wtorek, 7 lutego 2012

To the "City" (Tyrmand, Dehnel, ząbkowanie i cała ta zima...)

1. Zacząłem "Dziennik 1954" Tyrmanda i porzuciłem po jakichś 50 stronach, może nawet mniej. Pewnie jestem niesprawiedliwy, bo oczywiście ludzie w każdych, nawet najbardziej trudnych czasach mają prawo chcieć normalnie żyć, ale nie mogłem pozbyć się odpychającego wrażenia trywialności problemów szanownego autora (skądinąd akurat rówieśnika). Rozumiem, że absurdem jest wymagać od kogokolwiek rozdzierania szat w obronie gnijących w więzieniach akowców, aresztowanych księży, itd. itp., rozumiem, że prawdopodobnie w moim spojrzeniu na lata 50. perspektywa historyczna zafałszowuje obraz codziennego życia - ale coś mnie trafia, kiedy czytam, jakim to problemem jest nielubienie przez władzę pasiastych skarpetek Leopolda. Poza tym - opisy postaci z otoczenia dobre, celne. Ale wracające złośliwostki pod adresem małoletniej partnerki - nuda do spodu po drugim razie. Najlepsze ze wszystkiego to charakterystyka młodego Herberta. Koniec końców "Dziennik" oddałem koledze z działu (dostałem z odrzutów z biblio - łatwo przyszło, łatwo poszło). Kto mi odda zmarnowane dwa tygodnie?

2. "Saturn" Dehnela... Tu sprawa nie jest taka prosta, właściwie to materiał na osobny post. W każdym razie odczucia mam bardzo, bardzo niejednoznaczne - stąd i refleksje na bloga długo się generują, bo jednak trzeba odpowiednie dać rzeczy słowo. Podobało mi się bardzo. I mogłoby być lepiej. Może byłoby lepiej, gdyby nie było tak perfekcyjnie. No, sami widzicie...

3. Ostatecznie - jak widać obok - czytam obecnie coś z zupełnie innej beczki niż dotychczas. Autora odkryłem dzięki przypadkowo napotkanemu blogowi Paren (samą autorkę kojarzę z Biblionetki). Film "Novecento", według innej powieści Baricco, pamiętam dobrze - miał swoje wady, ale takie, które nie wynikaj z materiału literackiego. Za to opatrzony był jedną z najpiękniejszych*) kompozycji maestro Morricone (mam porównanie - słyszałem chyba wszystko co napisał). Tak więc na razie zwiedzam - to akurat odpowiednie słowo dla tej książki - "City". And I like it.

4. O ile pierwsze cztery ząbki wyrosły Dziedziczce w miarę bezboleśnie (może poza czwartym), o tyle teraz przy kolejnym (kolejnych?) od tygodnia widać, że ją męczy. Wyobrażam sobie jak to może swędzieć i cisnąć - i w efekcie przeżywam to chyba gorzej od niej. Inna sprawa, że małej nie przeszkadza to gadać niemal bez przerwy; chyba ona pierwsza ma do powiedzenia więcej niż ja sam. I jeszcze ten jej językowy mariaż węgierskiego z wietnamskim - bezcenny.

5. Dzisiaj w powietrzu poczułem wiosnę. Mówię wam - jest niedaleko.



--
*) Tak tak, mieści się w pierwszej piątce - razem z "Dawno temu w Ameryce", "Pewnego razu na Dzikim Zachodzie", "Misją" i "Bugsym".

8 komentarzy:

  1. Spoczko. Przede mną wypadanie mleczaków. I teraz nie wiem co gorsze :P
    PS. Czekam na wpis o "Saturnie".

    OdpowiedzUsuń
  2. U jednej wychodzi imponująca stała jedynka, u drugiej jakiś zapomniany trzonowiec:) A Tyrmand jest irytujący jak cholera, szczególnie jak się użala nad sobą. Natomiast obserwacje obyczajowe - no miodzio. Spokojnie trzeba było czytać wybiórczo.

    OdpowiedzUsuń
  3. Cieszę się, że Ci się "City" podoba. U mnie już czeka na stosiku... :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. "Dziennik 1954" jest tak słaby? Hmm...Dobrze wiedzieć. A tak poważnie nie mam ochoty na taka literaturę. Nie teraz. Może za jakiś czas.

    OdpowiedzUsuń
  5. ZWL: tak też mi przyszło do głowy, żeby czytać jakoś fragmentami, bo miejscami - właśnie obyczajowo - bywa świetne. Ale straciłem serce, nie będę się zmuszał. Niektóre kisążki nie są napisane dla mnie :)

    Paren: Tak, podoba się bardzo. Taki specyficzny mix wątków refleksyjnych i humorystycznych - i tu i tu trafiają się wyśmienite partie. Całość przypomina mi - przez specyficzne wyczucie poezji w codzienności i w relacjach międzyludzkich - "Chungking Express" Kar-Waia; przez kilka lat regularnie wracałem do tego filmu. I "Lost in Translation" - ulotnością, niedopowiedzeniem, ale też płynnym łączeniem liryzmu i komizmu.

    Pisanyinaczej: "Dzienik" jest nie tyle jest słaby, co się z nim rozminąłem. Kwestia degustibusa, jak to podsumował kiedyś chyba Bazyl.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bibliomisiek: jakbyś do końca przeczytał Tyrmanda, to nie miałbyś go za buca skupionego na sobie. Oczywiście, był skupiony, ale jednak nader dużo widział i odczuwał. Pod koniec jest taki fragment, kiedy kazał Bognie przestać gwizdać, kiedy przejeżdżali obok bodajże więzienia na Rakowieckiej. A stawiane przez Tyrmanda diagnozy systemu nader wnikliwe i prawdziwe były.

      Usuń
  6. "City" - świetna, magiczna powieść.

    OdpowiedzUsuń
  7. Właśnie kończę "Saturna" i mam chyba podobne odczucia. Powieść jest dla mnie genialna i chciałabym ją zrecenzować, ale nie jestem w stanie znaleźć odpowiednich słów, by tę genialność oddać.

    OdpowiedzUsuń