środa, 16 maja 2012

Mozaika (Marek Paryż, "Od Ralpha Ellisona do Jhumpy Lahiri. Szkice o prozie amerykańskiej XX i początku XXI wieku")

Zbiór tekstów dra Marka Paryża, cenionego amerykanisty z UW, oryginalnie publikowanych jako recenzje (niektóre nawet pamiętam z "Nowych Książek") to nie jest - i raczej nie miało być - opracowanie o książkach najważniejszych bądź najlepszych z omawianego przez niego okresu w literaturze amerykańskiej (okres ten to lata 1952 - 2008). Dr Paryż po prostu prowadzi przez dorobek tej literatury swoją nić wyboru - jedną z niezliczonych, jakie można przezeń przeprowadzić1).
I choć nie można oprzeć się wrażeniu pewnej przypadkowości w ich wyborze, to wynika ona zapewne z faktu, że jest to właśnie zbiór recenzji prasowych, co już narzuciło selekcję wyboru. Do tego omawia on wyłącznie tytuły wydane w ostatnich latach w Polsce - stąd na przykład z dorobku Johna Updike'a zamiast sztandarowego "Uciekaj, Króliku" mamy mniej znane powieści "Pary" i "Miasteczka", które - w odróżnieniu od "Królika" - ukazały się u nas dopiero niedawno. Podobnie w przypadku Michaela Chabona jego najsłynniejsza książka (nagrodzone Pulitzerem "The Amazing Adventures of Kavalier & Clay") w ogóle nie wyszła po polsku, stąd musimy zadowolić się recenzją skądinąd również znakomitego "Związku Żydowskich Policjantów". W omówieniu "Odruchu serca" Toni Morrison Paryż otwarcie przyznaje, że lata świetności [Morrison] ma już za sobą (w domyśle - wartościowsze są jej starsze pozycje). To samoograniczenie nie wpływa jednak negatywnie na odbiór całości, bo jest z powodzeniem niwelowane rozległością refleksji nad wybranymi ostatecznie dziełami. Autor "Szkiców..." nigdy nie poprzestaje na przedmiotowej książce, skrótowo ale celnie nakreślając już to umocowanie pisarza w kontekście literackim Ameryki, już to przedstawiając pokrótce rozwój i dominanty jego twórczości. Dzięki temu recenzje nawiązują między sobą pewien dyskurs i ta mozaika układa się jednak w spójną i niewątpliwie przemyślaną całość. O przemyślanej kompozycji świadczy również fakt pominięcia kilku recenzji, które w zbiorze się nie znalazły (choćby dotyczące "Libry" DeLillo czy "Marszu" Doctorowa) - czy słusznie zostały pominięte to inna sprawa.

Znamienne, że recenzje te z założenia nie są tekstami ocennymi, a ściśle analitycznymi. Amerykanistę interesuje tekst literacki jako złożony przekaz kulturowy, niosący znaczenia w fabule, symbolice, języku, a także jako świadectwo swojej epoki. Imponuje warsztat literaturoznawczy, który pozwala nawet z pozornie prostej powieści wydobyć jej skomplikowane, nieraz niewidoczne na pierwszy rzut oka podteksty. Kolejne analizy odsłaniają też specyficzny kod symboliczny kultury amerykańskiej, wywodzący się na płaszczyźnie  literackiej gdzieś od Nathaniela Haworthne'a i Marka Twaina, wynikający z różnic geograficznych występujących na przestrzeni ogromnego kontynentu, z niedługiej ale wypełnionej tragediami historii, ze sprzeczności między życiem w wielkich metropoliach, na przedmieściach, w małych miasteczkach i na ogromnych przestrzeniach, wreszcie z wielonarodowej i wielokolorowej mieszanki ludności. Niepoślednią rolę w tym kodzie odgrywają figury wywodzące się z westernu, który pełni w Ameryce rolę pokrewną mitologii (a ściśle sytuuje się gdzieś między mitologią a historią - zależnie od ujęcia bliżej jednej bądź drugiej). To właśnie z szeroko pojętego pionierskiego życia XIX wieku wywodzą się stereotypowe role społeczne i sytuacje dramaturgiczne, do których odnosi niemała część literatury amerykańskiej: potwierdzając, trawestując, podważając, przerysowując, polemizując ("Miasto widmo" Roberta Coovera). 

