piątek, 15 lipca 2011

Rozmowa z Jamesem Ellroyem ("Newsweek" nr 27/2011)

W "Newsweeku" (27/2011) ukazał się pierwszy w polskiej prasie wywiad z Jamesem Ellroyem, królem powieści kryminalnej. Poniższa publikacja jest wersją tej rozmowy sprzed redakcyjnych skrótów, a więc dłuższą (prawie dwukrotnie) niż ta, która ukazała się w tygodniku. Różni się też tłumaczeniem, dlatego zachęcam do zapoznania się również z wersją "gazetową" (link na dole posta). 

Za zgodę na udostępnienie pełnego zapisu rozmowy specjalne podziękowania należą się p. Robertowi Ziębińskiemu, który ją przeprowadził. 

Pozwoliłem sobie jedynie na poprawki korektorskie, sformatowanie tekstu, oraz nadanie własnego tytułu.


A Ellroya uwielbiam za to, że nie przebiera w słowach, że ma czelność nazywać "Underworld USA" cyklem historycznym, powiedzieć o Philipie Marlowe "przestylizowana pizda" a o JFK "jebaka" i wydrwić ze szczętem poprawność polityczną. "Wprost" cytuje taką oto wypowiedź: "Nazwijcie mnie rasistą, nazwijcie mnie ksenofobem, ale nie przepadam za arabskimi terrorystami. Myślę, że to zbieranina palantów posuwających wielbłądy. Mam ochotę robić sobie z nich jaja, bo jestem złym chłopcem. A jeśli się to komuś nie podoba, może mnie pocałować w dupę. Skądinąd ciekawe, czy wspomniana przez niego w wywiadzie trzygodzinna wersja "Czarnej Dalii" De Palmy ujrzy kiedyś światło dzienne...

Niedawno recenzowałem na blogu "Amerykański spisek", otwierający omawianą niżej trylogię "Underworld USA". Pisałem również o "Tajemnicach Los Angeles".



LOS ANGELES MAM WE KRWI

(fot. PAP/Alberto Esteves, repr. za www.newsweek.pl)

Robert Ziębiński: Przyznaje szczerze – nieczęsto mi się to zdarza, ale przed rozmową z panem byłem totalnie przerażony!

James Ellroy: To ciekawe, a dlaczego? Tak strasznie wyglądam, czy coś w tym guście?

RZ: Nie, po prostu przygotowując się do rozmowy czytałem i oglądałem wywiady z panem i załamałem się po pana wystąpieniach w popularnym w Stanach talk show u Conana O’Briena. Mówił pan tam tak szybko, że mało co zrozumiałem, do tego strasznie cynicznie to brzmiało.

JE: Conan O’Brien to, delikatnie rzecz ujmując, pajac. A jego program jest idiotyczny z założenia. Pewnie macie w Polsce takie programy telewizyjne, gdzie prowadzący udaje (albo jest naprawdę) idiotę, a zaproszeni goście muszą dostosować się do jego idiotycznego poziomu. Jeśli takowe macie, to działa w nich ten sam mechanizm co u O’Briena. Jako zaproszony gość wchodzi pan do studia i pieprzy co mu ślina na język przyniesie, bo tego wymaga konwencja programu. Dlatego w tych wywiadach zachowuje się tak jak się zachowuje. To show dla publiczności. Co ciekawe, wbrew temu co wydaje się Conanowi, programy tego typu nie sprzedają książek. Nawet ich nie promują. Chodzi w nich przede wszystkim o to, żeby się pokazać i udowodnić że James Ellroy to nazwisko na tyle silne, że zaprasza się je do tak popularnych show jak to O’Briena. Biorąc udział w czymś takim sprzedaję siebie, swoją markę, po to aby ktoś strasznie próżny w Hollywood dajmy na to powiedział – to gość od O’Briena, nic jego nie czytałem, ale ten szalony pisarz zniszczył w show Conana, może więc zamówimy u niego jakiś scenariusz. I o to w tym chodzi. O zarabianie pieniędzy. Rozmawiając z panem zupełnie na poważnie, mówię normalnie – prawda?

RZ: Nie dość że normalnie, to bardzo racjonalnie i rozsądnie. Czy w Stanach zawsze trzeba mieć pomysł na to jak się sprzedać? Bez odpowiedniego image’u nie da się odnieść sukcesu?

JE: W Stanach tygodniowo wychodzi około, nie pamiętam, chyba sześćdziesiąt kryminałów i każdy autor marzy o tym, aby mu się udało. Mówiąc brutalnie szczerze, kreowanie określonego wizerunku na pewno pomaga wybić się z tej magmy.

RZ: Czyli te wszystkie dziwne i pokręcone określenia, jak choćby „demoniczny pies czarnej literatury” czy „pisarz dla całych rodzin, o ile wasza rodzina to rodzina Charlesa Mansona”, to pana pomysły i forma cynicznej promocji?

JE: Oczywiście, i te opowieści o terrorystach też. Sam sobie wymyślałem różne przezwiska, dziwaczne określanie własnych książek i teorie dookoła siebie. Wszystko po to, aby się odróżnić od reszty autorów. A poza tym także po to, aby ubiec jakieś kretyńskie epitety narzucane przez dziennikarzy – „demoniczny pies czarnego kryminału” brzmi lepiej niż „nowy Raymond Chandler”. A w dodatku kocham psy i to te najgroźniejsze - pitbulle, bulteriery. Ta nazwa to taki mój hołd dla tych ras.

RZ: Twórczości Raymonda Chandlera pan ponoć nie ceni.

JE: Bo jego detektyw Phillip Marlowe to taka przestylizowana pizda. Wiecznie prawy, wiecznie dobry, tylko udaje cynicznego i zblazowanego. W rzeczywistości Chandler nie stworzył postaci z krwi i kości, a subtelnego elegancika, takiego co to bardzo chce, ale się boi. Jego język także mnie nie przekonuje. Krytycy mówią, że to język ulicy itp., ale tak naprawdę Chandler nie miał pojęcia o języku ulicy. Wszystko u niego było wystylizowane. O wiele bardziej przekonywujący jest dla mnie Dashiell Hammett. To prawdziwa twarda proza, może i niedoskonała, ale mocna, waląca po łbie. Chandler nas po łbie najwyżej głaskał.

RZ: Ponad dekadę temu poczuł się pan chyba zmęczony pisanie kryminałów, bo w jednym z wywiadów rzucił pan, iż nie będzie już więcej pisał powieści kryminalnych.

JE: I słowa dotrzymałem. Dorosły mężczyzna nie może całe życie układać kryminalnych łamigłówek. A poważnie, po prostu wyczerpałem jak dla siebie możliwości tego gatunku. Nic mnie w nim już nie pociągało, dlatego postanowiłem pisać powieści historyczne. Nie interesuje mnie już sama akcja, a jej kulisy, to co doprowadziło w rzeczywistości do pewnych zdarzeń w historii Ameryki.


RZ: Jak zamach na prezydenta Johna F. Kennedyego?

JE: Największym błogosławieństwem z życiu Kennedy'ego było to, że go zabito w zamachu. Wiem, brzmi to cynicznie, ale nie zmienia to faktu, że jego legenda żyje wiecznie w Ameryce dzięki temu, iż do dziś trwają dywagacje, kto zlecił zabójstwo w Dallas, kto pociągnął za spust. Prawda jest taka, iż Kennedy nie był dobrym prezydentem. Był zwykłym jebaką, którego bardziej od polityki kręciły cipki. W dodatku przez swoje polityczne decyzje narobił sobie masę wrogów – począwszy od konkurentów do urzędu, przez mafię, FBI, na CIA kończąc. Nikt go nie lubił, nikt nie akceptował.

RZ: Porównał pan kiedyś Baracka Obamę do Kennedy'ego…

JE: Nigdy. To kłamstwo. Nie interesuje mnie współczesna Ameryka i jej polityczne problemy. Jedyne podobieństwo jakie widzę między nimi to to, że obaj strasznie szeroko się uśmiechają. No i, podobnie jak Kennedy, Obama jest fatalnym prezydentem.


RZ: Pytam o Kennedy'ego nie bez powodu . „Krew to włóczęga”, pańska powieść, która niebawem ukaże się w Polsce, zamyka trylogię „Underworld USA” (Podziemna Ameryka – w skład której wchodzą „Amerykański spisek”, „Sześć tysięcy gotówką” i „Krew…”). To właściwie wielka historyczna epopeja, której akcja krąży dookoła tego, kto i dlaczego zlecił zabicie Kennedy'ego.

JE: „Underworld USA” zacząłem pisać w połowie lat 90. Wtedy właśnie poczułem się zmęczony czarnym kryminałem, potrzebowałem zupełnie innego bodźca, innej literatury. Największym natchnieniem dla mnie była absolutnie genialna powieść bodaj najwybitniejszego współczesnego amerykańskiego pisarza Dona DeLillo „Libra”. To jego wizja tego jak wyglądał zamach w Dallas sprawiła, że zacząłem pisać „Amerykański spisek”.

