wtorek, 21 czerwca 2016

Poetka w N.Y. (Julia Hartwig, "Dziennik amerykański")

A jednak dłuższe przerwy w aktywności są chyba niezbywalnie wpisane w w życie tego bloga...

Julia Hartwig (ur. 1921), urodzona w Lublinie poetka i tłumaczka, przebywała w Stanach Zjednoczonych w latach 1970-74, uczestnicząc w międzynarodowym programie wymiany pisarzy. W tym okresie wykładała na uniwersytecie w Des Moines w Iowa, następnie w oodziale Uniwersytetu Nowojorskiego w Stony Brook na Long Island, a jeszcze później na dwóch uniwersytetach w Kanadzie. Dziennik obejmuje głównie okres nowojorski wraz z odwołaniami do czasu spędzonego w Iowa. Ameryka przechodziła własnie gorzki okres utraty niewinności. Dzieci-kwiaty mocno już przywiędły, wygasała wojna w Wietnamie, nie żyli bracia Kennedy i doktor King, a Nixon w wyniku afery Watergate właśnie żegnał się z urzędem.

Autorka Dziennika z założenia operuje swoim własnym, indywidualnym doświadczeniem Ameryki. Koncentruje się na rzeczywistości fizycznie ją otaczającej. Dlatego punktem wyjścia chyba każdego bez wyjątku fragmentu jest wydarzenie, osoba lub zjawisko z codziennego życia rodziny poetki. Z tych klocków, mniejszych i większych, układa się podszyta zadumą obserwacja codziennego życia Ameryki - dość zamożnego miasteczka, campusu, nowojorskiej metropolii, z retrospekcjami ze stosunkowo prowincjonalnego Des Moines w rolniczym Iowa. Niektóre to krótkie "błyski", jak je nazywa Hartwig, inne - rozrastają się w felietony i eseje godne samoistnej publikacji. I tak na przykład zwięzłe portrety komiwojażera albo listonosza stają się sprężyną refleksji nad miejscem przedstawicieli tych charakterystycznych zawodów w w społeczeństwie i kulturze Ameryki (choćby słynna sztuka Arthura Millera Śmierć komiwojażera, listonosz jako figura posłańca itp.). Zwykłe, codzienne "How are you?" prowokuje do refleksji nad typowo purytańską dyscypliną wewnętrzną, wpajaną z pokolenia na pokolenie od czasów pionierów, bo to właśnie z jej powodu nikt nie oczekuje na to pytanie poważnej odpowiedzi. Fascynujący jest esej, sprowokowany - a jakże - przypadkową rozmową, a poświęcony Emily Dickinson, wielkiej pustelniczce poezji amerykańskiej. Pełen empatii i delikatności i wyczuwalnego poczucia zrozumienia poetki przez drugą poetkę. Hartwig z upodobaniem kolekcjonuje drobiazgi - epizody codziennego życia zwłaszcza, anegdoty, w których na równych prawach pojawiają się John Dillinger i ogrodnik sąsiadów, Norman Mailer ("wciąż jeszcze chodzi w glorii zbuntowanego, nie pogodzonego ze światem kombatanta drugiej wojny światowej, choć należy dziś do świetnie sytuowanych pisarzy establishmentu" i feministki ze stowarzyszenia Women's Lib ("Co tu mówić, kiedy wyszłam z tej uroczystości na ulicę, miałam ochotę uścisnąć pierwszego napotkanego mężczyznę"). Pośród spraw większych - jak formalne i nieformalne hierarchie uniwersyteckie, czy niedostatki amerykańskiego systemu edukacji - nie umykają jej też te mniejsze, jak msza gospel w Harlemie, poranne rozwożenie gazet. Nadbrzeżne ptactwo o świcie nad oceanem. Świąteczna gorączka w NY - zjawisko, dzięki niezliczonym filmom, wręcz ikoniczne. Przy czym autorka zachowuje postawę pełnego empatii obserwatora, niezwykle uważnego i niebywale wrażliwego na niuanse. Nie stroniącego przy tym od łagodnej ironii.

Charakterystyczne, że im więcej Julia Hartwig widzi, tym dalsza jest od jednoznacznych ocen. Przeciwnie - wiele akapitów sprawia wrażenie bardziej zawieszonych niż zakończonych pointą; jakby autorka zapatrzyła się w okno, zamyśliła, a następny akapit jest już o czymś innym - nowa myśl, nowa obserwacja, zapewne pisana w innych okolicznościach (dziennik nie zawiera żadnych dat). Miarą wielkiej klasy i empatii jest też podejście do opisanego w książce studenta z Południa, Allena. Student ten przez pewien czas przyjaźnił się z rodziną poetki, korzystał z ich pomocy, natomiast rozstał się z nimi w sposób niebywale przykry i celowo krzywdzący, jawnie okrutny. Mimo to został opisany z zachowaniem tego samego podejścia, z próbą zrozumienia przyczyn jego zachowania. Z żalem, ale bez potępienia. Ba - nawet otrzymał później od Hartwigów referencje na kolejny uniwersytet - "był przecież studentem wyjątkowo utalentowanym". Co za klasa!

Refleksje lubelskiej poetki są interesujące nie tylko jako szereg migawek z USA pierwszej połowy lat 70. XX wieku. Trafnie uchwyciła niektóre istotne cechy i zjawiska, jakie zdominują życie tego kraju przez następne dziesięciolecia, a poprzez import tamtej cywilizacji stają się aktualne dziś także dla nas, odległych o pół globu i niemal pół wieku. To, co poetka pisze o brakach w wykształceniu młodych Amerykanów, albo o rozszerzającej się dopiero wówczas pladze otyłości - bez większych poprawek można odnieść do obecnej Polski. Robi to dość niesamowite wrażenie.

Jednym z ważniejszych fragmentów Dziennika jest obszerna, emocjonalna panorama Manhattanu, począwszy od zaskakującego portretu Times Square - któż by przypuszczał, że w latach 70. było to centrum życia bogatego półświatka, a kolejne ekipy włodarzy miasta obowiązkowo obiecywały zrobienie na Times Square porządku? Charakterystyka poszczególnych głównych alei metropolii - przede wszystkim majestatycznej Piątej, pocztówkowej Pierwszej i przesiąkniętej europejskim klimatem Drugiej Wschodniej, czy też znanej z serialu Mad Men Madison Avenue - to mistrzostwo świata. W ujęciu autorki Błysków ulice te ożywają, naprawdę mają charakter, budzą emocje, sentymenty, zachwyt, czasem dystans i sprzeciw. 30 lat później podobnie emocjonalnie opisze Manhattan inna Polka - Magdalena Rittenhouse. Podobieństwo jest oczywiste, przy czym oprócz faktu, że u Hartwig Manhattan stanowi tylko fragment, nie da się ukryć, że - nic nie ujmując młodszej autorce - w przypadku poetki z Lublina mamy do czynienia z osobą wielkiej wrażliwości i kultury; erudytką poruszającą się z lekkością między nowojorskimi butikami a paryskimi muzeami na tej samej stronie, a operującą piórem z delikatnością i precyzją, która przywodzi na myśl zwiewność i finezję pajęczych splotów. I nie ma na nią celniejszego określenia, niż użyte przez Czesława Miłosza - osoba wykwintna. Jej książka to - wybaczcie banał - podróż w niezwykłym towarzystwie kogoś, z kim nie chce się rozstawać, kogo nie chce się przestać słuchać. 

Ode mnie: 5,5 / 6


Julia Hartwig, Dziennik amerykański. Warszawa : Państwowy Instytut Wydawniczy, 1980.

Książka dostępna w WBP w Lublinie



1 komentarz:

  1. Czytałam Dziennik amerykański kilka lat temu; też mi się bardzo podobał. Ale wrażenia już się zatarły - muszę do niego wrócić, tym bardziej, że teraz jestem także posiadaczką Wierszy amerykańskich Hartwig oraz antologii poetek amerykańskich w jej tłumaczeniu.

    matali

    OdpowiedzUsuń