sobota, 17 marca 2012

Czy ja piszę zawile? (+ raport z "Asfaltowego saloonu")

Podobno. Tak się ostatnio dowiedziałem.

Cytując klasyczną myśl z poletka filmowego:

Recenzja to nie mają być jakieś dyrdymały, tylko ma być napisane czy film jest dobry i czy cycki som.

Otóż to. Dlatego o "Asfaltowym Saloonie" Łysiaka będzie krótko:



1. Łysiak z przyjacielem Jarosławem Chlebowskim (do którego zwraca się nieustannie "Jerry", co brzmi niestety pretensjonalnie) odbyli podróż po Stanach w 1977 roku. Trasę przebyli imponującą: Detroit - Black Hills - Deadwood - Little Big Horn - Las Vegas - Hollywood - Yuma - Alamo - Nowy Orlean - Savannah - Memphis - Nowy Jork. Niemal każde z tych miejsc to legenda Ameryki, a Łysiak podróżuje zarówno w przestrzeni jak i w czasie. Snuje z rozdziału na rozdział opowieści o bliższej i dalszej historii Ameryki, przeplatając je oczywiście reportażem wprost z podróży. W końcu odwiedza miejsca usiane kośćmi dawnych pionierów, jeździ po stepach, gdzie wrzask Indian brzmi jeszcze w wichrze, odwiedza miejsca pamiętające całkiem niedawne epopeje Ala Capone, Bugsy'ego Siegela, a niektóre imponujące postaci spotyka na żywo (Korczak Ziółkowski) lub prawie na żywo (chłopaki cudem zdążają na pogrzeb Elvisa Presleya).

2. Łysiak ma wiedzę ogromną, zresztą uwielbia opowiadać i - co trochę gorsze, ale o tym za chwilę - uwielbia swoją sztukę opowiadania. Wyławia mnogość smaczków i szczegółów poszczególnych wydarzeń w historii Stanów, choć niekiedy w imię dramatyzmu zapędza się w ryzykowne rejony - osobiście nie spotkałem się z informacją, żeby zabójca "Dzikiego Billa" Hickoka opróżnił magazynek. Hickok zginął od jednej kuli, ale nie podważam opisu Łysiaka, bo może oba te stwierdzenia się ze sobą nie kłócą. Myli natomiast Łysiak film "Dzika banda" Sama Peckinpaha z rzeczywistą Dziką Bandą, w skład której wchodzili Robert LeRoy Parker i Harry Longbaugh, bardziej znani jako Butch Cassidy i Sundance Kid, uwiecznieni w zupełnie innym filmie. Ale za to przy innej okazji wzruszyło mnie odwołanie do skromnego a pięknego filmu Peckinpaha "Ballada o Cable'u Hogue'u" - za to duży plus (choć wówczas film ten miał raptem 7 lat i Łysiak zapewne miał go względnie na świeżo w pamięci).

3. Gdybym nie wiedział tyle ile wiem o historii Stanów, zapewne "Saloon" wydałby mi się o wiele ciekawszy. Ale że zarówno tematyka podboju Zachodu, gangsterów z lat 20 i 30., czy historii Hollywood jest mi dość dobrze znana od lat, to niełatwo mnie na tym polu zaskoczyć. Jednak rozumiem, że w 1980 roku, kiedy "Saloon" wyszedł drukiem, musiał być fascynującą lekturą. Niemniej spotkanie oko w oko z Korczakiem Ziółkowskim, czy relacja na żywo z dni tuż po śmierci Elvisa, czy wreszcie opis widzianych podróżniczym okiem takich miejsc jak Deadwood, Tombstone albo osławione więzienie w Yumie - przykuwają, co tu dużo gadać. Nie wiem natomiast po co znalazł się cały rozdział o pseudo-futurystycznych miastach, opartych na koncepcjach tak bzdurnych, że głowa boli...

4. I tak dochodzimy do stylu. Problem Łysiaka polega na tym, że pisze ciekawie, ale za dobrze o tym wie. Rozumiem, że podróż po Stanach wywołuje silne wrażenia, zwłaszcza w tamtej epoce. Ale WŁ popada przez to w egzaltację, którą próbuje przykrywać nonszalancką, drwiącą pozą. Efekt jest niestety irytujący, bo rozchwiany od patetycznych zwrotów rodem z Karola Maya (wygarnął z obu luf i tym podobne) z jednej strony, do niby-ironicznej maniery "ura-bura, czego to ja nie widziałem i czego to ja nie wiem" oraz "ale głupi ci Amerykanie" - z drugiej. A szczytem wszystkiego jest cytowanie własnych wcześniejszych książek jako źródła błyskotliwych myśli, zgrabnych syntez i trafnych spostrzeżeń. No Waldi, come on, man!

5. Podsumowując: "Saloon" wart było odwiedzenia, bo wielce ciekawe miejsca są w nim opisane, a reportaż z pogrzebu Elvisa nie ma chyba precedensu w naszej literaturze. Cała konstrukcja podróży w przestrzeni i czasie sprawdza się, trzeba przyznać, znakomicie. Na minus zdecydowanie działa megalomania autora, która i tak pełnię uzyska dopiero w latach 90. Późny Łysiak kompletnie przestał być dla mnie "poczytalny" jako autor, a po kalumniach rzuconych w "Rzeczypospolitej kłamców" na nieostygłe jeszcze zwłoki Jacka Kaczmarskiego (więcej na ten temat tutaj) przestał być poczytalny w ogóle. Pozostał mi sentyment do świetnego "Cesarskiego pokera" i paru innych wczesnych tytułów. I może jeszcze "Wyspy bezludne" i "MW" do przeczytania. I tyle.

Ocena: 4 / 6
Na ucho: Calexico, płyta "Carried to Dust":









PS. Może tym razem nie jest przynajmniej zawile... Bo krótko jednak nie wyszło.

7 komentarzy:

  1. Łysiaka kiedyś podobał mi się "Flet z mandragory", taka trochę czarna baśń, tak wtedy to odebrałem, ale nie wiem czy przetrzymał by próbę czasu. Dobry był też "Dobry", ale już "Lepszy" znacznie gorszy:-) i przestałem go czytać, jest chyba lepszym teoretykiem, erudytą, znawcą sztuki niż pisarzem. Są tacy, którzy się zachwycają i tacy, co widzą w nim trochę grafomana.

    A ja też się interesuję historią i kulturą Stanów Zjednoczonych, k9ooejne podobieństwo? :))

    OdpowiedzUsuń
  2. O. Ciekawy post. Co prawda "Asfaltowego saloonu" nie czytałam, ale swoją cegiełkę dorzucę.
    Pokochałam Łysiaka w wieku niemowlęcym, tfu, tfu, dziecięcym, bo mi w łapki wpadła "Perfidia", wiem, dzieci raczej nie powinny takich książek czytać, ale trudno, przepadło, przeczytałam i się zakochałam. Potem była dłuuga przerwa, ale już do kolejnych książek Łysiaka podchodziłam z sporym kredytem zaufania. "Flet z mandragory" - owszem, owszem; "Ostatnia kohorta" i zaufanie zaczęło mi klęsnąć; potem wzięłam "Wyspy zaczarowane" i tu to ego autora już mnie przytłoczyło tak, że ledwo zipałam. A świeżo miałam przeczytane Herberta "Barbarzyńca w ogrodzie" i różnica mnie walnęła jak obuchem, nie ta klasa, nie ta klasa, panie Łysiak.
    Jeszcze mam na półce "Szachistę", testu kilku pierwszych stron nie przeszła, chętnie oddam, jakby ktoś chciał.

    OdpowiedzUsuń
  3. @Zbyszekpir
    "Flet" czytałem, podobnie jak kilka innych tytułów, których tu nie wymieniam, bo po co. Chyba byłem za młody (mogłem mieć wtedy, bo ja wiem, 16 lat?). Bardziej mi podszedł prostszy myślowo "Szachista", no i gawędy napleońskie - "Poke, "Szuańska ballada", "Empirowy pasjans". Reszta po mnie spłynęła, nawet "Dobry", a publicystyka - waha się od kiepskiej do okropnej. Sprawa z Kaczmarskim dopełniła dzieła.

    No tak, tych podobieństw faktycznie coraz więcej, ale mam nadzieję, że nie okaże się kiedyś, że jesteśmy własnymi awatarami ;-) A z tematyki amerykańskiej chcę sięgnąć jeszcze po "Dziennik amerykański" Julii Hartwig, który kiedyś przewinął się w komentarzach na blogu direlasua.wordpress.com. Tylko mało czasu, kruca bomba, mało czasu...

    @Agnes
    No to ja się nad "Wyspami" jeszcze zastanowię. Pewnie podejdę, bo trzeba mieć własne zdanie. Ale przypomniałaś mi o wielkiej zamierzchłej zaległości w postaci "Barbarzyńcy" - dopisuję sobie do listy, na zdecydowanie wyższej pozycji.

    Reasumując - Łysiak wielkim prozaikiem w mojej opinii nigdy nie był, nie ten poziom, jak pisze Agnes. Bywa błyskotliwy, zwłaszcza w starszych książkach i jest świetnym, choć ślepo zakochanym w Cesarzu znawcą epoki napoleońskiej - ale to chyba tyle. A publicystą jest po prostu koszmarnym, fanatycznym i nierzetelnym (nigdy nie podaje namiarów na teksty, na które się powołuje, i po historii z Kaczmarem nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że niemała część jego publicystycznych zarzutów opiera się urojeniach).

    Pozdrawiam wiosennie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Do Łysiaka mam stosunek ambiwalentny. Jego powieści nigdy mnie nie pociągały - nawet się za nie nie zabierałem. Publicystyka zawsze wydawała mi się nawiedzona, przesadna, wpadająca nawet czasem w pieniactwo. Nie znoszę tego typu typów jak Napoleon, więc do tej napoleonomanii Łysiakowej tej podchodziłem jak pies do jeża.
    Jednak dość dobrze czyta mi się to, co Łysiak pisze o sztuce (tę jego pasję łatwiej mi jest zrozumieć). Dlatego podobały mi się "Wyspy bezludne" i "MW", u mnie na półce stoją wszystkie tomy (a jest ich osiem i są dość wielgachne) "Malarstwa białego człowieka" (swoją drogą ten quasi-rasistowski wtręt w tytule jest okropny) - zresztą stoją w komplecie przeczytane i sięgam do nich raz po raz do dzisiaj.
    "Asfaltowy saloon" przeczytałem z zainteresowaniem - zresztą nie raz miałem okazję podążać szlakiem, który przebył WŁ z przyjacielem. Niestety, w konfrontacji z moimi amerykańskimi doświadczeniami, urok tej książki nieco się rozwiał (m.in. dlatego, że jest ona bardziej napisana w bibliotece, niż w drodze).

    Myślę, że Łysiak nie spełnił do końca swojego potencjału - jakby na przeszkodzie stanęła mu... jakaś mentalna przypadłość.

    OdpowiedzUsuń
  5. Przeczytałem wiele książek Łysiaka. Zaczęło się, zupełnie jak w przypadku Agnes, od "Perfidii", której postrzępiony egzemplarz wpadł mi w ręce w mocno nieletnim wieku Niewykluczone, że to była moja pierwsza "dorosła" książka. Opowiadania z tamtego zbioru wciąż cenię bardzo wysoko. "Skrzydło motyla" to wybitne studium strachu.

    Oczywiście, wczesny Łysiak piszący o historii i sztuce jest nieskończenie lepszy od późniejszego Łysiaka-publicysty. "Wyspy zaczarowane" wywarły na mnie olbrzymie wrażenie (czy Agnes nie myli ich przypadkiem z "Wyspami bezludnymi"? "Wyspy zaczarowane" to dopiero druga z książek WL, ego pisarza było podówczas jeszcze dość małe). Bardzo wysoko oceniam też "MW" — jeśli wciąż nie przeczytałeś, polecam — no i "Asfaltowy saloon".

    A co do Łysiaka-publicysty... Przyznam, że sięgam po niego od czasu do czasu "dla beki". Nawet w tej chwili jestem w trakcie lektury "Stulecia kłamców". Owszem, o tej publicystyce można powiedzieć wiele złego. Chyba najgorsze jest to, że ogłupia łatwowiernych czytelników, tzn. tych, którzy nie umieją podobnych książek czytać z odpowiednią dozą sceptycyzmu. Blog Kompromitacje (kompromitacje.blogspot.com) w bezbłędny sposób punktuje kilka przypadków Łysiakowego rozjeżdżania się z prawdą Nie tylko zresztą jego, polecam także stamtąd np. wpis o Stommie, "pisarzu niefrasobliwym",

    Na plus liczę jednak WŁ bardzo sprawne operowanie specyficznym stylem i bezpardonowe obnażenie kłamstw związanych z wojną na Bałkanach w latach 90. Mam też nadzieję, że kiedyś nadarzy się okazja do przeczytania "Malarstwa białego człowieka".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, "Wysp..." nie mylę.
      Bardzo możliwe, że są świetne, ale na tle Herberta wypadły... no źle.

      Usuń
    2. Powiem tak: niedawno przeczytałem "Perfidię" (ale nie wiem czy coś napiszę, bo mi refleksje uleciały zanim je utrwaliłem); niektóre teksty z tego zbioru są świetne, ale cóż z tego, kiedy inne skażone są charakterystyczną dla WŁ pseudofilozoficzą emfazą, jakimś takim podskórnym zachwytem nad własną maestrią... Nie wiem może jestem jednak uprzedzony, w każdym razie Łysiaka mam na razie dosyć. "Wyspy" i "MW" poczeka, a na pewno wcześniej przeczytam "Barbarzyńcę w ogrodzie", którego nieznajomość jest moim wielkim wyrzutem sumienia.

      Usuń