RZ: Sekunda – pan, człowiek który podkreśla na każdym kroku że czyta tylko swoje książki, żeby się nikim nie inspirować, przyznaje, że wpłynął na niego DeLillo?

JE: To było dawno temu. Naprawdę od kilku dobrych lat nic nie czytam, jeśli potrzebuje literatury sięgam po Hammetta i Jamesa M. Caina. Co nie zmienia faktu, że DeLillo to absolutna pierwsza liga współczesnej literatury amerykańskiej.

RZ: Skoro pan nic nie czyta to jakim cudem od czasu do czasu poleca pan książki innych autorów?

JE: Pyta pan o blurby, czyli te polecenia na okładkach? A to proste, wydawca mi opowiada o czym jest. (śmiech) A tak poważnie to bardzo rzadko to robię, kartkuje wtedy powieści – nie czytam. Jak się jest w tej branży tak długo, łatwo poznać co jest dobre, co fatalne.

RZ: To wróćmy do pańskich książek. Każda z powieści wchodzących w skład trylogii to opasłe, blisko siedmiusetstronicowe tomisko. Dużo zajmuje panu tzw. „research”, czyli zbieranie materiałów do książki?

JE: Nic mi nie zajmuje, bo tego nie robię. Zatrudniam zazwyczaj dwójkę ludzi, którzy zbierają dla mnie informacje, ja tylko przekazuję im wskazówki. Należę do wymierającej generacji pisarzy, którzy nie używają Internetu, nie posiadają komputerów itp. Ciągle piszę ręcznie, czasami dyktuję niektóre fragmenty zatrudnionej przez mnie kobiecie, a jedynym komputerem jakiego używam jest mój mózg. Tak więc gdy dostaje zamówione materiały, zamykam się z nimi i czytam, wyciągam wnioski i tworzę własną wizję historii. Pan musi zrozumieć jedno – przez pojęcie "powieść historyczna" nie rozumiem książki, która opowie panu historię Ameryki od początku do końca. Chodzi mi o to, aby bazując na historii opowiedzieć jej własną interpretację. Dlatego bardzo długo czytam materiały i szukam pęknięć w historii, momentów niejasnych, w których wprowadzam swoich fikcyjnych bohaterów.

RZ: Nigdy się pan nie myli? Nie zdarzyło się panu przekręcić jakiegoś zdarzenia przez przypadek?

JE: Oczywiście, że przekręcam zdarzenia, w końcu to nie literatura faktu. Ale dla największej wiarygodności opisywanych przeze mnie zdarzeń staram się unikać rzeczy kompletnie nieprawdopodobnych. Natomiast co do błędów, to raz zaliczyłem wpadkę totalną, a mianowicie wsadziłem jednemu z moich bohaterów (rzucającemu palenie) do ust gumę nicorette. Pech chciał, że akcja toczyła się w 1962 roku, a guma nicorette pojawiła się bodaj w 1978 roku.

RZ: Czytając pańską „Krew to włóczęga” trudno nie odnieść wrażenia, że według pana Ameryka to kraj-potwór, w którym rządzi korupcja i zło. Nie jest to zbyt pozytywny wizerunek kraju.

JE: Pan zwróci uwagę, że nie mówimy tu o Ameryce zwykłych ludzi, którzy chodzą do pracy i zarabiają pieniądze. Ta Ameryka to kraj, który kocham i który - wciąż w to wierzę - jest krajem miliona możliwości. Ale istnieje druga Ameryka - ta, która chowa swoje oblicze przed światem, a to właśnie korupcja, związki mafii z rządem, sprzedajni gliniarze, karierowicze w polityce itp. Tę Amerykę próbuję bezlitośnie obnażać.

RZ: Do tego stopnia ją pan obnażał, że po wydaniu „Sześć tysięcy gotówką” amerykańscy dziennikarze pisali o panu, że jest pan rasistą?

JE: Niech pan nie zwraca uwagi na to, co wypisują durni pismacy. Całe to zamieszanie dookoła rasizmu wzięło się z tego, iż „Sześć tysięcy…” było napisane niezwykle mocnym, ale prawdziwym językiem lat 60. Myśli pan, że w tamtych czasach ktoś próbował być poprawny politycznie? Absolutnie nie. Słowa takie jak „bambus”, „czarnuch”, „asfalt”, „ciota”, „pedryl” były powszechnie używane. Zresztą dla większości Amerykanów Czarni byli w tamtych czasach „bambusami”. Mój bohater, człowiek zamieszany w zamach na Martina Luthera Kinga, był rasistą i mówił rasistowskim językiem. Kto tego nie rozumie jest zwyczajnym idiotą. Że niby jak, Ku Klux Klan to była jakaś grupa wsparcia? A utożsamianie autora z jego bohaterami to już jakaś kompletna dziennikarska dziecinada.

RZ: Zabójstwa Martina Luthera Kinga, Kennedy'ego, afera Watergate - to kamienie milowe w historii Ameryki…

JE: Przepraszam najmocniej, ale ja nie piszę o Watergate – kompletnie mnie to nie interesuje, zresztą i tak jest to opisane na dziesiątą stronę. Nie ma nic pociągającego w Watergate, a zatem swoją książkę czyli „Krew…” zakończyłem tuż przed. Ale co do Kennedy'ego i Kinga, to tak, owszem to zdarzenia niezwykle istotne, Ameryka nie tylko traciła swoją niewinność, ale przede wszystkim udowodniała jak bardzo jest wyrachowana, zimna.

RZ: Chodziło mi o to, iż nigdy pan nie pisze o czasach współczesnych.

JE: Bo mnie nie interesują. Najciekawsze w historii Ameryki są lata od 30. do 70. ubiegłego wieku. Przez te cztery dekady pojawiło się tyle przekręciarzy, było tyle afer, tajemniczych zniknięć polityków itp., że dzisiejsza Ameryka ze swoimi aferami i politycznymi przekrętami może się schować. Dlatego też zupełnie mnie nie interesuje.

RZ: Powiedział pan kiedyś: „jeden skorumpowany polityk jest bardziej przerażający i może uczynić więcej zła niż wszyscy seryjni mordercy”.

JE: Wie pan ilu seryjnych morderców działa obecnie na terenie Stanów Zjednoczonych?

RZ: Nie mam pojęcia.

JE: Maksymalnie trzydziestu. Rachunek prawdopodobieństwa gwarantuje nam niemal ze stuprocentową pewnością, że nigdy takowego na swojej drodze nie spotkamy. A wie pan ile powieści o seryjnych mordercach powstaje w Stanach?

RZ: No nie.

JE: Około trzydziestu tygodniowo. Seryjni mordercy, choć w zasadzie w przyrodzie nie występują, zawładnęli masową wyobraźnią. Ludzie się ich boją, uwielbiają o nich czytać, choć tak naprawdę spotkanie seryjnego mordercy graniczy z cudem. Musiałby pan mieć naprawdę niezwykłego pecha, pasować do jego modus operandi i na swoje nieszczęście mieszkać na jego terytorium. Tym czasem większe zagrożenie dla pana życia, zarobków, stanowią politycy, którzy mają moc decydowania o naszym poziomie życia.

RZ: Dlatego unika pan pisania w powieściach historii seryjnych morderców…

JE: Jedną napisałem, „Noce krwi”, ale to było dawno temu.

RZ: A zapełnia pan karty książek postaciami autentycznymi?

JE: Interesuje mnie prawdziwa zbrodnia. Większość swoich książek opieram na prawdziwych zdarzeniach. Punktem wyjścia „Tajemnic Los Angeles” była słynna sprawa „Bloody Christmas”, czyli jatki na tle rasowym do jakiej doszło na komisariacie w L.A. w święta Bożego Narodzenia w 1951 roku. „Czarna Dalia” to wariacja na temat nigdy nie rozwiązanego morderstwa Elizabeth Short. Jak już wspomniałem, trylogia „Underworld USA” to historia Stanów od 1958 do 1972 roku. Życie pisze najciekawsze scenariusze.

RZ: W „Krew…” jak i w pozostałych powieściach tego cyklu kluczową rolę "złego", czy może bardziej demiurga, odgrywa John Edgar Hoover, legendarny dyrektor i jeden z założycieli FBI. Czy w rzeczywistości to była tak zła postać?

JE: To był człowiek z obsesją władzy i obsesją ścigania komunistów za wszelką cenę, co doprowadziło nie tylko do wynaturzenia działalności Biura, ale i przede wszystkim stworzenie czegoś na kształt prywatnego imperium Hoovera, który de facto rządził przez pewien moment Stanami. Nic nie działo się bez jego wiedzy, Hoover był wszędzie.

RZ: I był gejem co w tamtych czasach nie było powszechne, zresztą dookoła tego narosły legendy. Ponoć przebierał się za drag queen – to prawda?

JE: To była niezwykle pokręcona i dziwna postać, ale nie sądzę by się przebierał za drag queen. To był odrażający facet, który za nic nie byłby wstanie wyglądać jak kobieta. Myślę, że w dużym stopniu jego obsesje brały się z tego, że całe życie ukrywał to, kim jest naprawdę.

RZ: Myśli pan że Clint Eastwood, który właśnie kończy prace nad biograficznym filmem o Hooverze, pokaże złożoność tej postaci?

JE: Nie wiem, nie mnie oceniać cudzą pracę, ale wątpię.

RZ: Wracając do tego co pan powiedział przed chwilą, że życie pisze najciekawsze scenariusze. W pana przypadku to absolutna prawda. Gdy miał pan dziesięć lat zamordowano pańską matkę.

JE: I to zdarzenie rzuciło cień na całe moje życie. Napisałem dwie książki autobiograficzne próbujące rozwikłać i zrozumieć, co stało się tamtej nocy 1958 roku. Policja nigdy nie wpadła na trop jej zabójców. Sam będąc już dorosłym człowiekiem przeprowadziłem prywatne śledztwo wraz z emerytowanym policjantem Billem Stonerem. Trwało blisko półtora roku i nic nie wskóraliśmy. Nigdy nie dowiem się, kto zabił moją matkę. Ale to śledztwo udowodniło mi inną rzecz – przekonałem się jak mocno żyjemy wyimaginowanym wyobrażeniem o kimś. Przez lata pamiętałem matkę jako piękną kobietę. Tym czasem na zdjęciach policyjnych zobaczyłem zapuchniętą pijaczkę. To był szok, wyparłem z pamięci ten obraz, zastępując go ideałem.

RZ: Czy to zabójstwo sprawiło, że zaczął pan pisać?

JE: Nie. Ale na pewno zainteresowało mnie zbrodnią. Zacząłem czytać reportaże o nierozwiązanych sprawach, fascynować się kryminalistyką.

RZ: To kiedy zaczął pan pisać?

JE: Po tym, jak prawie się zabiłem.

RZ: Po śmierci matki nie miał pan łatwego życia. Napady, włamania, alkoholizm, więzienie.

JE: Dokładnie o tym mówię. Miałem dwie drogi - albo zostanę młodocianym kryminalistą i szybko zginę, albo zmienię coś w swoim życiu. Naprawdę było ze mną źle. Chlałem na potęgę, okradałem sklepy, włamywałem się do domów i mieszkań. To nie są rzeczy w których jestem dumny, ale przeżyłem je i nie ma co tego ukrywać.

RZ: A pamięta pan moment przemiany? Chwilę, w której zrozumiał pan że podąża na dno?

JE: Nie było jednego momentu, tylko raczej cały zbieg różnych zdarzeń. Odsiadki w więzieniu, coraz gorsze samopoczucie, coraz bogatsza kartoteka. A potem nagle przemówił do mnie Bóg. Niech pan nie myśli, że jestem jakimś religijnym maniakiem. Po prostu wydaje mi się że to Bóg mnie ocalił, bez niego dziś nie rozmawialibyśmy.

RZ: Po zerwaniu z przestępczym życiem został pan…

JE: Chłopakiem, który nosi kije golfowe. Świetna robota. Czyste, nieopodatkowane pieniądze i masa wolnego czasu. O drugiej schodziłem już z pola golfowego i miałem całe popołudnie dla siebie. Wtedy zacząłem pisać na poważnie.

RZ: To wtedy też napisał pan „Tajną sprawę” pański drugi kryminał, a zarazem powieść w której rozwiązał pan zagadkę morderstwa pańskiej matki.

JE: W bardzo naiwny sposób obarczając winą mojego ojca. To była tylko książka, w której egzorcyzmowałem własne demony. Mój tata nie zabił matki. Rodzice byli już wtedy po rozwodzie, mieszkali daleko od siebie.

RZ: Pańska kariera właściwego rozpędu nabrała po publikacji wspomnianej „Czarnej Dalii” w 1987 roku.

JE: Do 1987 byłem pisarzem kultowym. Moje powieści jak cykl z sierżantem Lloydem Hopkinsem, nie sprzedawały się dobrze, ale cieszyły uznaniem fanów i krytyki. „Czarna Dalia” rozpoczęła cykl „LA Quartet” oraz lawinę popularności – to fakty.

RZ: Gdy w 1997 roku do kin trafiają „Tajemnice Los Angeles” jest już pan totalną gwiazdą. Mimo, że film był wielkim hitem i zdobył dwa Oscary, pan zdaje się nie przepadać za ekranizacjami swoich książek.

JE: Myli się pan. „Tajemnice Los Angeles” lubię i to bardzo. Każdy pisarz powinien marzyć o tak udanej adaptacji, która nie tylko pozostaje wierna książce, ale ma swój charakter, tempo itp. Byłem rozczarowany „Czarną Dalią” Briana de Palmy, bo zanim ten film trafił do kin widziałem jego trzygodzinną wersję i była świetna. Niestety producenci zakazali De Palmie wpuszczać do kin tak długiego filmu i tym sposobem została ona idiotycznie pocięta i teraz może pan oglądać nie film, a ogryzek.

RZ: Pisuje pan także scenariusze autorskie – jak choćby do „Królów ulicy” z Keanu Reevesem.

JE: A tego niech pan na poważnie nie traktuje. W 2006 roku tak się ułożyło moje życie, że po jedenastu latach małżeństwa rozwiodłem się z żoną. Zdarza się. Niestety wtedy też, mimo iż jestem pisarzem bardzo dobrze opłacanym, zostałem postawiony w dość ponurej finansowo sytuacji. Musiałem zapłacić wielkie alimenty, wyprowadzić się z domu w Kansas itp. To wszystko kosztowało mnie masę nerwów i nie mogłem skupić się na pisaniu powieści. I wtedy upomniało się o mnie Hollywood. Przeprowadziłem się z powrotem do L.A. i zacząłem pisać dla nich scenariusze. Jednym z nich byli właśnie „Królowie ulicy”. Wiem, że to gówniany film, wiem. Specyfika tej roboty polega na tym, że ja sobie piszę swój scenariusz a oni kupują go ode mnie i piszą swój. Dlatego też nie biorę udziału w żadnych akcjach promocyjnych związanych z filmami opartymi na „moich” scenariuszach. Po prostu kasuję za nie pieniądze. Myślę że to uczciwy układ. Teraz robię jakieś seriale, piszę kolejne filmy i zarabiam, tyle że absolutnie nie przywiązuję się do tego jak Hollywood traktuje moją pracę. Interesuje mnie czek.

RZ: „Krew to włóczęga” zamknęła trylogię „Underworld USA”, od tamtej pory nic pan nie napisał. Przeżywa pan blokadę twórczą, czy pochłonęło pana to Hollywood?

JE: Nic z tych rzeczy. Rozpocząłem pracę na czteroksięgiem będący nawiązaniem do serii „LA Quartet”, tyle że będzie się ona działa przed opisanymi w tamtych książkach wydarzeniami. No i nie będą to kryminały, a powieści historyczne. Efekt tej pracy powinien ujrzeć światło dzienne w przyszłym roku.

RZ: Kocha pan to Los Angeles – zawsze pan o nim pisze.

JE: Kocham, kocham. Ale jestem już nim zmęczony. Przez lata mojego małżeństwa mieszkaliśmy na prowincji w Kansas. Teraz znów siedzę w LA. To niesamowite miasto, ale mnie brakuje prowincji. Starzeję się, teraz bardziej o nocnego jazgotu miasta pragnę ciszy i spokoju, przez co za niedługo wyprowadzę się pod Los Angeles. Ale pisać o nim będę zawsze, bo to miasto mam we krwi.



James Ellroy (1948) jest niekwestionowanym królem współczesnego kryminału. Jego powieści, takie jak „Tajemnice Los Angeles”, „Czarna Dalia”, „Wielkie nic” i „Biała gorączka”, były międzynarodowymi bestsellerami. Do inspiracji jego twórczością przyznają się giganci, np. Stephen King, Dennis Lehane czy Jeffery Deaver. Obecnie Ellroy pracuje z Tomem Hanksem nad telewizyjną adaptacją serii „Underworld USA” oraz kończy nowy cykl powieści. Mieszka w Los Angeles, mieście, które jest bohaterem wszystkich jego powieści.

http://www.newsweek.pl/artykuly/sekcje/kultura/james-ellroy--oto-tworca-kryminalu,79399,1
© 2011 Newsweek Polska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz