poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Rękopis znaleziony w Neapolu (Maciej Hen, "Solfatara")

Ksiąg nie doczytali, nie skończyli pisać *)

Jeszcze niedawno narzekałem w rozmowie, trochę śladem Dukajowego eseju Lament miłośnika cegieł sprzed 11 lat, że w naszym kraju nie pisze się i nie wydaje literatury środka - powieści ambitnych, ale do czytania, opartych na fabule i sztuce storytellingu, a nie eksperymentach językowych,  (to się cieszy uznaniem krytyków, to się nagradza), z drugiej strony nie będących, jak to ujmuje Dukaj, literaturą konwencji (fantastyka, romans, kryminał).  I moje uznanie dla pieczołowitego tła historycznego w cyklu policyjnym Marcina Wrońskiego nie zmienia oceny całości krajobrazu, wszak to jak najbardziej literatura konwencji. Inaczej jest w kulturze anglosaskiej, gdzie największe sukcesy odnoszą właśnie klasyczne powieści - starczy przejrzeć listy laureatów Pulitzera, Bookera, National Book Award - toż to niemal sama szerokoekranowa epika fabularna pełną gębą, nawet jeśli kameralna i intymna. W Polsce - to w zasadzie wyjątki, meteory, które łatwo przeoczyć. No, może tylko Eustachy Rylski konsekwentnie acz z wieloletnimi przerwami powraca z kolejną powieścią.

Z tym większym zaciekawieniem sięgnąłem po opasłe (ponad 900 stron!) tomiszcze z cudnie dopieszczoną okładką, jak się później okazało - trafnie oddającą jej patchworkowy charakter i elegancję stylu. Ostatecznym argumentem były achy i ochy "Zacofanego w Lekturze".

Bo w czasach przejściowych kto przysiąc gotowy / co czeka strażników wartości, cnót ponadczasowych?

Dzieło Macieja Hena zaskakuje nawet jeśli zna się rozległe (by nie rzec - renesansowe) zainteresowania jego twórcy. Bowiem pisana niemal 10 lat "Solfatara" to kunsztowna, wielowątkowa konstrukcja, obejmująca kilka dekad akcji, z rzeszą bohaterów, mnóstwem fabularnych smaczków, kulturowych tropów, świadoma swoich europejskich korzeni i ostentacyjnie daleka od rodzimego literackiego grajdołka. W dodatku z krwawą rewolucją w tle.

Rdzeniem fabularnym jest przebieg neapolitańskiej rewolucji z 1647 r., a ściślej jej pierwsze 10 dni (przy czym każdy dzień odpowiada jednemu rozdziałowi powieści). Zasadniczo jej treścią są zapiski Fortunata Petrellego, redaktora "Wiadomości Neapolitańskich", który w chaosie wybuchającej nagle rewolucji próbuje zachować życie i przy tym ocalić jeszcze parę osób. Nie jest jednak żadnym chojrakiem - to normalny pan w średnim wieku, zdjęty strachem, średnio zaradny, średnio zamożny, nieżonaty. A szaleństwo, które z godziny na godzinę ogarnia całe miasto, wydaje się być kresem wszystkiego, przede wszystkim spokoju i bezpieczeństwa. Powodowany obawą o własne życie pragnie zostawić po sobie pisane świadectwo, więc w zapiskach tych, pomiędzy tworzoną z poczucia zawodowej powinności relacją o bieżących wypadkach rewolucyjnych, zdaje sprawę z całego swojego życia, które w każdej chwili może dobiec nagłego końca. I to jest pierwsza literacka szkatułka. Pierwsza z wielu, gdyż Fortunato wplata w swoją narracje opowieści licznych pojawiających się w niej bohaterów. Dzięki tym aż kilkunastu opowieściom obraz wydarzeń z pogmatwanego życia redaktora, jak i świadectwo jego czasów, zyskują na wielowymiarowości i odcieniach. Zwłaszcza, że narratorów jest prawdziwa rozmaitość: od enigmatycznej księżniczki Svevy i energicznego księcia Maddaloni po spokojnego malarza François de Nome, od cichego kościelnego Amedea po dystyngowaną burdelmamę.

Jestem egzemplarz człowieka - diabli, czyśćcowy i boski

Ale to nie wszystko. Te przemyślnie wplatane i zawsze solidnie umotywowane fabularnie opowieści składają się na wielogłos o poszukiwaniu tożsamości i egzystencjalnych maskach, jakie nakłada życie. W dziele Hena niemal nikt nie jest w rzeczywistości taki, jakim początkowo się wydaje. Wielu nie zna swych prawdziwych korzeni, albo ma o nich mylne pojęcie, lub też świadomie je ukrywa. Książęta i mieszczanie (a zwłaszcza księżniczki i mieszczki) wiodą podwójne życie, nobliwa dama dworu może okazać się biegłą nauczycielką iście nienobliwych doznań dla nieopierzonego młodzika, szlachetny rybak przeistacza się w oszalałego tyrana, a spokojny człowiek może wbić nóż w plecy najbliższego przyjaciela. Nierzadką przyczyną tych metamorfoz jest pożądanie, zgoła nieliczące się z szóstym i dziewiątym przykazaniem - a w jednym przypadku bodaj klasyczna nimfomania. Stąd już tylko krok do nieszczęść tyleż emocjonalnych, co przekładających się na krwawe tragedie. Pod tym względem opowieść polskiego pisarza jawi się jako fabularna medytacja nad człowiekiem uwikłanym w układy i zależności emocjonalne, z którymi poradzić sobie nie sposób. Znamienne, że większość bohaterów, z redaktorem Petrellim na czele, cechuje poczucie niespełnienia. Dotyczy to zwłaszcza tych o mniejszym znaczeniu; ci bogatsi, wyżej postawieni mogą pozwolić sobie na więcej, co zresztą przeważnie przekłada się na większe krzywdy tych słabszych. Ale powieść Hena nie jest lamentem nad uciśnionymi; to raczej stoicka konstatacja stanu rzeczy. Zwłaszcza, że każdy, nawet zimny drań, ma swoje racje - i autor daje mu szanse na ich wyrażenie przez stworzenie miejsca w narracyjnym wielogłosie. Natura ludzka jest zbudowana ze sprzeczności i warstw, a każdy ma wiele twarzy. Także każdy z was, czytelników - zdaje się mówić Hen.

Krzykną zaraz mądre gremia / która skąd fraza jest ściągnięta

Jedną z charakterystycznych, wyróżniających cech "Solfatary" jest odczuwalna radość opowiadania, jaka bije z każdej niemal stronicy. Jakkolwiek całość sprawia wrażenie precyzyjnie  zaplanowanej i poprowadzonej, to swada narracyjna, soczystość scen epickich (a tych nie brakuje - w końcu wokół toczy się rewolucja), wyczucie wątków intymnych i introwertycznych, plastyka budowanych interakcji, wreszcie - skądinąd oszczędna - stylizacja języka, zdają się sprawiać autorowi niekłamaną przyjemność tworzenia barwnej, gobelinowej narracji. O ile rewolucja neapolitańska jest materią "bieżącej" akcji, o tyle bezbłędnie budowane i rozwikłane tajemnice niektórych kluczowych urodzeń i niektórych ważnych zgonów tworzą osnowę emocjonalną partii retrospektywnych, a wszystko splata się i łączy zgodnie z najlepszą powieściową tradycją. Hen jest zresztą wielce świadomy dziedzictwa literackiego, z którego korzysta. I choć nie wykorzystuje złudnej szansy łatwego puszczania oka do czytelnika ani razu nie wychodząc poza świadomość bohaterów zanurzonych w swojej epoce, to łatwo można dostrzec fascynację Rękopisem znalezionym w Saragossie Potockiego (szkatułkowa konstrukcja), radosne czerpanie z klimatu Dekameronu Boccaccia (zwłaszcza w scenach inicjacyjnej podróży młodego Fortunata do Francji), echa Historii życia Toma Jonesa Fieldinga (motywy z zagmatwanym pochodzeniem) czy Don Kichota Cervantesa. Nie bez przyczyny też w powieści kilkukrotnie przywołuje się Caravaggia; dramaturgia scen dialogowych wydaje się niekiedy żywcem wyjęta z płócien włoskiego mistrza pędzla. W charakterze wisienki na torcie autor serwuje nam przepyszny epizod (a właściwie dwa) z udziałem polskiego banity nazwiskiem Stefan Ligęza, który usiłuje dostać się do Polski, by tam odkupić winy udziałem w wyprawie wojennej na Rosję. Dowcipny koncept polega na tym, że późniejsze dzieje Ligęzy zostały opisane wiele lat temu w Crimen (1975) Józefa Hena, oczywiście ojca Macieja.

Ale to jedyny rodzimy akcent w tej cudownie niepolskiej książce, napisanej z iście amerykańskim wyczuciem opowiadania i europejską finezją; w książce odległej o lata świetlne od rodzimych nie-powieściowych powieści. Już tylko tytułem końcowej ciekawostki dodam, że prawie wszyscy bohaterowie Henowej epopei - poza m.in. całkowicie fikcyjnym Ligęzą - są postaciami w mniejszym lub większym stopniu opartymi na osobach autentycznie żyjących:
Starałem się, żeby ta fikcja, którą stworzyłem, była w maksymalnym stopniu oparta na faktach, żeby to było coś w rodzaju takiego mięsa które oblepia szkielet, którym jest materia rzeczywista. I żeby to dawało całej konstrukcji stabilność. Nawet najbardziej fikcyjna postać, z tych głównych oczywiście, to znaczy narrator, ma pewne zaczepienie w dokumentach historycznych, w testamencie jego matki przede wszystkim, więc mogłem z tego sobie zacząć kombinować jego datę urodzenia, a potem zacząć myśleć o jego wczesnych losach i o tym, co mogło się z nim dziać dalej. A ponieważ chciałem powiązać jego losy z losami tych dwóch malarzy lotaryńskich, którzy w mojej książce występują i mieszkają w Neapolu, więc stąd automatycznie przyszło mi do głowy, że szewc Nicolo Romeo z miasta Verdun w Lotaryngii, który zapisany jest w dokumentach ślubnych François de Nome w Neapolu jako świadek - i tam jest też napisane, że zna się z François jeszcze z Rzymu - mógł się opiekować moim narratorem. I z tego się wyłoniła cała ta historia, która, jak powiadam, jest fikcyjna, ale czasami takie drobne szczegóły, które są jakoś tam zapisane historycznie, pozwalają mi łatwiej uwierzyć, i ożywić tę rzeczywistość, którą próbuję kreować. Inne postacie mają więcej tych właśnie takich punktów oparcia, a niektóre, takie jak Masaniello, zostały dość, przynajmniej w tym kluczowym okresie jego życia, szczegółowo opisane przez różnych kronikarzy. I znalazłem źródło, które wszystkie te zapisy skrzętnie zgromadziło i podało w takich ilościach, że właściwie żeby nie zanudzić czytelnika to musiałem raczej dokonywać ostrej selekcji.

(Źródło - Youtube)


Ode mnie: 6 / 6

*) Śródtytuły są cytatami z utworów Jacka Kaczmarskiego: Krajobraz po uczcie, Astrolog, Rozmowa i Do Muzy suplikacja przy ostrzeniu pióra.


Maciej Hen, Solfatara. Warszawa : Grupa Wydawnicza Foksal, 2015.


Książka ze zbiorów DKK przy WBP w Lublinie
 http://hl.wbp.lublin.pl/wbp/index.php/dyskusyjne-kluby-ksiazki.html



11 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Tak, dokładnie :) Dzięki jeszcze raz za podsunięcie.

      Usuń
    2. Nieustannie się polecam :) Jestem właśnie na etapie klecenia czegoś mniej więcej z sensem o Rękopisie Potockiego, ale chyba mnie to trochę przerasta :)

      Usuń
    3. A mnie przyszło do głowy, ze powinienem wreszcie przeczytać "Don Kichota" :)

      Usuń
    4. Mam okazję, właśnie się ukazuje drugi tom w nowym tłumaczeniu. Mam na półce stare, ale jakoś nie mogę się zebrać, mam traumatyczne wspomnienia po hiszpańskiej kreskówce o Don Kichocie :P

      Usuń
  2. Brzmi wyjątkowo znakomicie, nie wiem, czemu mnie owo Dzieło ominęło wcześniej. Zapamiętam, dziękuję.
    PS. Kaczmarski jako śródtytuły - świetny koncept!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. warto zapamiętać i wytropić, naprawdę dość wyjątkowa książka. A z Kaczmarskim jestem osłuchany od lat, przez co drugi i trzeci śródtytuł skojarzyły mi się już w trakcie czytania, bardzo pasowały do scen z fabuły. Kaczmarski ma to do siebie, że jego nośne, celne fragmenty dobrze "gryzą" w innych kontekstach i są szalenie malownicze. Wykorzystywałem go nie raz - tytuły, śródtytuły, motta...

      Usuń
  3. "Solfatarę" czytałam i zgadzam się ze wszystkim, co piszesz, znakomita lektura. W książce widać tę radość opowiadania, co przekłada się na radość z czytania! też polecam komu mogę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzeba polecać, bo promocja, jak zauważył ZwL, taka sobie - a książka ze wszech miar warta popularyzowania!

      Usuń
  4. Cóż, trzeba będzie kupić, tylko kiedy to przeczytać, jak w kolejce czekają takie tomiska jak: "Księgi Jakubowe", "Rękopis znaleziony w Saragossie", "Lód", czy Twoje ulubione "Lonesome Dove", nie licząc innych, w każdym razie mnie przekonałeś.

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetny tekst. Nie wiem czy dobrze uczynię, wypożyczając Hena w czasach, gdy przerasta mnie cienki kryminał. Ale zaryzykuję. Jak tylko dokończę rzeczony kryminał :P

    OdpowiedzUsuń