piątek, 24 lutego 2012

Portret rodzinny we wnętrzu (Jacek Dehnel, "Saturn. Czarne obrazy z życia mężczyzn z rodziny Goya")

Już dwa tygodnie zastanawiam się, co napisać na temat "Saturna"; w międzyczasie aż zdążyłem skończyć "City" Baricco. Z jednej strony staram się nie wpadać w gromkopierdny ton bezkrytycznego zachwytu, z drugiej - wzorem Kalio chyba dam sobie prawo do nie-bycia-krytycznym na moim własnym blogu; ostatecznie książki po które w końcu sięgam, przechodzą długą karencję i ostry odsiew - i w efekcie niewiele książek przeczytanych uznaję za chybione. Gdybym miał wątpliwości, czy "Saturn" nie będzie stratą czasu - nie przeczytałbym pewnie. A i tak czekał niemal rok, co świadczy, że podchodziłem do niego z pewną rezerwą. Nie wiedziałem, czy w czarnych obrazach odnajdę fascynujący koszmar, czy pretensjonalny koszmarek. Sam Dehnel potrafi być w moim odczuciu zarówno uroczo wyrafinowany, jak i właśnie denerwująco pretensjonalny. I to niekiedy jednocześnie.

Francisco de Goya, 1826 (dwa lata przed śmiercią,
mal. V. López y Portaña, repr. Wikimedia Commons)
Już "Lala" zachwycała wycyzelowanym stylem, wielopiętrowymi zdaniami, wyczuciem nastroju i komizmu, i wielką - zwłaszcza jak na stosunkowo młodego autora - świadomością tego, co i dlaczego chce się przekazać. I jak. Proza Dehnela jest obfita w słowo, rozlewna, nastrojona na zmysłowe doznania, ale też nawet na muzyczność frazy. Znać było, że autor jest człowiekiem wielkiej wrażliwości (jak pięknym "Lala" jest przecież pożegnaniem) i nieprzeciętnego talentu. Dość, że ze współczesnej książki polskiej na palcach jednej ręki można policzyć te, które w podobnym stopniu mi się podobały *).

A jednak nie skusił mnie ani "Rynek w Smyrnie" (ciągnęło się za nim odium prozy młodzieńczej) ani "Balzakiana" (może jeszcze zmienię zdanie, ale koncept tego tomu wydaje mi się odrobinę pretensjonalny), a "Fotoplastikon" do mnie nie przemówił. No, ale "Saturn" jednak się doczekał. 

Javier Goya w 1805 r., (mal. F. Goya, własn. Museo de Zaragoza,
repr. https://artdone.wordpress.com)
Stwierdzę od razu - tak, "Saturn" mnie zachwyca. Potwierdza - mimo moich obaw - kapitalną klasę autora, choć zarazem nie jest pozbawiony pewnych charakterystycznych dla Dehnela słabości. Wiwisekcja patriarchalnych relacji w ich najbardziej, mam nadzieję, wykręconej wersji, przeprowadzona jest prostym a szalenie nośnym chwytem przeplatających się monologów. Pomysł ten otrzymał iście koronkową realizację: narracje słynnego ojca (Francisco), jego okląchłego syna (Javier) i irytująco pustego wnuka (Mariano) przeplatają się wzajemnie jak nici gobelinu, uzupełniają nawzajem, oświetlają te same fakty z różnych stron, od wewnątrz i od zewnątrz, tworząc razem jakiś upiorny łańcuch zatrutego DNA, przekazywany przez pokolenia. I w każdym z nich dający inny, ale zawsze zatruty, owoc (piętno tej trucizny wyraźnie widać na zrezygnowanej, wypalonej twarzy 40-letniego Javiera na podobiźnie poniżej). To trudny do wyobrażenia konglomerat pogardy, zawodu, krzywd, poczucia winy, żalu, agresji, frustracji, pychy i depresji i miłości - tak, jest w tym wszystkim także miłość - konglomerat ciężki, gorzki i lepki, wszechogarniający do tego stopnia, że jesteśmy w stanie zrozumieć, dlaczego żyjący w nim Javier życzy śmierci wnukowi d l a  j e g o  w ł a s n e g o  d o b r a. I jak wielka gorycz zrodziła naścienne koszmarne wizualizacje - Czarne Obrazy, artystyczną ejakulację całego tego nagromadzonego przez dziesięciolecia jadu i żalu. Oczywiście to z Javierem najłatwiej się identyfikować. Wielki Francisco fascynuje i przeraża niszczycielską presją wywieraną na najbliższych, natomiast Javier, o psychice przez całe życie tratowanej przez ojca, budzi największą empatię. Choć z drugiej strony - chyba każdy ma w sobie i Javiera i Francisca...
Quinta del Sordo ("Dom głuchego"), w którym toczy się większa część opowieści
(repr. Wikimedia Commons)
Tło historyczne pozostaje tłem i tak naprawdę nie ma większego znaczenia dla opowieści, choć to akurat nie zarzut - nie fresk historyczny jest celem Dehnela, to widać gołym okiem. Choć przyznam, że nie przypominam sobie gdziekolwiek indziej tak ponuro opisanej Hiszpanii. Mamy za to ekfrazy, opisujące poszczególne "czarne" dzieła - to jakby lustro, w którym odbijają się emocje królujące w głównej opowieści.

40-letni Javier Goya, 1824 (mal. F. Goya,
repr. http://www.backtoclassics.com)
Styl Dehnela to po staremu - jak można się było spodziewać - upajająco piękna polszczyzna, klasycyzująca i kunsztowna, przywracająca do łask w wielopiętrowych zdaniach mój ulubiony znak - średnik; z dbałością o rytm, o pauzy. Dysząca emocjami, zmysłowa, dygocząca bebechami. Czyta się to trochę jak słucha Beethovena - to podobne harmonie, podobnie gwałtowne emocje. Niestety właśnie w tym rozbuchanym stylu tkwi słaby punkt powieści Dehnela - ta porywająca forma, mimo że nie przekracza granicy za którą styl staje się manierą a obfitość słowa - przegadaniem (ale bywa blisko), to jednak powodowała, że niekiedy wypadałem na zewnątrz tego świata w stronę zachwytu samą forma, językiem. Odwracała uwagę. "Saturn" jest napisany wyśmienicie, ale niekiedy bardziej się ją podziwia, niż przeżywa. Nie jest to może przerost formy nad treścią, ale chwilami się o niego ociera. Do oszczędności w pisaniu dojrzewa się podobno z wiekiem - Dehnel prędzej czy później wyrobi w sobie tą brakującą odrobinę umiaru. Przy jego wrażliwości, świadomości artystycznej i stylistycznej wirtuozerii nie mam wątpliwości, że prędzej czy później zostanie pisarzem wybitnym (zresztą w żartobliwym plebiscycie "Wyborczej" "Nobel 2040" obstawiałem właśnie jego, obok Dukaja). "Saturn" jest od tej wybitności o włos. Naprawdę mocne.

5,5 / 6


Na ucho: "Piąta" Beethovena.


--
*) Z biegu wymieniam "Stankiewicz" i "Warunek" Rylskiego, "Prąd zatokowy" Sosnowskiego, może jeszcze "Jul" Goźlińskiego i "Ostatnie życzenie" Sapkowskiego, choć pewnie znalazłoby się jeszcze kilka...

Jacek Dehnel, Saturn. Czarne obrazy z życia mężczyzn z rodziny Goya. Warszawa: Wydawnictwo W.A.B., 2011.

Książka dostępna w WBP w Lublinie

12 komentarzy:

  1. Trudno cokolwiek dodać. Miałam podobnie - język "Saturna" zachwycał tak bardzo, że czasem wytrącał z wątku.

    Piękna recenzja niesamowitej książki.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobrze przeczytać taką recenzję. Dobrze wiedzieć, że takie książki są jeszcze przede mną. Mniam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. @Oleńka: ano właśnie, dlatego tak długo zastanawiałem się co napisać. Poprzednim razem wspomniałem "Może byłoby lepiej, gdyby nie było tak perfekcyjnie" - i to chyba jest sedno. Ale - oby polska literatura miała tylko takie słabości... ;)

    @Agnes: No tak, mniam. Powiedziałbym, że to najlepsza książka jaką przeczytałem w tym roku, jakkolwiek absurdalnie by to nie brzmiało w lutym (W "Ragtimie" Doctorow wspomina, że zabójstwo pewnego architekta okrzyknięto zbrodnią stulecia, choć był rok 1906 :). No, ale w następnej kolejności przeczytałem "City" i Dehnel utracił pozycję lidera.

    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  4. dziękuję za tę recenzje, jest świetna, pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Heh, w "gromkopierdny ton bezkrytycznego zachwytu" ja wpadłem po przeczytaniu "Saturna":) Uważam, że wpadać można. Dehnela bardzo lubię.

    A co dziwniejsze, jeszcze "Lali" nie przeczytałem. Książka swą fizyczną obecnością drażni mnie, stojąc sobie na półce, ale nie na tyle, by zacząć czytać. Trzeba będzie się przemóc.

    OdpowiedzUsuń
  6. @Bazyl: czytałem, czytałem, jeszcze zanim wpadła w moje łapy sama książka. Miałem nawet podlinkować - zapomniało misię.

    @Tomek: Witam, miło mi gościć.

    @ Charlie: Polecam "Lalę" gorąco, piękna książka.

    OdpowiedzUsuń
  7. oj, przesadny zachwyt. Też czytałem "Saturna" i ostro mnie przynudził.
    "Upajająco piękna polszczyzna, klasycyzująca i kunsztowna" ??? Czy mówimy o taj samej książce? Mnie zraził prymitywny, jednostajnie wulgarny stek wyzwisk, jakimi obrzucają się Goyowie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba wszyscy podostawali ksiązki za darmo i pieją z zachwytu... bo przecież trzeba sie odwdzieczyć ...

      Usuń
    2. Moja recenzja "Saturna" jest szczera. Jednak w przeciwieństwie do Pana nie uważam swojej opinii za jedyną słuszną, więc nie widzę powodów do obrażania tych, którym "Saturn" się nie podobał. Nie wiem też jako zysk miałby mieć wydawca z mojej recenzji napisanej niemal równy rok po premierze książki. Więc polecam najpierw myśleć, a dopiero potem komentować. Merytorycznie.

      Żegnam chłodno i, prawdę mówiąc, nie zapraszam ponownie.

      Usuń
  8. Muszę przyznać się, że jakoś chodzę wokół tego pisarza i nie wpadliśmy jeszcze na siebie. Ale dzięki tej recenzji, super zresztą, takiej jakie lubię czytać, jest też co pooglądać, pewnie jestem bliżej niż dalej, twoje słowa bardzo zachęcają. Zastanawiam się tylko, czy jednak nie jest to przerost formy nad treścią, bo lubię też czegoś podczas lektury się dowiedzieć:)

    OdpowiedzUsuń
  9. @Zbyszekspir - nie, dla mnie nie jest to przerost formy nad treścią, chociaż styl Dehnela nie do każdego pewnie trafia. W przypadku "Saturna" zresztą negatywnych opinii jest relatywnie bardzo niewiele, na ile się rozglądałem. Ale są - przykład powyżej. To trochę - jak ze wszystkim - kwestia upodobania. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń