piątek, 24 października 2014

Mój Sosnowski

fot. Krzysztof Dubiel,
wydawnictwoliterackie.pl
Zapewne Jerzy Sosnowski nie jest najlepszym żyjącym polskim prozaikiem (nie podejmuję się wskazać żadnego, za mało czytałem), ale jest pisarzem, który jak żaden inny trafia dokładnie w moją wrażliwość, w moje widzenie świata i bliźnich, moją sceptyczną wiarę, mój system odczuwania i moje rozumienie ludzkich uczuć i tęsknot, mój poziom empatii. Tak jest od pierwszego spotkania, zresztą przypadkowego (przed laty wygrałem na Merlinie "Linię nocną"). Bliska jest mi ta proza, na tyle zadumana, że czymś naturalnym jest pośród utworów beletrystycznych uzupełniający je tom esejów poświęcony emocjom i - jakkolwiek patetycznie to brzmi - duchowości człowieka. Bo to ta sama wrażliwość, inne tylko środki wyrazu (podobnie jak blog Sosnowskiego, który jest jednym z najwartościowszych miejsc w Internecie). Cenię jego nieoczywiste konstrukcje fabularne (czy szerzej - literackie, bo nie zawsze są to klasyczne fabuły), wywiedzione tyleż z tradycji młodopolskiej i romantycznej, co amerykańskiego s-f i współczesnego postmodernizmu. Tu trywialna rzeczywistość znienacka ujawnia swoje nie zawsze wytłumaczalne drugie dno, gdzieś na pograniczu snu i metafizyki. Bliska jest mi jego poszukująca duchowość, bo Sosnowski jest pisarzem na wskroś metafizycznym, choć przecież w żadnym razie nie wyznaniowym. Delektuję się jego operowaniem dopieszczoną polszczyzną, cenię złożoność zdań (kto dziś jeszcze używa średnika?), manipulację rytmem i akustyką tekstu w wyższych rejestrach emocji - to po prostu "mój" styl. Cenię go za samą materię, tkaninę literatury - rozrzucone tu i tam drobne refleksje, mikroobserwacje, fragmenty po których muszę książkę na chwilę odłożyć, zamyślić się - jak ten z "Prądu zatokowego":


Gdyby ktoś ją znienacka zapytał, czy wiedzie szczęśliwe życie, odparłaby jak zawsze, z całym przekonaniem: tak, bardzo.(...)A jednak w chwili rozproszenia, podczas kąpieli w piątkowy wieczór przyszły jej do głowy dwa słowa: nieodwołalność i przypadkowość. Jakby kiedyś uległa złudzeniu, że gra z Panem Bogiem w podchody, rozszyfrowuje zostawiony przez niego wzór na życie. A teraz znalazła się pośród ciemnego lasu i w dodatku idzie drogą pozbawioną jakichkolwiek rozwidleń. Wszystko ułożyło się jak najlepiej. Tyle że ułożyło się już, ostatecznie i samoistnie.

Słowem, pisarz ten nadaje dokładnie na tych samych falach, na których ja odbieram (tu można by dorzucić coś o kompensacji braku podobnego porozumienia z ojcem, ale to takie trywialne... :-).

I jego popularność lub jej brak (bo paradoksalnie Sosnowski, choć ceniony dziennikarz i autorytet językowy, jako prozaik jest niezbyt medialny - być może zbyt intymny?) - są mi zupełnie obojętne. Nawet więcej - niechętnie się nim dzielę, niechętnie pożyczam jego książki, bo są mi tak osobiście bliskie, iż mam wrażenie (często trafne, jak się potem okazuje), że inni jego książek nie docenią. Wzruszą ramionami, strywializują, albo powiedzą - "manieryczny" (bo może i na swój sposób manieryczny, co z tego, skoro nic z tego?), "udziwniony" (jak wyżej). No to lepiej nie pożyczać, jak i ktoś ma potem przewracać oczami. Poza tym nie lubię opowiadać o jego książkach, co u mnie dość rzadkie (małżonka świadkiem, bo to najczęściej ona wysłuchuje moich wynurzeń o książkach, których skądinąd nie czytała, bo gusta mamy odmienne).

Może właśnie dlatego moje próby napisania czegoś składnego o "Spotkamy się w Honolulu" spełzły na niczym. Nie żebym książki nie pojął, nie przeżył, nie przemyślał. Ale też nie dlatego, że wywarła na mnie piorunujące wrażenie, pozostawiające w głowie skłębiony bałagan myśli. Nie. Po prostu nie potrafię odpowiednio ująć subtelności i wycieniowania, które jest jedną z głównych cech tej opowieści, utkanej z różnych intymności. Mam wrażenie, że każda próba jej opisania nieuchronnie doprowadzi do karykaturalnej deformacji tego, czym w istocie jest "Honolulu". Są książki, których nie potrafię opisać tak, jak na to zasługują. Tak jest np. z wielokrotnie tu wspominanym "Na południe od Brazos", albo z wyżej cytowanym "Prądem zatokowym". No nie umiem i już. Chociaż próbowałem. Mój notes świadkiem.

Najbliższa moich wrażeń z "Honolulu", a o niebo bardziej profesjonalna od moich potencjalnych wynurzeń, jest recenzja Jarosława Czechowicza, którą niniejszym podpinam: TUTAJ.




4 komentarze:

  1. Skromniś z Pana. Gdybym nie przeczytała tej książki wcześniej (z jednakowym zachwytem jak Pan) to właśnie rzuciłabym się do lektury. Zamiast rzetelnej (i profesorsko małodusznej) recenzji - impresja w której znać siłę przeżycia. Czytelnicy nie szukają recenzji. Szukają frajdy czytania i właśnie o tym Pan napisał. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, o tym nie pomyślałem :) Planowałem normalny tekst, jak zawsze, o książce, a wyszedł mi trzeci z cyklu o moich, nie wiem jak to nazwać, "przewodnikach"? nauczycielach? (wcześniejsze to "Pamiętamy o nim co sił" o Kaczmarskim i "Zima nade mną" o Brodskim). Czasem rzeczywiście warto dać upust przede wszystkim emocjom, w miejsce rzeczowej recenzji :) Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  2. Dzień dobry, książek pana Sosnowskiego (jeszcze) nie czytałam, i nie będę się niczym wymawiać. Oprócz wywiadu z polonistami, profesorami, ale to nie to. Dziennikarstwo jakie uprawia, mnie niemożebnie zachwyca. Dobrego dnia.

    OdpowiedzUsuń
  3. Te książki przy ,których nie potrafimy wrażeń i refleksji ubrać w słowa są najciekawsze. Też tak mam z Dehnelem czy Pilchem , przepadam za ich twórczością i mogę czytać na okrągło, ale pisać o tym - jakoś mi nie wychodzi. Tym chętniej sięgnę po książki Sosnowskiego.

    OdpowiedzUsuń