czwartek, 10 kwietnia 2014

W Wielką Sobotę 10 lat temu zmarł Jacek Kaczmarski


Koncert w Hadesie, Lublin 1997.
Zastanawiam się czasem, jak Jacek komentowałby dzisiejszą obyczajowość, tę polityczną i tę niepolityczną. Ale dochodzę do wniosku, że wszystko już opisał - wystarczy wsłuchać się w utwory z monumentalnego programu-arcydzieła "Wojna postu z karnawałem" i równie epickiej, gorzkiej "Sarmatii". Albo zagłębić się w bezprecedensowy na skalę światową projekt poetycki cyklu ekfraz "Muzeum", rozszerzony przez lata o kolejne kilkadziesiąt utworów rozrzuconych w innych programach. Albo... 

W ostatnich latach wracam jednak do tych jackowych utworów, które są oderwane od wielkiej historii, a wielce osobiste. Mam dwa ukochane, kompletnie sobie przeciwstawne, a w jakiś paradoksalny sposób uzupełniające się. Dwie strony tego samego medalu - życia. Starszy to "Przeczucie (Cztery pory niepokoju), powstały w szczytowym stadium choroby alkoholowej zapis egzystencjalnego lęku, o porażającej sile wyrazu. I drugi, o klika lat późniejszy, afirmacyjny i wystylizowany z najwyższym mistrzostwem językowym "Jan Kochanowski". Coś pięknego.




Jan Kochanowski


Tak nas Panie obdarzasz, wżdy nam zawsze mało -
Za nic mamy - co mamy, więcej by się chciało.
A przecież ni nam życia, ni geniuszu starcza
By skorzystać z bogactwa jeno duszy skarbca.
Za to ciało gnębimy, jakby wieczne było:
Krwią wojenny trud płaci, potem zrasza miłość;
Aż i w końcu niezdatne do snu ni kielicha;
Trzeszczy, cieknie i tęchnie, wzdyma się i wzdycha.


Nie zachwycą już nas wtedy szczodre dary boże,
Bośmy kochać to przywykli, z czego czerpać możem.


Późno mądrość przychodzi
Czego pragnąć się godzi.
Ale próżno żałować
Czego nie szło zachować.


Przypomina pergamin czy cielęca skóra
Że i drzewiej wiedziano - co dziś skrobią pióra.
Krom grosiwa i jadła, i chybkiej obłapki
Zawżdy człeka kusiły te same zagadki.
Po swojemu się każdy ze Stwórcą pasował,
A co siebie nadręczył, innym krwi popsował,
Własnym myślom nie ufał, życie sobie zbrzydził,
Bał się swojego strachu i wstydu się wstydził,

Lubo jako my się cieszył - czym? - nie miał pojęcia
I umierał taki mądry, jak był w czas poczęcia.

Żak profesorom krzywy
Martwych nie słucha żywy,
Nie wyciągają wnuki
Z życia dziadów nauki.

Kto cnotami znudzony, nieufny nadziei,
Swoich kroków niepewny - do dworu się klei.
Tam wśród podobnych sobie może się wyszumieć,
A przy tym w nic nie wierzyć, niczego nie umieć:
Prałat karci opojów - sam jeszcze czerwony,
Złodziej potrząsa kluczem do skarbca Korony,
Kanclerz wspiera sojusze na ościennym żołdzie,
A mędrcy przed głupotą łby schylają w hołdzie.

Wiem - bo byłem sekretarzem u króla. Do czasu,
Gdy wolałem się pokłonić władzy Czarnolasu.

Dwór ma swoje zalety:
Po komnatach - kobiety,
W radach szlachta zasiada -
Jeno nie ma z kim gadać.

Kto i bawić się umiał i nie bał się myśleć,
Temu starość niestraszna pod lipowym liściem.
Miło dumać wśród brzęku pszczół nad bytowaniem -
Czy się zboża wykłoszą, a czy kuśka stanie!
Czy w powszechnej niezgodzie kraj się znów pogrąży,
Czy się księgę ostatnią w druku ujrzeć zdąży,
Która gwiazda na niebie moja - ta co spada,
Czy ta nad widnokręgiem, co jutrzenką włada?

Tylu bliskich i dalekich dzień po dniu odchodzi,
A ja żyję w lat bogactwie, co mi schyłek słodzi...

Im mniej cię co dzień, miodzie -
Tym mi smakujesz słodziej:
I słońcem i księżycem,
Rozkoszą nienasyceń,
Szczodrością moich dni -
Dziękuję ci.




Mój tekst o Jacku napisany dzień po jego śmierci znajduje się tutaj.

Dziękuję ci.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz