czwartek, 7 lutego 2013

Panta rhei (David Benedictus, "Powrót do Stumilowego Lasu")

 Bo, chociaż baśń ożywią smyczki,
to tylko raz się gra w patyczki...

(J. Kaczmarski)


David Benedictus wydając "Powrót do Stumilowego Lasu" miał lat niemal 70 i był doświadczonym pisarzem, dramaturgiem i reżyserem teatralnym. Wspominam o tym dlatego, że wydaje się, że trudno kogoś takiego posądzać o chęć łatwego odcinania kuponów od cudzej legendy. Jeśli zaś dodać, że aż 10 lat ubiegał się u spadkobierców Milne'a o prawo do kontynuacji przygód Krzysia i jego zabawek, można założyć, że zdawał sobie sprawę z wielkiej odpowiedzialności, jaką na siebie bierze.

"Powrót" jest ostatecznie kontynuacją tyleż pieczołowitą, co - wydaje mi się, ale mogę się mylić - niepotrzebną. Niewątpliwie, w każdy akapit z dziesięciu - jak u Milne'a - rozdziałów włożono mnóstwo serca, sporo talentu literackiego i niemało wyobraźni (to samo dotyczy zresztą bliskiego wirtuozerii przekładu Michał Rusinka). Wystarczyło to do budzącego podziw odtworzenia mikroświata Stumilowego Lasu. Charaktery nieśmiertelnych bohaterów odtworzone są w miarę wiarygodnie, choć niekiedy zbyt ocierają się o przerysowanie - dotyczy to np. Sowy i Królika. Nowemu zaś zwierzątku, wydrze Lotcie, brakuje jednak, mimo względnej wyrazistości, siły archetypu. Nie trzeba badać jej DNA, by stwierdzić, że jej ojcem nie jest A. A. Milne.

Podobnie z samymi przygodami. Brakowało mi w nich spontaniczności i autentyzmu, cechujących oryginalne perypetie Krzysiowej menażerii. Niektóre epizody sprawiają wrażenie wtórnych, inne - niepotrzebnie opresyjnych (zniechęcanie Sowy do pisania). Ryzykownie też wkracza do Lasu świat zewnętrzny w postaci gry w krykieta, gramofonu, czy zwłaszcza snu Tygrysa o Afryce. Choć dopuszczam możliwość, że to zabieg celowy - w końcu Krzyś chodzi już do szkoły i nic nie jest takie jak dawniej. Panta rhei.

Mimo tych widocznych szwów i mankamentów "Powrót" broni się włożonym weń sercem i talentem. Sporo jest ciepłych, Milne'owskich dialogów; nie sposób też przeoczyć ilustracji Marka Burgessa, do złudzenia kopiujących styl Ernesta Sheparda (poza Krzysiem - bo wyrósł). I nawet jeśli akurat ja do "Powrotu" raczej nie wrócę, to nie jest to książka nieudana. Jeśli założeniem było wyrwanie Kubusia z Disneyowskiego koszmaru i przywrócenie go oryginalnej estetyce - to ten zamiar już sam w sobie jest godny aplauzu. Zaś oceniana autonomicznie książka Benedictusa zasługuje na wysoką notę. Widać w niej na pewno więcej pokory, niż jakiejkolwiek twórczej pychy. Tyle, że nie sposób jest dorównać arcydziełu (o czym sam autor z pewnością wiedział).

Ode mnie: 4,5 / 6

(źródło)



David Benedictus, Powrót do Stumilowego Lasu (Return to the Hundred Acre Wood) ; przeł. Michał Rusinek. Warszawa : Wydawnictwo "Nasza Księgarnia", 2010.

Książka dostępna w WBP w Lublinie

8 komentarzy:

  1. No cóż, też jakoś nie potrafię dopatrzeć się większego sensu w kontynuacji kultowej powieści Milne'a. Może i lektura daje mnóstwo frajdy, ale wolę po raz kolejny przeczytać oryginał, niż kontynuację innego autora, zwłaszcza, że raczej nie dorasta do jej poziomu:)
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawdę powiedziawszy ja potraktowałem "Powrót" jako pretekst do powrotu i przeczytałem za ciosem po raz kolejny Dyptyk Jedyny i Niepodrabialny. Teraz czytam go (czy raczej opowiadam po swojemu) córze, lat 1 i 9/12. A Benedictus? Z biblioteki był i tam wrócił :) Pozdrowionka.

      Usuń
    2. ja również cięgi temu sięgnęłam "do korzeni" :) świetne przeżycie

      www.kreatywneteksty.blogspot.com

      Usuń
  2. Zawsze przy dopisywaniu kontynuacji do cudzego dzieła istnieje silne podejrzenie, że ktoś chce wyrwać trochę kasy z kieszeni wielbicieli spragnionych dalszego ciągu. Zwykle omijam takie przedsięwzięcia, dałem się skusić tylko na rozwinięcia cyklu o Diunie, bo okropnie mi było szkoda rozstawać się z tym światem. Natomiast wyrwanie Kubusia z objęć Disneya bardzo popieram:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo tu background jest podobno taki właśnie, że kiedy już prawa do Kubusia wróciły do spadkobierców Milne'a, zechciano przypomnieć, że to nie Disney go wymyślił. Stąd Benedictus, który naprawdę 10 lat się dobijał ze swoimi opowiadaniami (po drodze reżyserował też słuchowiska na podstawie Milne'a), dostał zielone światło. Ponoć też bardzo patrzono mu na ręce, czy nie odbiega duchem od oryginału. W założeniu, wydaje się, chodziło nie tylko o kochane pieniążki. Ale zapewne RÓWNIEŻ o nie :)

      Usuń
    2. Kubuś pewnie do cna wyciśnięty finansowo przez Disneya, wiele się pewnie nie da uzyskać :P Swoją drogą, wydawało mi się, że Disney sobie Kubusia zaklepał na dożywocie niemal.

      Usuń
  3. Sięgnę. Jak zapoznam dzieci z Kubusiem, to i po to zapewne sięgnę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, dzieci. Bo ja w sumie podszedłem do "Powrotu" jako Dorosły Wielbiciel Puchatka, co oznacza jednak inne spojrzenie niż dziecięce. Żeby więc nie było niejasności: jako książka dla dzieci "Powrót" jest ogólnie rzecz biorąc bardzo miły w odbiorze.

      Usuń