący gnuśny styl życia, bezproduktywny tak gospodarczo jak i ideowo. Taki obraz, bliski Gombrowiczowi, działa trochę jak zimny prysznic i zmusza do refleksji nad narodową przeszłością.

Klamra powieści, obejmująca ostatnią fazę rewolucji październikowej, ustawia całą fabułę w perspektywie zemsty, jakiej ostatecznie Stankiewicz dokona na mordercy swego ojca. Porażający jednak jest fatalizm tej prozy; służba Stankiewicza u „białych” i walka z bolszewikami to skazany na klęskę wysiłek, a jego motywowanie obroną „cywilizacji i kultury” brzmi w jego ustach tak wisielczo i nieprzekonująco, że zgoła ironicznie. Nawet pomsta po 60 latach nie przynosi satysfakcji, bowiem tak naprawdę nie było żądzy zemsty, którą miałaby ukoić. Jej akt dokonuje się raczej w imię dopełnienia się losu, jak w przywołanym także przez autora buddyjskim czerwonym kręgu: "W określonym dniu i godzinie nieznani sobie ludzie - cokolwiek by dotąd robili - spotkają się wewnątrz czerwonego kręgu nakreślonego przez Buddę, aby w nim żyć lub umrzeć". To też jest w jakimś sensie desperacka próba określenia przez Stankiewicza własnej tożsamości, nadania sobie jakiegoś kształtu (w sensie egzystencjalnym). A pojęcia winy i kary zdają się nie mieć tu większego znaczenia.

Podobnie oryginalnie prezentuje się "Powrót", opowiadający, w podobnej konstrukcji klamry chronologicznej, dzieje Maksa Rogowskiego i jego przodków. To kolejny Polak walczący z bolszewicką rewolucją, a w historii jego rodziny ironiczny obraz ziemiaństwa splata się z refleksją nad naturą zła w człowieku. Pradziad Maksa, postrzegany jako prymityw, najszybciej się dorabia i wykonuje nad sobą największą pracę; jego ojciec pod wpływem wewnętrznych demonów staje się osobowością destrukcyjną i agresywną; ale sam Maks przejdzie przez pełne okrucieństwa piekło wojny - i właśnie ona uczyni z niego mężczyznę. Obie te powieści w gruncie rzeczy zazębiają się znaczeniowo, bo obie traktują – choć nie tylko – o problemie tożsamości, identyfikacji. Z narodem, z dziedzictwem rodzinnym, wreszcie z odbiciem w lustrze. Jak być sobą, nie wiedząc kim się jest i skąd się jest?

Siła tej prozy tkwi w oszczędnym stylu. W dobie powszechnego wodolejstwa (zwłaszcza w opasłych powieściach historycznych) Rylski ze swoją powściągliwością jawi się jak odmieniec. Pisze tak jak wygląda na zdjęciach: zwięźle, po męsku lakonicznie. Ceni słowo. A ponieważ mniej znaczy więcej, to ta gęstość stylu pozwala mu na 90 stronach „Stankiewicza” przekazać złożoną i bogatą w znaczenia historię. To proza wycieniowana, w swej zwięzłości pięknie zniuansowana. Pełna kunsztownych, często zaskakujących porównań. Rylski pisze przy tym obrazowo, a jego opisy zawdzięczają swoją sugestywność nie tyle bogactwu szczegółów, co ich właściwej selekcji. Tak jest zwłaszcza z fragmentami wojennymi, w których lapidarny ton potęguje jeszcze ich surowy realizm. I właściwie nie sposób oddzielić u Rylskiego opisy fabuły od refleksji filozoficznej, tak silnie są ze sobą splecione. Trochę jak światło w fotografii modeluje jej obiekt, tak egzystencjalny pesymizm Rylskiego determinuje nastrój każdego wydarzenia.

Muszę zaznaczyć, że w moim odczuciu dyptyk ten jest nierówny i pierwsza powieść znacznie bardziej przypadła mi do gustu niż druga. „Powrót” sprawia chwilami wrażenie mętnego znaczeniowo, podczas gdy „Stankiewicz” jest tekstem szalenie precyzyjnym, zarówno w konstrukcji psychofabularnej jak i w refleksji historyczno-filozoficznej. To moim zdaniem jedna z najważniejszych polskich powieści ubiegłego wieku, skądinąd w jakiś sposób rymująca się z „powstańczymi” tekstami innego ważnego pisarza - Stanisława Rembeka. I ogromnie szkoda, że Władysław Pasikowski, walczący od 2006 roku o pieniądze na ekranizację „Stankiewicza”, chyba się w końcu poddał.

Stankiewicz: 5,5 / 6

Powrót: 4 / 6

Eustachy Rylski, Stankiewicz. Powrót. Warszawa: Świat Książki, 2006.

Książka dostępna w WBP w Lublinie

1 komentarz:

  1. Czytając "Obok Julii" zatęsknilem za Stankiewiczem, ktorego przeczytałem, o ile mnie pamięć nie myli w putramentowskiej Literaturze, byc może we fragmentach, a potem sobie dokupiłem ksiazkę, ale może bylo inaczej, bo nie mam tego pierwszego wydania, choć pamiętam okladkę. Więc o ile mam sobie zrobic podróz sentymentalną, to tylko z pierwszym wydaniem.

    OdpowiedzUsuń