sobota, 14 grudnia 2013

Księga Rodzaju (Patrick White, "Drzewo człowiecze")

Czytałem w kwietniu, wrażenia przeklepane z kajetu...



Jeśli przyjąć, że "Drzewo człowiecze" stanowi pierwszy tom nieformalnej trylogii o początkach społeczeństwa australijskiego, to oczywiście jest ono swoistą Genesis. Na początku był mężczyzna (zwał się Stan Parker) i otaczający go busz. Mężczyzna przykłada siekierę do pnia drzewa i wyrąbuje swoje miejsce w świecie. I nie opuści go aż do śmierci. Z czasem sprowadzi kobietę, dochowa się dzieci, rozbuduje dom, powiększy gospodarkę. Dzieci dorosną i wyjadą do miast, rodzice zestarzeją się i pomrą. Ot, rodzaj ludzki w największym skrócie.


Mam kłopot z tą książką. Z jednej strony budzi podziw zniuansowana psychologia, zwłaszcza wiarygodny portret emocjonalny Amy Parker, żony głównego bohatera. Zresztą z czasem to ona wyrasta na postać centralną, jej emocjom towarzyszymy, a także Stana oglądamy w dużej mierze jej oczami. White przejmująco ukazał ewolucję ich związku na przestrzeni kilkudziesięciu lat, aż do późnej starości. Ale Stan się zasadniczo nie zmienia. Większość zaś przeżyć jest udziałem wrażliwszej od niego i bardziej empatycznej żony. 

W szerszym planie powieść White'a przynosi interesujący poertret pionierskich lat Australii (dokładnie - chyba są to początki XX wieku). Trudnych, prymitywnych warunków, mitycznego z ducha zmagania z naturą (busz, pożary, powodzie - w tym ostatnim przypadku kolejny trop biblijny). Stąd w kilkadziesiąt lat obserwujemy przekształcanie się dzikiego pustkowia, na którym ktoś kiedyś ściął pierwsze drzewo, w przedmieścia Sydney.

Niemniej trudno mi się wgryzało w życie Parkerów. Nie stronię od lektury wymagającej skupienia, nie unikam książek pozbawionych wartkiej akcji. Ale nie odnalazłem - mimo sympatii dla Amy Parker - w "Drzewie człowieczym" wystarczającego uzasadnienia dla sześciusetstronicowej powieści. Być może to wina trudnego okresu w moim życiu, być może to nie "moja" tematyka (choć mój ukochany "Ulverton" to teoretycznie też nie "moja" standardowa tematyka), a może jestem jeszcze za młody. White, do którego zbierałem się całe lata, dostanie jeszcze drugą szansę (bo nie odpuszczę "Vossa"), ale póki co zalicza rozczarowanie. Uwzględniając powyższe okoliczności łagodzące:
4 / 6.

Źródło


5 komentarzy:

  1. Bo w White'a w ogóle trudno się wgryźć. Wydaje mi się, że od tej strony lepiej spróbować "Wozu ognistego" i "Wiwisekcji". Polecam też "Przepaskę z liści" - podobnie jak Voss za jej kanwę posłużyły autentyczne wydarzenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie właśnie mam wrażenie, że w niego trzeba się wgłębić, wgryźć. Dlatego nie się zrażam i jeszcze do niego wrócę. Może muszę mieć mniej na głowie, a może jeszcze podrosnąć ;-) Dzięki za podpowiedzi - na szczęście wszystkie są dostępne w okolicznych bibliotekach.

      Usuń
  2. Próbowałam White'a jakiś czas temu i choć lubię od czasu do czasu sięgnąć po lekturę inną, niż ukochane kryminały, to jednak przez "Drzewo człowiecze" nie przebrnęłam. Może ta lektura będzie postanowieniem noworocznym?:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Miałam dokładnie ten sam problem. Właściwie rzecz biorąc, książka mogłaby zebrać u mnie wielkie noty, ale nie mogłam się jakoś przekonać. Jak dla mnie, za bardzo się ciągnęła, chociaż nie mogę powiedzieć, żeby to było niepotrzebne. Bo ilość jest taka, jaka powinna być, by opisać dobrze tę historię, a jednak mimo wszystko jakoś nie mogę się przekonać. Może też wybrałam zbyt wymagającą literaturę na wakacje, nie wiem.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ha, na ogół pionierzy kojarzeni są z Dzikim Zachodem i kontynentem północnoamerykańskim. A przecież Australia także miała swoich osadników. Książka zapowiada się dość interesująco (odrobinę grozy wzbudza te 600 stron), tym bardziej, że z literaturą australijską nie miałem jak dotąd zbyt wiele wspólnego (znam tylko "Jaspera Jonesa" autorstwa Craig Silvey'a, powieść którą mogę śmiało polecić).

    OdpowiedzUsuń