poniedziałek, 26 stycznia 2015

Przemijanie (Giuseppe Tomasi di Lampedusa, "Gepard")

To bezsprzecznie jedna z tych książek, do których się wraca. Jedyny do niedawna przekład Zofii Ernstowej z lat 60. czytałem tylko raz, ale wydane w 2009 roku tłumaczenie wybitnego italianisty Stanisława Kasprzysiaka - już dwukrotnie. Nie wnikam w jakość przekładu Ernstowej, bo sporo można o tym znaleźć w Internecie; po prostu wersja Kasprzysiaka wygrywa u mnie w cuglach. Nowy tytuł, choć to zmiana najbardziej rzucająca się w oczy, to sprawa nie jedyna i nie najważniejsza - ale wytycza kierunek, jakim jest wierność wobec oryginału (gepard jest zwierzęciem herbowym powieściowego księcia Saliny, podczas gdy lampart, jak do tej pory "tłumaczono" tytuł "Il Gattopardo", znajdował się w herbie autora - dla uczciwości dodajmy, że to błąd nie tylko polskiej tłumaczki, bo np. wersja angielska zatytułowana była analogicznie "The Leopard" zamiast "The Gepard").

Niektórzy określają "Geparda" włoskim "Przeminęło z wiatrem". Paradoks polega na tym, że sycylijski książę nie stworzył, wbrew pozorom, eposu. Jego książka to ledwie osiem scen, w zaledwie czterech miejscach, czyli dość kameralnie. W opowieści dominuje perspektywa introwertyczna, a toczący się wokół proces przemian społecznych (zjednoczenie Włoch) nie jest treścią opowieści samą w sobie. To tylko katalizator refleksji o przemijaniu epok i ludzi, bo dopiero one stanowią sedno. To prawda, że malowniczo, ale dość przy tym zjadliwie, sportretowane jest sycylijskie społeczeństwo w momencie przemian. Sama Sycylia opisana jest jako miejsce urocze i okrutne zarazem, ukochane i nieomal znienawidzone. Ale to w gruncie rzeczy powieść o akceptacji przemijania - i w tym sensie "Gepard" jest powieścią uniwersalną, a nie historyczną sensu stricte. To przemijanie podkreślają też wybiegające aż do XX wieku niby-profetyczne wtrącenia, uświadamiające, iż wszyscy bez wyjątku bohaterowie w proch się obrócą, niczym pies Bendico w ostatniej, symbolicznej scenie. Jednak nie ma w "Gepardzie" wiele sentymentu. Bardziej od nostalgicznej mgiełki, której można by się spodziewać, powieść Lampedusy przenika trzeźwa, zdystansowana ironia, charakterystyczna tak dla autora, jak i księcia Saliny - jego bezsprzecznego alter ego. To ona uzupełnia ton liryczny, chroniąc melancholijną powieść przed banałem. Grę nastrojów idealnie uchwycił w przekładzie Stanisław Kasprzysiak; bywa że tylko jednym odpowiednio dobranym słowem, językowym smaczkiem, użytym z przekąsem zwrotem. To połączenie stanowi w dużej mierze o niepowtarzalnym nastroju dzieła Lampedusy. W tłumaczeniu tym autorska specyficzna składnia, obficie korzystająca ze średnika, została pieczołowicie przeniesiona w zdania o upojnie rozbudowanej kadencji, dopieszczonej elegancji, kunsztownie dobranym słownictwie. Taka proza w rytmie symfonicznego adagio. Nie jest to przekład uwspółcześniający - co byłoby nie do pomyślenia w przypadku powieści świadomie archaicznej, a taką jest "Gepard". Jeśli by szukać jakichś porównań, to "Gepard" plasowałby się stylistycznie między "Lalką" Prusa a "Warunkiem" Rylskiego (jakkolwiek koślawe jest to porównanie). Warto dodać, że tłumacz uzupełnił powieść o przydatny kontekst w postaci noty historycznej, zajmującego posłowia o autorze, oraz oparł pracę na nowym opracowaniu uwzględniającym fragmenty nieukończone (skądinąd nie wnoszą one wiele do dzieła, sprawdzają się jedynie jako ciekawostka). Co tu dużo pisać - jest to arcydzieło pod każdym względem, w wersji dla mnie kanonicznej. I wyjątkowo pięknej edytorsko - w twardej, PŁÓCIENNEJ oprawie, z wszytą tasiemką-zakładką, w ascetycznym, eleganckim opracowaniu graficznym i na porządnym papierze. Klejnot w mojej biblioteczce. 

Ode mnie: 6 / 6
Na ucho: Nino Rota, "Il Gattopardo"


PS. Dopiero przepisując ten post z notesu na bloga znalazłem interesujący wywiad ze Stanisławem Kasprzysiakiem, w którym ujawnia on kilka ciekawych szczegółów z procesu tłumaczenia "Geparda" i przy okazji potwierdza kilka moich własnych obserwacji.
PPS. Źródło okładki: blog "Podróże literackie"
PPPS. Przypadkiem (!) znalazłem własną (!!) kompletnie zapomnianą (!!!) recenzję "Lamparta" (wersja Ernstowej), opublikowaną w 2009 roku na stronie WBP w Lublinie. Niezłe zaskoczenie :-)

5 komentarzy:

  1. Mnie ta powieść zauroczyła nawet w starszym tłumaczeniu, ale nowe też kupiłam, chyba w ostatniej chwili zanim jeszcze tak podrożało. Niestety, najpóźniej zabieram się za książki, które już mam na półce, ale na pewno kiedyś spróbuję porównać oba te przekłady.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja staram się o jakieś dwie-trzy powtórne czytania rocznie różnych tytułów już znanych - w zeszłym roku padło właśnie na "Geparda" oraz "Niemcewicza" Zbyszewskiego. W tym roku sięgnę pewnie latem po "Skiroławki", poza tym od jesieni chodzi za mną powtórka "Zabić drozda" Lee, "Buntu na okręcie" Wouka, Kwartetu Los Angeles Ellroya i ... "Małego Bizona" Fiedlera. Różne książki w różnych okresach same mnie "wzywają". Chyba tęsknią :)

      Usuń
    2. Ja też miewam takie "wezwania". Ze strony "Geparda" spodziewam się go w środku upalnego, suchego lata.

      Usuń
  2. Nawet nie musisz mnie zachęcać, szukam i szukam "Geparda" w jakiejś normalnej cenie bo na allegro jest tylko w cenach zaporowych a w bibliotece "Lampart", który też zrobił na mnie wrażenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja z bólem portfela chodziłem wokół niego kilka miesięcy po tym jak się ukazał, aż tak się złożyło, że wygrałem recenzję miesiąca na Biblionetce i mogłem sobie wybrać w charakterze nagrody książki do jakiejś tam kwoty - "Gepard" był w tamtym momencie wyborem oczywistym :)

      Usuń