poniedziałek, 16 maja 2016

Aksamitne zderzenie kultur (Michael Blake, "Tańczący z Wilkami")

Michael Blake (1945-2015), dziennikarz i niezbyt wzięty scenarzysta, napisał scenariusz pt. "Tańczący z Wilkami" w drugiej połowie lat 80. Na powieść (1988) przerobił go za namową swojego przyjaciela Kevina Costnera, jako że wówczas - twierdził Costner - łatwiej będzie znaleźć finanse na film. Tak też się stało, a resztę historii wszyscy znają: Costner stanął zarówno przed, jak i - po raz pierwszy - za kamerą, a jego trzygodzinne dzieło (1990) zgarnęło aż 7 Oscarów, w tym właśnie za scenariusz Blake'a. Ogromny sukces filmu przełożył się również na sukces komercyjny książki (trzy miliony sprzedanych egzemplarzy, piętnaście przekładów).

Filmowa fabuła w tym przypadku stanowi dość wierne odzwierciedlenie tego, co można znaleźć w powieści. Koncentruje się więc na postaci porucznika Johna J. Dunbara i jego kontaktów z Indianami podczas pełnienia służby na dalekiej - i de facto opuszczonej - placówce wojskowej wiosną i latem 1863 roku. Młody porucznik ulega stopniowo coraz większej fascynacji dzikim ludem, aż po przełomowym polowaniu na bizony zostaje przyjęty do ich grona. Spotyka tam białą kobietę, jako dziecko porwaną z rodzinnej farmy przez inne plemię Indian. Będzie ona jego tłumaczką w zacieśniających się kontaktach z plemieniem.

Na szczęście powieść nie stanowi jedynie suchego przepisania scenariusza, jak to czasami wychodzi przy podobnych próbach. Introspekcje, dotyczące zresztą nie tylko głównego bohatera, dopowiadają to, co w filmie pozostawało w sferze domysłu. Zapewniają przez to lepszy wgląd w proces wzajemnego przełamywania nieufności i zaspokajanie zwykłej ciekawości. Ponadto w przypadku Dunbara poznajemy, obszerniejsze niż w filmie, fragmenty prowadzonego przezeń dziennika. 

Warto za to nadmienić, że wątek porwanej za młodu białej kobiety wzorowany jest jawnie na historii Cynthii Ann Parker, o której wspominałem już kiedyś w innym tekście. Biała branka, podobnie jak jej powieściowa odpowiedniczka, poślubiła Komancza i spędziła wśród Indian większość swojego dorosłego życia, zostając ponadto - i tu podobieństwa się kończą - matką słynnego wodza Quanaha. U Blake'a biała squaw imieniem Podniesiona Pięść zostaje bezdzietną młodą wdową i w takim stanie spotyka Johna Dunbara, któremu na polecenie wodza Kopiącego Ptaka służy za przewodniczkę po świecie Indian. Skądinąd w filmie Costnera w miejsce powieściowych Komanczów mamy plemię Siuxów.



Ta reżyserska zmiana, oraz łatwość jej przeprowadzenia bez głębszej ingerencji w fabułę, zwraca uwagę na jedną zasadniczą słabość "Tańczącego z Wilkami". Otóż jego fabuła, odarta z zapierających dech zdjęć Deana Semlera i bajecznie pięknej muzyki Johna Barry'ego, obnaża swoje zasadnicze wady. Jedną z nich jest powierzchowność w przedstawieniu kultury Indian. Łatwość przeniesienia opowieści z kręgu równinnych Komanczów w krąg plemienia Siuoxów wynika z braku głębszego wniknięcia w specyfikę kultury tego konkretnego plemienia. Wszystko, co dowiadujemy się o indiańskich obyczajach to zbiór ogólników, z których najkonkretniejszy to jedzenie świeżutkiej wątroby bizona. Natomiast nie dowiadujemy się niemal nic o niebywałych zdolnościach Komanczów choćby w ujeżdżaniu i hodowli koni, z czego przecież słynęli na pół kontynentu. Podobnie jak z okrucieństwa - bo nawet rozumiejąc kulturowe przyczyny tego faktu, nie sposób zaprzeczyć, że Komancze nawet jak na standardy swojej rasy, byli plemieniem okrutnym. U Blake'a są to szlachetni wojownicy, niczym Apacze u Karola Maya. Ich długa i dramatyczna historia sprowadzona jest do jednej sceny wspomnień sędziwego wodza Dziesięć Niedźwiedzi, w dodatku napisanej tak, jakby wojna o Komanczerię z białymi nie trwała już od kilku dziesięcioleci. Przeciwnie - Indianie Blake'a zachowują się, jakby białego człowieka dotąd nie spotkali, w co - biorąc pod uwagę, że mamy lata 60. XIX wieku - nie sposób uwierzyć. Natomiast refleksje tych bardziej rozgarniętych Indian, jak również całość przedstawienia życia plemienia, nie wykracza poza portret zbiorowy w duchu romantycznym, sentymentalnym, niczym obrazy Frederica Remingtona. A szkoda, bo te wszystkie płaszczyzny zderzenia kultur dawały szansę na dzieło dużo głębsze i mniej gładkie, mniej jednoznaczne. 

Frederic Remington, Buffalo Runners - Big Horn Basin


Wątek miłosny również jest skrojony w sposób zachowawczy. Prawdziwą transgresją Dunbara byłby związek z autentyczną Indianką, natomiast Blake serwuje nam bezpiecznie związek dwojga białych rezydentów. Co prawda dzięki takiej konfiguracji Podniesiona Pięść staje się pomostem między białym kochankiem a indiańską społecznością, ale też przedstawienie procesu nauki Dunbara razi powierzchownością, bo jak uwierzyć w naukę języka, kiedy w całej powieści nie pada nawet jedno indiańskie słowo; jak uwierzyć w przenikanie kultur, skoro o indiańskiej nie dowiadujemy się niemal nic poza tym, że jest zachwycająco harmonijna z przyrodą? 

W tej sytuacji pytania o ocierającą się o plagiat wtórność fabularną wobec filmów Run of the Arrow Samuela Fullera i Człowiek zwany Koniem Elliota Silversteina mogłby być odebrane jako kopanie leżącego. 

Zasługą Michaela Blake'a jest jednak stworzenie opowieści, która wydobyła z niebytu martwy gatunek filmowy - western. Niewątpliwie opisane wyżej sentymentalizm i powierzchowność fabuły dołożyły się do tego sukcesu "in plus", a nie - wbrew mojemu utyskiwaniu - "in minus". Z kolei Kevin Costnera idealnie ubrał romantyczną historię w olśniewającą warstwę audiowizualną, co przeniosło się na wielki sukces, a wobec niego powyższe wątpliwości tracą na znaczeniu. Prawda czasu przegrała z prawdą ekranu - nie pierwszy i nie ostatni raz.

Ode mnie: 4 / 6 (w tym 0,5 z sentymentu do filmu).


Michael Blake, Tańczący z Wilkami (Dances With Wolves) ; przeł. Wojciech Surman. Kraków : Wydaw. "Aramis", 1991.

Książka dostępna w WBP w Lublinie


5 komentarzy:

  1. Fenomen Tańczącego z wilkami pozostaje dla mnie do dziś zagadką. Piękne dłużyzny :) Pamiętam, że czytałem książkę, żeby sobie rozjaśnić film i niewiele się dowiedziałem :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie film przynajmniej czaruje pięknymi pejzażami i cudną muzyką. W książce tego nie ma no i wychodzi płaskość tej fabuły...

      Usuń
    2. Pamiętam zdartą kasetę wideo i niekończące się trawy, dźwięku natomiast wcale :) Normalnie chyba kiedyś jakąś powtórkę w HD powinienem znaleźć.

      Usuń
    3. Aż sobie wrzuciłem OST na Spotify :) No i lepszy chyba "Tańczący ...", niż niemieckie "westerny" na podstawie Maya :P

      Usuń
  2. Czytałam z podobnego powodu - ale zachwycona filmem, zadowolona byłam też z książki (wnoszę z oceny na b-netce). Teraz NIC z tego nie pamiętam.

    OdpowiedzUsuń