piątek, 30 września 2011

Długie pożegnanie ("Trzy pogrzeby Melquiadesa Estrady", reż. Tommy Lee Jones, 2005)

(repr. http://www.dvdbeaver.com (fot. 1-5))
Oglądając "Trzy pogrzeby Melquiadesa Estrady" miałem nieodparte wrażenie, że oglądam późny, nieznany film Sama Peckinpaha. Wybitny aktor oraz debiutujący na dużym ekranie (z filmem telewizyjnym w dorobku) reżyser Tommy Lee Jones jest ulepiony z tej samej co on gliny, z twardych i wymagających, ale przejrzystych zasad Pogranicza. W jego filmie daje się wyczuć tą samą co u Peckinpaha tęsknotę za światem, w którym jest miejsce na przyjaźń, miłość, poświęcenie, także honor - w miejsce świata współczesnego, przesiąkniętego duchem konsumpcjonizmu, egoizmu, tymczasowości (domy na kółkach!), a także nałogowymi zakupami, mechanicznym seksem, bezmyślnym oglądaniem telewizji - wypełniającymi emocjonalną pustkę i czającą się za każdym rogiem nudę. Ten dualizm jest przez Jonesa przedstawiony wyrazistą, grubą kreską. Podobnie - żałosne, wyprane z emocji życie tępawego funkcjonariusza straży granicznej (świetny w tej roli Barry Pepper) i jego młodej żony. Z drugiej strony zaś są tacy jak grany przez Jonesa starzejący się Pete Perkins (nagroda aktorska w Cannes) i jego meksykański przyjaciel Melquiades - zgoła niedzisiejsi kowboje, których dni zasadniczo już minęły. To też jest syndrom typowy dla wszystkich bez wyjątku westernów Peckinpaha – ale także dla bardzo ważnej w dorobku Jonesa roli w “To nie jest kraj dla starych ludzi”. Przypadkowy w gruncie rzeczy strzał, oraz obojętność i arogancja stróżów prawa wobec ludzkiej krzywdy sprowokuje makabryczną (pozornie!) próbę przywrócenia światu jako takiego ładu.
...starzejący się Pete Perkins i jego meksykański przyjaciel Melquiades
- zgoła niedzisiejsi kowboje, których dni zasadniczo już minęły...

Przymusowa podróż, w którą bohater Jonesa zabiera mordercę przyjaciela jest jakby odwróconą wersją skrajnie mrocznego filmu Peckinpaha "Dajcie mi głowę Alfreda Garcii". Podobna w konstrukcji historia jest tu drogą nie w głąb koszmaru, ale podróżą przywracającą ludzką godność, prowadzącą do oczyszczenia z win i przede wszystkim wyrywającą z egoizmu w stronę zrozumienia drugiego (choćby i martwego) człowieka i w efekcie zmuszającą  do błagania o przebaczenie. Lekcja jest brutalna, zabójca jest zmuszany do chodzenia w ubraniu ofiary, piciu z jego kubka, asystuje przy myciu i "konserwacji" rozkładających się zwłok. Także dla nas, widzów, jest to lekcja: trup Melquiadesa szybko przestaje być li tylko odrażający. Z biegiem podróży nabiera wartości symbolicznej, czy wręcz niemal sakralnej. Pojawiające się przebłyski dość czarnego humoru też szybko oswajają z niecodzennym towarzystwem, jakim są rozkładające się zwłoki. Bo jednak mimo podobnego punktu wyjścia Jonesa od Peckinpaha różni optymistyczny w gruncie rzeczy punkt dojścia - i pointa: Jones wierzy w możliwość odkupienia za życia, podczas gdy dla bohaterów "Krwawego Sama" oczyszczająca lub wyzwalająca była już tylko śmierć – czy to dosłowna, jak w "Dzikiej bandzie", czy to metaforyczna, jak “samobójczy” strzał Pata Garretta w lustro. A u Jonesa jest inaczej, choć też nie ma łatwych pocieszeń.


...żałosne, wyprane z emocji życie tępawego funkcjonariusza
straży granicznej i jego młodej żony...

Realistyczna, mocna wizualnymi konkretami narracja nabiera szybko charakteru przypowieści. Wartość symboliczną mają tu upominający sie o godność ludzie: błagający o śmierć niewidomy starzec (wstrząsająca postać), ale też, wbrew pozorom, barmanka - kochanka naszego kowboja, odmawiająca opuszczenia męża. Symboliczne są też miejsca, które przyjdzie odwiedzić osobliwej karawanie - w pamięci zostaje najmocniej bar z dziewczynką grająca na zdezelowanym pianinie preludium Chopina. Bardzo istotny jest tu wkład operatora Chrisa Mengesa, który przed laty zachwycał wybitną kompozycją wizualną "Misji" Rolanda Joffe. To w dużej mierze dzięki niemu realistyczno-naturalistyczny film nabiera poetyckiego wymiaru i charakteru uogólnienia, czy wręcz metafory.
...western pozostaje gatunkiem - zdaje się, ostatnim - w którym możliwa jest
wypowiedź filmowa o charakterze najczystszego moralitetu...
 
Film Tommy'ego Lee Jonesa dowodzi jeszcze jednej ważnej rzeczy: że western, grzebany już wielokrotnie w swoich dziejach, gatunkiem martwym nie jest i jeszcze długo nie będzie. Western pełni rolę amerykańskiej mitologii, i nie ma większego znaczenia czy w "prawdziwej" historii zakorzenia się mocniej, czy - jak westerny Eastwooda - słabiej, czy też wreszcie - jak "Melquiades" - jest opowieścią współczesną. Najważniejsze bowiem, że pozostaje gatunkiem - zdaje się, ostatnim - w którym możliwa jest wypowiedź filmowa o charakterze najczystszego moralitetu. W ramach którego możliwy jest jeszcze film, by użyć zapomnianego słowa, szlachetny.
...realistyczno-naturalistyczny film nabiera poetyckiego wymiaru...
 
PS. Na marginesie należy odnotować pewną oczywistą inspirację scenarzysty Giullermo Arriagi, mianowicie podobną podróż i z podobnym ładunkiem Tommy Lee Jones odbył już wcześniej - sekwencja ta, długa i dręcząca, stanowiła finał wybitnego westernowego miniserialu "Na południe od Brazos"



(repr. http://archiwumfilmowe.pl)

1 komentarz:

  1. Hm, i przegapiłam, bo widziałam kawałek w TV, ale jak się nie ogląda od początku, to już ciężko wejść w film...
    Może następnym razem.

    OdpowiedzUsuń