środa, 16 listopada 2011

Seks(tet) po trzydziestce ("Usta usta", 2010-2011)

repr. filmweb.pl
(wszystkie fot.)
Telewizor służy mi wyłącznie do oglądania filmów i od wielkiego dzwonu starannie wybranych seriali. Uważam przy tym dekoder z nagrywarką za jeden z siedmiu kluczowych wynalazków w historii ludzkości (pozostałe to koło, ruchoma czcionka, piwo, kinematograf, zmywarka i pendrive). Dzięki niemu oglądamy nie tylko to co chcemy, ale również kiedy chcemy, możemy zatrzymać w pół kroku Bruce'a Willisa (moc!) by na przykład odebrać telefon od teściowej (priorytety!), no i przewijamy radośnie wszystkie reklamy. Przy tym seriale polskie zasadniczo omijam szerokim łukiem, zwłaszcza jeśli mają coś wspólnego z komedią, a z kom-romem w szczególności. A jednak - ktoś mi polecił, gdzieś się coś przeczytało, potem trafiła się reemisja więc w ruch poszła w/w nagrywarka  - i tak oto w 35 wieczorów zaliczyliśmy z Małżą (i częściowo również ze Szkrabianką) całość serialu "Usta usta".

Zaczyna się tam, gdzie kończy się kom-rom.
Tak, tak - wiem, że to licencja, format - bardzo dokładnie przeniesiony z brytyjskiego serialu "Cold Feet". Ale historia trzech serialowych par jest na tyle uniwersalna, że nie ma to większego znaczenia dla jej odbioru. Nawet jeśli kopiowane są całe ujęcia i sceny (a ponoć są) - to może spowoduje to, że w Polsce ktoś się nauczy kręcić seriale. Ta kopia nie przeszkadza mi tym bardziej, że adaptacja scenariusza przeprowadzona jest wręcz wzorowo, zwłaszcza pod względem z żywych i bardzo naturalnie napisanych dialogów. Żadnych językowych kalk (kalek?), za to dbałość o potoczysty i barwny, zindywidualizowany dla poszczególnych bohaterów  styl. Oczywiście pewne wątki zdradzają pochodzenie z innych realiów, bo o ile Murzyn z anglosaskim nazwiskiem jest sprawą naturalną, to już z nazwiskiem arcy-wręcz-polskim - niekoniecznie. Podobnie w wątkach aborcyjnym, imigracyjnym czy pogrzebowych - czuje się pewną nienaturalność. Mam wątpliwości, czy tak potoczyłyby się faktycznie w polskich realiach. Ale jeśli się przymknie na to oko, wpadamy w opowieść zaczynającą się tam, gdzie kończą się kom-romy. Ot, trzy bardzo zróżnicowane pary: jedna dopiero się dociera, druga spodziewa się potomka, trzecia już jednego posiada. Bo "Usta usta" są opowieścią o damsko-męskich, czy szerzej - rodzinnych i przyjacielskich relacjach wśród problemów codziennego życia. Brzmi to okrutnie wymiotnie i kojarzyć się może z "Na dobre i na Wspólnej", ale na szczęście twórcy nie poszli na żadną łatwiznę. Komediowy sztafaż jest tylko przykrywką do wartko opowiedzianej, ale naprawdę wnikliwej wiwisekcji relacji międzyludzkich. Komedia łatwo przeradza się tu w tragikomedię, a spod niej wyzierają niekiedy dość smętne refleksje. Nie robi się jednak melodramatycznie i łzawo, po prostu jak w życiu jedno przenika się z drugim. To, że opowieść się nie osuwa w banał jest zasługą dyscypliny narracyjnej (może trudno uwierzyć, ale na 35 odcinków nie ma bodaj ani jednej dłużyzny, ale też nie ma wrażenie galopady wątków) oraz kapitalnej obsady.

Różdżka i Wilczak: wypadli nienajgorzej...
Paradoksalnie: Magdalena Różdżka i Paweł Wilczak, których dzieje stanowią spoiwo fabuły, wypadają w tym sekstecie najsłabiej. Różdżce niestety zabrakło naturalności, podobnie Wilczak irytował swoją dziwną deklamacyjną manierą - i niestety poniósł porażkę w scenach dramatycznych. Oczywiście nie "położyli" oni całkiem swoich ról, bo oboje generalnie wypadli nie najgorzej - ale nic ponadto. Być może po prostu oboje wypadliby lepiej w otoczeniu słabszej stawki aktorów. I nie chodzi o to, że nieraz drażniła mnie infantylność ich bohaterów - Julki i Adama.

Ich przyjaciele, Krzysztof i Agnieszka oraz Piotrek i Iza: dwa małżeństwa, zupełnie różne, choć oba z pewnym już stażem. Razem z Adamem i Julką stanowią nierozłączną paczkę przyjaciół, choć charaktery mają bardzo zróżnicowane. Właściwie każdemu należy się odrębna uwaga, bo jest to dość wyjątkowy - w polskich warunkach serialowych - koncert aktorstwa.

Dwie subtelne kreacje: Perchuć i Popławska
No, może koncercik, bo mimo wszystko zachowajmy proporcje - TVN to nie HBO. Niemniej dostajemy cztery ujmująco zniuansowane role w wykonaniu nieopatrzonych aktorów. Marcin Perchuć, wcześniej znany mi tylko z "Ekipy", gra początkowo grubą kreską "lekko wzdętego" Krzysztofa. I o ile zrazu niezbyt budzi naszą sympatię, to stopniowe pogłębienie tej postaci zmienia nasze nastawienie. Perchuć zresztą na przestrzeni trzech sezonów bezbłędnie uwiarygodnił przemianę swojego bohatera, który pod wpływem dramatycznych przeżyć przeradza się z pyszałkowatego buca w zdrowo pewnego siebie mężczyznę. Partneruje mu Magdalena Popławska, którą poznajemy jako przytłoczoną obowiązkami matkę. Popławska buduje swoją rolę zaskakująco subtelnymi środkami, niekiedy jednym spojrzeniem, drobnym gestem - i jej pełna ciepła ale wewnętrznej energii rola Agnieszki to zdecydowanie najlepszy występ kobiecy w "Ustach". Kilka dni temu aktorka ta została wyróżniona nagrodą im. Cybulskiego - i zupełnie mnie ta wiadomość nie dziwi.

Prawem kontrastu w drugiej parze spotkamy Sonię Bohosiewicz: jej Iza to konkretna, trzeźwo myśląca babka, choć nieco początkowo zdezorganizowana mama. Nie pozbawiona przy tym zaskakującej delikatności i pewnego zagubienia. Bohosiewicz raczej nie zaskakuje, ale jest idealnie dobrana i stuprocentowo wiarygodna - od ciut chaotycznego macierzyństwa po bardzo swojski i szalenie kobiecy seksapil. To po prostu rola pasująca do niej jak ulał.

Bohosiewicz i Mecwaldowski - wyjątkowa chemia
(do tego wreszcie niewymuskana scenografia
- i te kostiumy!)
Stawkę zamyka kreujący męża Bohosiewicz Wojciech Mecwaldowski, którego występ - przyznam to od razu - trafił mnie w samo serce. Pozornie Piotrek to taki misiowaty prosty chłopak, który w pobieżnym serialu byłby sympatyczną komediową figurą. Ale Mecwaldowski wzbogacił go o drugie dno, "tak zwaną życiową mądrość" rodem z Osieckiej. To taka domieszka egzystencjalnej goryczy, na tyle subtelna, że postać ta staje się kimś szalenie ludzkim i bliskim - ale tak odmierzona, że nigdy nie staje się żałosna, patetyczna. To właśnie Mecwaldowski najlepiej uchwycił pewną charakteryzującą Piotrka delikatność i  twardość jednocześnie (bo ostatecznie pod pozorami mięczakowatości to właśnie jego bohater ma najwięcej tak zwanego hartu ducha). I to właśnie jego bohater pozostawia wrażenie, że najwięcej z nim przeżyliśmy (choć ostatecznie to nie jego najbardziej doświadcza serialowe życie). Piękna, wyważenie zagrana postać, która została ze mną na długo po zakończeniu serialu.

Właściwie każda z tych postaci ma - jak w życiu - wiele emocji i wiele twarzy, każda też przejdzie w swoim czasie świetnie uwiarygodnioną metamorfozę, bo czy życie i ns nie zmienia? Są też, co trzeba przyznać twórcom, idealnie dobrani do siebie w parach - dawno nie czułem między polskimi aktorami takiego porozumienia, takiej chemii (ZWŁASZCZA Bohosiewicz i Mecwaldowski). Na dokładkę na drugim planie przewija się szpaler mniej lub bardziej wyrazistych twarzy - Arciuch, Mucha, Żurek, Gorczyca - ale wszystkich bije na głowę kapitalna Elena Leszczyńska w roli ukraińskiej nani. Jej postać - z tym temperamentem i rezolutnością - ma potencjał w zasadzie na osobny serial.

Nocnik rządzi :)
Chwała twórcom - chyba jednak brytyjskim - za to, że zamknęli fabułę po przerobieniu wszystkich kombinacji damsko męskich (a jest to jednak zbiór skończony) i nie posunęli się do zjadania własnego ogona przez powielanie i udziwnianie konfiguracji. Dzięki temu pozostajemy z wrażeniem, ze historia jest pełna - nic jej nie brakuje, a nie ma wrażenia przesytu, jakie niechybnie pojawiłoby się przy próbie ciągnięcia serialu ad mortem defecandum. Znając całość, widać zresztą precyzyjny zamysł twórców: od celowo mylącego kom-romowego prologu historia stopniowo nabiera ciężaru i ewoluuje w stronę tragikomedii (nie tragedii, bo nawet w najsmutniejszych momentach opowieść nie traci równowagi i nie popada w łzawość i patos). Z godnych odnotowania zabiegów wspomnę jeszcze o symultanicznych relacjach: oto jedną z par coś spotyka, po czym później każde z osobna relacjonuje to przyjaciołom (z reguły facet facetom, a kobieta kobietom). Kapitalnie pokazuje to różnice w postrzeganiu świata przez różne osobowości - nie chodzi tu tylko o płeć. Po prostu każdy kij ma dwa końce, a często i więcej.

Oczywiście serial nie jest pozbawiony wad. Poza wspomnianymi wcześniej szwami w adaptacji (zapewne nie do uniknięcia) rażą niektóre zbyt naciągane mechanizmy napędzania fabuły (np. nadużyte dzielenie się cudzym sekretem), sporadycznie spada poziom dowcipu (ale na szczęście róża w tyłku Wilczaka wyznacza dolną, a nie górną granicę). Mój jedyny poważny zarzut to sztucznie wysoki współczynnik zdrad w związkach: otóż gdyby wierzyć serialowi, to literalnie każdy prędzej czy później dopuści się zdrady - to wyłącznie kwestia czasu i okoliczności. A to - pozwólcie mi trwać w moim idealizmie - chyba jednak nieprawda. Ostatecznie - choć nie bez oporów - przymykam na to oko, kładąc na karb prawa serialowej kondensacji. Poza tym to wszystko (poza ostatnim) są drobne mankamenty wobec opowiedzianej z lekkością tragikomedii o poważnych sprawach, w której nie robi się z widza idioty. W której działania bohaterów wyrastają precyzyjnie z ich psychiki a nie li tylko z fantazji scenarzysty. Która trzyma tempo i nastrój (kapitalny dobór muzyki), i - przy całej swojej rozrywkowej lekkości - jest po prostu życiowo niegłupia. No i ten Mecwaldowski!

4 komentarze:

  1. Nie widziałem ani jednego odcinka. Ale słyszałem że warto zobaczyć :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo, bardzo lubiłam ten serial, przede wszystkim za to, że nie pokazywał relacji międzyludzkich w sposób naiwny. Dręczy mnie tylko zawsze przy oglądaniu takich produkcji, jako pracownicę oświaty, jedno pytanie: skąd bohaterowie, bądź co bądź trochę po trzydziestce, biorą kasę na takie wystawne, w moim mniemaniu, życie:)? Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Taaak, też się nad tym zastanawiałem. W "UU" co prawda są sygnały, że Nowakom się nie przelewa, ale pozostali żyją na zdecydowanie wyższym poziomie. No cóż, żadne z nich nie pracuje w oświacie ani bibliotece :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Trochę to oglądałam, bez specjalnego pilnowania odcinków, ale wrażenia jak najbardziej pozytywne.
    A jeszcze bardziej pozytywne po Twojej wnikliwej recenzji, hoho, jestem pod wrażeniem, rozłożyłeś serial na czynniki pierwsze.
    Co do Wilczaka, skąd on się tam wziął - ano tak sobie myślę, że z "Kasi i Tomka" - tam się sprawdził, to zagarnęli.

    OdpowiedzUsuń