piątek, 26 kwietnia 2013

Koni żal (Cormac McCarthy, "Sodoma i Gomora")

Dla wygody czytających przypisy są tak skonstruowane, że najechanie kursorem na gwiazdki wyświetla treść przypisu obok kursora (bez konieczności przewijania strony na dół).

 


Koni żal (Cormac McCarthy, "Sodoma i Gomora")


Prof. Markowi Paryżowi


Łabędzi śpiew świata kowbojów
 
Rozumiem tych, których trzeci tom Trylogii Pogranicza, "Sodoma i Gomora" vel "Miasta na równinie", początkowo rozczarowuje. Po surowym klimacie "Rączych koni" i ocierającej się o mistykę "Przeprawie" Cormac McCarthy wykonuje zwrot w rejony, zdawałoby się, trywialne. Dziki już tylko z nazwy Zachód, w swoim schyłkowym momencie, bez wielkich stad bydła, spędów, pogoni i pojedynków, sprowadzony do na wpół uprzemysłowionej hodowli koni, nie poraża romantyzmem ani dynamiką. To właściwie oczekiwanie na przesądzony już koniec: teren rancza, na którym pracują John Grady Cole i Billy Parham, ma lada chwila przejąć wojsko. Oczekiwanie wypełniane pracą przy ujeżdżaniu koni i ich sprzedażą na aukcjach, oraz polowaniem na zdziczałe psy, uszczuplające i tak szczątkowe  - w porównaniu z dawnymi czasami - pogłowie krów. Czynności te jako jedyne budzą u bohaterów większe emocje - czy to licytacja koni jako pretekst do zawziętej rywalizacji z konkurencją, czy wirtuozeria Johna Grady w ujeżdżaniu, czy wreszcie obława na dzikie psy, bodaj jedyna scena prawdziwie dynamiczna, przywołująca ducha XIX-wiecznego malarstwa Frederica Remingtona. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że wszystkie te czynności, jak również otoczka nonszalancji, jaką kowboje z rancza McGoverna roztaczają wokół siebie, mają charakter rytuałów zaklinających rzeczywistość; że jest to trwanie wbrew nadciągającej zagładzie (tytuł!) w postaci współczesności. Łabędzi śpiew świata kowbojów, pod wieloma względami współbrzmiący choćby z klasyczną powieścią "Horseman, Pass By" *) Larry'ego McMurtry'ego, innego wielkiego kronikarza Pogranicza. Zapewne dzieło Cormaca doceniłby też Sam Peckinpah, który schyłek Dzikiego Zachodu uczynił tematem niemal wszystkich swoich westernów, a osadzony także w latach 50. XX wieku film "Junior Bonner" otworzył dramatyczną sceną wyburzenia rancza przez wielki buldożer. Taka scena idealnie pasowałaby też do "Miast na równinie" **).

Tradycja vs cywilizacja
(kadr z filmu "Junior Bonner", 1972)
Zwrot w stronę nostalgiczno-humorystycznej rodzajowości (skądinąd warto odnotować znakomite,  wyjątkowo jak na McCarthy'ego cięte dialogi) wydaje się więc przez autora przemyślany, tyle że nad Wisłą mniej czytelny niż nad Rio Grande czy Yellowstone. To odwołanie do pewnej konkretnej tradycji historyczno-literacko-filmowej, żywej w Ameryce. Jest to tło, kontekst, nadający znaczenia kolejnym elementom powieściowej konstrukcji. 

Ballada o Johnie i Magdalenie
 
Podobnie zżymanie się na schematyczność wątku miłosnego nie ma większego sensu, bo wątek ten jest tylko szkieletem fabularnym, pretekstem. Nawet więcej - wydaje się, że jego większe skomplikowanie psychologiczne odwróciłoby uwagę od tego, co dla autora naprawdę ważne. Ta wielka miłość, oparta na cokolwiek podniośle napisanych deklaracjach uczuć (a w rzeczywistości głównie na przemilczeniu, bo John Grady nie ma pojęcia o poważnej chorobie ukochanej prostytutki!)- to raczej, uproszczona niczym w ludowej balladzie nić fabuły, mająca za zadanie doprowadzić opowieść do takiego a nie innego finału. Nie sposób za to nie zauważyć, że wielkie, romantyczne uczucie doskonale wpisuje się w charakter Johna Grady Cole'a. Wielkiego marzyciela, tęskniącego za dawnymi czasami, za upojeniem tak przestrzenią i dzikością, jak i gwałtownymi uczuciami właśnie. Pamiętamy jego płomienną miłość do Alejandry z "Rączych koni". Zupełnie inaczej widzi te sprawy trzeźwo myślący Billy Parham (nie bez przyczyny to on wygłasza najbardziej cięte kwestie w powieści). Ale to nie Parhamowie, a rodzina Cole jest nośnikiem pionierskiego ducha; wszak pamiętamy też, że epopeja Trylogii rozpoczęła się od śmierci dziadka Johna od strony matki. Bardziej naszkicowany niż odmalowany przez McCarthy'ego związek Johna Grady'ego i Magdaleny w "Miastach" przynależy właśnie do tamtego, mijającego porządku.

:: UWAGA, SPOILER! ::

Tango na noże

Wreszcie finał. Pojedynek nietypowy bo na noże, ale przecież zgodnie z regułami gatunku nieunikniony, tak jak - biorąc pod uwagę narastający w drugiej połowie opowieści fatalizm - nieunikniony jest jego tragiczny wynik. Pojedynek ów jest makabryczny, krwawy do mdłości, a jednocześnie w swej upiorności baletowo piękny, niczym finałowa walka Bronsona i Fondy w "Pewnego razu na Dzikim Zachodzie". Nie bez przyczyny jeden z tańców (tango) porównuje się do walki na noże. To pojedynek, o którym - można przypuszczać - Meksykanie będą opowiadać swoim dzieciom. W świecie, który przyjdzie, nikt już nie będzie tak pięknie umierał, jak to celnie ujął Łukasz Orbitowski ***). John Grady Cole odchodzi, straceńczo wypełniając honorową powinność, bliźniaczo w tym podobny bohaterom "Dzikiej bandy" Peckinpaha. Na takie zachowania nie ma miejsca w nadchodzących, pragmatycznych czasach, co z przyjacielską szorstkością stara się zawczasu przekazać Johnowi Billy. Ale John Grady raczej powtórzyłby za Pike'em Bishopem: Let's go. Rytuał się dopełnia.


:: KONIEC SPOILERA ::

Western filozoficzny
 
"Miasta na równinie" - a zarazem, a może nawet przede wszystkim całą Trylogię - domyka Epilog. To kolejna, ostatnia już z opowieści-przypowieści, które są solą cyklu McCarthy'ego. Niespotykana w tym gatunku bodaj poza tym jednym jedynym autorem wykładnia egzystencjalizmu, której odniesienie do relacji Bóg-człowiek jest oczywiste, bo to Bóg i jego Milczenie są jednymi z głównych bohaterów Trylogii. Ale też finałowa przypowieść daje się odbierać jako refleksja samego pisarza w odniesieniu do jego bohaterów. Dla nich to on jest Stwórcą i siłą napędową opowieści, która się właśnie domyka. Obcowaliśmy przecież z ludźmi, którzy byli jego snem, wytworem jego wyobraźni, a ich decyzje i losy on właśnie kreował. Stawia to cały Epilog w jeszcze innym - poza egzystencjalnym - świetle. To wrażenie pogłębia niebywała dedykacja, umieszczona na końcu (!), a skierowana wprost do czytelnika (!), niczym skierowane ze sceny wprost do widowni ostatnie słowa sztuki teatralnej (vide choćby Shakespeare, do którego odwołania są w Trylogii równie ważne jak tropy biblijne).

Czytając siedemnaście lat temu blurba o "własnej ścieżce" Cormaca McCarthy'ego do serca Zachodu nie przeczuwałem, że to zaledwie przedsmak. Całość Trylogii to wielopłaszczyznowa reinterpretacja wielkiego amerykańskiego mitu. To - posłużę się konstrukcją Tomasza Jopkiewicza - mitologizacja przez demitologizację ****). Bohaterowie Trylogii poznając okrutną rzeczywistość, pozbywają się romantycznych złudzeń na temat surowego, a owianego mitem życia na Pograniczu, ale jednocześnie sami z czasem stają się elementami układanki po tej jej stronie, która przemija i ulega mitologizacji. Poza tym wszystkim Trylogia to tekst autentycznie filozoficzny, jawnie oparty na przypowieściach (jakże piękna jest ta z "Miast" o człowieku, który ojcem chrzestnym swojego syna uczynił swojego przysięgłego wroga!), traktujący o losie, Bogu, przeznaczeniu, przypadku, woli, przemocy, miłosierdziu - a także o dziedzictwie, tradycji i relacjach międzyludzkich, takich jak przyjaźń, lojalność, a wreszcie - choć może najmniej - miłość. I mimo tego ładunku Trylogia wpisuje się w ramy gatunkowe, choć każdy tom w nieco inne - a "Przeprawa" może najtrudniej. I tak Trylogia Pogranicza staje się westernem ostatecznym, bo nie wydaje się, żeby z tego zasłużonego (zgoda że bardziej na polu filmowym, przecież ale nie tylko) gatunku dało wycisnąć się więcej. McCarthy w każdym razie do westernu nie wrócił. O ile zatem w mojej prywatnej klasyfikacji ani "Rącze konie", ani tym bardziej "Przeprawa" nie zagroziły "Na południe od Brazos" na pozycji najlepszego literackiego westernu, o tyle zamykając "Miasta na równinie" nie miałem wątpliwości, że Trylogia Pogranicza jako całość jest, podobnie jak dzieło Larry'ego McMurtry'ego, totalnym arcydziełem gatunku.

O złożoności dzieła Cormaca może świadczyć fakt, że same tylko "Miasta na równinie" dają się interpretować w perspektywie bibliografii autora (co czyni Gabriel Augustyn), w ujęciu filozoficznym (Łukasz Orbitowski), z klucza biograficznego (Mauer na blogi.newsweek.pl) i w sieci nawiązań intertekstualnych (niżej podpisany) *****). I jeśli jakiemuś pisarzowi udało się uczynić western dziełem filozoficznym, to w pierwszym rzędzie właśnie autorowi Trylogii Pogranicza.

Gdyby natomiast jakikolwiek reżyser był w stanie wiernie oddać ducha tej literatury, to bez cienia wątpliwości jedynie Sam Peckinpah, podobny McCarthy'emu wielki piewca ginącego Zachodu i płomienny krytyk nowoczesnej, zdehumanizowanej cywilizacji. Współcześni niech raczej trzymają się od niej z daleka.

--
*) Powieść w Polsce niewydana, ale znana jest jej ekranizacja pt. "Hud, syn farmera" (reż. Martin Ritt, 1963) z Paulem Newmanem w roli głównej.
**) Już tylko na marginesie, bo to jednak nie ten ciężar gatunkowy, wspominam o powieści Maxa Evansa "Kraina Hi-Lo" z tego samego nurtu, której ekranizację planował właśnie Peckinpah, ale śmierć te plany przekreśliła. Podobnych odniesień można wymienić zresztą dużo więcej.
***) Ł. Orbitowski, Świat według Cormaca McCarthy'ego. Tęsknota za okrucieństwem, czyli za prawdą, "Gazeta Wyborcza" 2013 nr 83 z dn. 9. 04, s. 12.
****) T. Jopkiewicz, Nie ma raju w Montanie [o ekranizacjach powieści Larry'ego McMurtry'ego], "Film" 1995 nr 12, s. 76-77.
*****) Oczywiście każda z wymienionych recenzji zahacza o pozostałe pola interpretacji, ale takie mniej więcej jest rozłożenie akcentów.

PS. Długo szukałem utworu pasującego do "Miast na równinie". Myślałem o Nicku Cave'ie albo Bobie Dylanie, ale coś mi nie pasowało. Dopiero kiedy skończyłem czytać, przypomniał mi się Johnny Cash - i to:



Ode mnie: "Sodoma i Gomora" 5,5 / 6 ; cała Trylogia Pogranicza 6 / 6


6 komentarzy:

  1. Na Trylogię Pogranicza już od dawna ostrzę sobie zęby, po twojej recenzji aż chce mi się wyć, że jeszcze jej nie skompletowałam, o przeczytaniu nawet nie wspominając.
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  2. Odniosę się do "O ile zatem w mojej prywatnej klasyfikacji ani "Rącze konie", ani tym bardziej "Przeprawa" nie zagroziły "Na południe od Brazos" na pozycji najlepszego literackiego westernu" - i tu westchnęłam ciężko, bardzo ciężko, bardzo bardzo ciężko. Miałam to dzieło McMurtry'ego na półce, pożyczone (zaproponowano mi po moich zachwytach nad "Ranczem" Kesey'a). Zabierałam się za to jakieś cztery razy, za każdym razem od początku, za każdym razem czytałam kilka czy kilkanaście stron i odkładałam. Żadnego poruszenia, zainteresowania, nic. Ech.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech :) Wiesz, z "Brazos" jest tak, że ma ponad 900 stron, z czego pierwsze 100 to właściwie ekspozycja, drugie 100 to zawiązanie akcji. Moja mama podobnie odebrała serial w 1992 roku: po pierwszym odcinku (z sześciu) stwierdziła, że żadna rewelacja, dziadki siedzą i pierdzielują o bzdetach. Potem to odszczekała i książkę albo film regularnie co kilka lat ode mnie pożycza :)

      Usuń
    2. No dobra, kiedyś może odszczekam :)

      Usuń
  3. bardzo mi się podoba twoja analiza. Brawo ;)
    McCarthy to mój ulubiony pisarz. Bardzo sobie cenię jego wszystkie prace. Z całej Trylogii Pogranicza jak do tej pory przeczytałem jedynie "Rącze konie", które mnie jak zwykle urzekły (w "cormacoswki" sposób ;b ). "Przeprawa" i "Sodoma i Gomora" już goszczą w moich zbiorach i niebawem zostaną przeczytane. ;)
    "Na południe od Brazos" sprawdziłem właśnie na stronie mojej miejskiej biblioteki i jest! ;D

    OdpowiedzUsuń
  4. Do kompletu podpinam recenzję dra Paryża: "Samotność kowboja".

    OdpowiedzUsuń