Przy okazji swojego przeglądu dr Paryż mimochodem zarysowuje zmiany literatury w Ameryce jako środka wyrazu. Obserwujemy ewolucję prowadzącą od powieści klasycznej, uprawianej w latach 50., przez eksperymenty z poetyką reportażu, dalej - wpływ środków odurzających ery hippisowskiej, co przełożyło się na dekonstrukcję klasycznie rozumianej prozy. Lata 70., a potem Reaganowska prosperity  to powrót powieści realistycznej w nowej formie (John Updike, Philip Roth), zaś dwa ostatnie omawiane dziesięciolecia - postmodernistyczne z ducha próby dekonstrukcji fabularnych, ale też udane syntezy starych i nowych środków wyrazu (na przykład twórczość Thomasa Pynchona to obie te tendencje naraz, a Cormac McCarthy to w zasadzie odrębny gatunek literacki). To też antykonsumpcyjny moralny niepokój widoczny u Jaya McInerneya i Breta Eastona Ellisa. Równolegle zauważamy nieustającą popularność i nośność klasycznej epiki w rodzaju "Korekt" Jonathana Franzena, oraz wysyp prozy etnicznej. 

"Szkice..." zaskakują przede wszystkim wnikliwością autora i jego analitycznym talentem, dzięki któremu wydobywa drugie i kolejne dna opisywanych książek. Z kolei szerokie ujęcie kontekstów tworzy wrażenie spójności tych recenzji ze sobą. Powstała mozaika układa się w barwny i szalenie różnorodny przegląd dzieł literatury zza oceanu i pozwala lepiej zrozumieć ten ciekawy i wielowymiarowy kraj i jego mieszkańców.  Mozaika to z założenia niekompletna, ale reprezentatywna i inspirująca do własnych poszukiwań w dorobku literackim Ameryki - nie tylko omawianego sześćdziesięciolecia.

--
1) Inną taką nić sugerowałem w niedawnym tekście poświęconym Nagrodzie Pulitzera.


A książkę wygrałem w marcu w konkursie na stronie www.cormacmccarthy.pl :-)

 



4 komentarze:

  1. Bibliomiśku, gratuluję wygranej książki i podziwiam. Napisałeś tak mądrą, naszpikowaną skomplikowanymi wyrazami recenzję, że aż dreszcz mnie przeszedł. Otarłam się o COŚ WIELKIEGO.
    ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Agnes, doceniam ton subtelnej ironii w Twoim komentarzu :)

    Jakoś tak mi wychodzi, że niektóre recenzje powstają w stylu pokrewnym stylowi książki, o której są - tak jakbym sugerował się stylem autorów. O "Saturnie" Dehnela było Wielce Kwieciście (po tamtej recenzji dowiedziałem się, że piszę zawile w stopniu nieczytalnym, by nie rzec "niepoczytalnym" ;), a teraz wyszło Wielce Mądrze. Cóż, przynajmniej nie użyłem zbyt wielu tzw. izmacji (czyli Mądrych Wyrazów kończących się na "-izm" i "-cja"). Ale zdaję sobie sprawę, że czasem przeginam, i dlatego pracuję stale nad prostotą stylu, naprawdę. Np. żona wymogła na mnie zwyczaj cięcia zdań na krótsze. Czasem niełatwo odpowiednie dać rzeczy słowo - chyba że "słowo" sprowadzimy do "lubię to" na FB, ale zdaje się zgubimy przy tym subtelności ;). Pocieszam się, że moi dwaj idole z blogosfery, czyli Jerzy Sosnowski i Stanisław Błaszczyna również nie szczędzą słów - tyle, że nieporównywalnie lepiej je dobierają. Ale też większą mają praktykę - gdzie mnie, szeregowemu bibliotekarzowi, do nich.

    Pozdrawiam ciepło i wieczornie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To dowodzi, że czytane książki bardzo silnie oddziałuje na Ciebie, że aż styl się udziela. Ja tak miałam z Herbertem i jego "Barbarzyńcą", z czego wcale nie zdawałam sobie sprawy, aż mi ktoś palcem pokazał.
      A opanowanie słowa to sztuka trudna, wiadomo. Łatwo przegiąć to w jedną, to w drugą stronę, ja bardzo lubię zwięzłość, czasem wręcz drastyczną, nie, nie "Lubię to", ale prawie :)

      Usuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń