piątek, 8 lipca 2016

Udręka i ekstaza (Jacek Dehnel, "Matka Makryna")


"Jedno, co pozostaje
To o tej drodze Opowieść"
(J. Kaczmarski, Dance Macabre)

Jacek Dehnel po "Saturnie", powieści traktującej o powikłanych relacjach w rodzinie Francisco Goi, wziął na warsztat kolejną postać historyczną - tym razem z rodzimego podwórka. Matka Makryna Mieczysławska (ok. 1785 - 1869), nad którą się pochylił, to fałszywa bazyliańska mniszka z Mińska, której relacje o męczeństwie za wiarę poniesionym na kresach (w tle leży wcielanie zakonów unickich do cerkwi prawosławnej) otumaniły w latach 40. XIX wieku głównych rozgrywających w środowisku polskiej emigracji w Paryżu. Słowacki spłodził o niej poemat, Mickiewicz pod jej wpływem wyspowiadał się i to swojemu antagoniście Jełowieckiemu, Makryna gościła u papieża, a papież (następny) u niej. Jej relacjom o makabrycznych praktykach biskupa prawosławnego Józefa Siemaszki nie podołały kolejne dementujące noty rosyjskie, ani znaczne rozbieżności między kolejnymi wersjami zeznań. Nie mówiąc o nieprawdopodobnej przesadzie w festiwalu relacjonowanych tortur, nawet znając możliwości rosyjskich oprawców z różnych epok. Ba - nawet ponad 50 lat po śmierci oszustki, mimo rewelacyjnej demaskatorskiej pracy ks. Jana Urbana Matka Makryna w świetle prawdy*), są w kościele katolickim tacy, którzy wierzą w jej męczeństwo.

Ustawienie Makryny w roli narratorki tworzy z jej historii opowieść intymną - inaczej iż gdyby opisywać ją z zewnątrz. Z zewnątrz byłoby łatwo o osąd. Od wewnątrz mamy wgląd w zaplecze makrynowej narracji - a nawet dwóch, bo jej zmyślona opowieść przetykana jest relacją z prawdziwego życia Ireny Wińczowej, bo tak nazywała się w rzeczywistości Makryna. Ta druga nie zachowuje linearnego charakteru, ale w przemyślany sposób odsłania klocki, z których narratorka układa swoją fikcję. Wiarygodnie uzasadnione jest przy tym pozostawienie pewnych kluczowych faktów na sam koniec. Dość powiedzieć, że Dehnelowi udała się subtelna sztuka splecenia znaczeń w taki sposób, że na jakimś symbolicznym poziomie następuje zespolenie rzeczywistych cierpień Wińczowej z ich fikcyjnym odpowiednikiem w opowieści Makryny. Cierpienia te są zupełnie inne, ale przecież w jakiś sposób pokrewne. I tak życie staje się siłą napędową narracji, czyli po prostu - na metaforycznym poziomie - literatury.

Makryna jest, w większym stopniu niż skreśleni z pasją Goyowie z "Saturna", postacią wycieniowaną, wielowymiarową. Autorowi też udało się więcej ugrać na jej historii - jest tu i zaczadzona martyrologią emigracja polska, i instrumentalne traktowanie wiary, i mesjanizm narodowy pod rękę z mistycyzmem religijnym, i międzynarodowa polityka watykańska, a przede wszystkim wielowymiarowy i jednak ostatecznie nieoczywisty w ocenie portret samej Makryny. Genialnej oszustki i prostej baby. Makryna na przemian budzi odrazę i czułość, irytację i litość, podziw i współczucie, fascynację i rozbawienie. Zwłaszcza znakomicie przedstawione jest jej rozgrywanie egzaltowanej polskiej emigracji, która na wieść o męczennicy jako żywo uosabiającej umęczoną ojczyznę, wpadają w ekstazę zaślepiającą na przesłanki świadczące o tym, że cała opowieść jest wyssana z brudnych i bynajmniej nie świętych palców. 

Logoreja fałszywej mniszki jest też mistrzostwem językowym. Pieczołowicie odtworzona gwara litewska przepuszczona jest przez brak wykształcenia i gwałtowne, nieuporządkowane emocje bohaterki. A Dehnel to pisarz o słuchu językowym bliskim absolutnego. Maestro wielopiętrowej, rozbudowanej frazy, nastrojonej pod oddech czytającego, rytmicznej, melodyjnej, wyakcentowanej, wypunktowanej pauzami. Kresowa plebejskość miesza się nieustannie z teatralną przesadą, prymitywną imitacją patosu. I jeśli do czegoś można się przyczepić w książce tak świetnie napisanej, to pewnej nadświadomości Makryny w pierwszych scenach paryskich. Oto prosta prowincjonalna baba przenika z łatwością niuanse i układziki, rządzące wysoce skomplikowaną strukturą polskiej emigracji. Literacko te partie są świetne, jadowite, soczyste - ale jednak rodzą w tym jednym aspekcie wrażenie niewiarygodności. Zbyt mocno wyjrzała spod nich ściśle warsztatowa potrzeba prezentacji środowiska, kosztem autentyczności. Niemniej Dehnel to wirtuoz słowa jakich naprawdę mało i póki co każde moje z nim spotkanie jest literacką ucztą.
Ode mnie: 5,5 / 6

*) Publikację ks. J. Urbana Matka Makryna w świetle prawdy można znaleźć w Kujawsko-Pomorskiej Bibliotece Cyfrowej - niestety w mało intuicyjnym formacie djvu.

;-)



Jacek Dehnel, Matka Makryna. Warszawa : Wydawnictwo WAB, 2014.

Książka dostępna w WBP w Lublinie



8 komentarzy:

  1. "Krivoklata", powieść najnowszą, gorąco polecam. Tam to dopiero jest fraza (na Thomasie Bernhardzie wzorowana) - kropkę kończącą zdanie znajduje się po stronie, po dwóch czasem.
    "Makryna..." nie do końca była "moja", choć ze wszystkimi plusami powieści, które wyliczasz, nie sposób się nie zgodzić. W "Dzienniku roku chrystusowego" można przeczytać o pracy nad tą powieścią (kilka wzmianek co prawda, w różnych częściach książki rozrzuconych, ale smakowitych).
    "Saturn", o którym wspominasz, to w moim prywatnym rankingu najlepsza - jak dotąd - powieść Dehnela.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja paradoksalnie do każdej kolejnej książki JD podchodzę nieufnie. Stąd nie czytałem tylko Lalę, Saturna i Makrynę. Ale wszystkie one NIEZMIERNIE mi się podobały, najbardziej Saturn, podobnie jak Tobie. Ale Dziennik mnie nie pociąga, wokół Krivolkata pewnie będę chodził latami (temat średnio mnie rusza). Najprędzej nadrobię teraz Balzakiana i Rynek w Smyrnie...

      Usuń
  2. Hmmm... ja jakoś - nie czytając niczego - straciłam serce do Dehnela. Mea culpa, pewnie powinnam się poprawić i wydaje mi się, że "Matka Makryna" mogłaby stać się pierwszym krokiem do przełamania lodów.

    "A Dehnel to pisarz o słuchu językowym bliskim absolutnego. Maestro wielopiętrowej, rozbudowanej frazy, nastrojonej pod oddech czytającego, rytmicznej, melodyjnej, wyakcentowanej, wypunktowanej pauzami" - i aaaaaaaaaj, nie mogę się oprzeć. ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na początek może rzeczywiście Lalę albo makrynę, zaś Saturna... no nie wiem, ciężki jest i smoliście czarny, choć - jak piszemy z rozmówczynią wyżej - chyba najlepszy.

      Usuń
  3. A nie wydaje Ci się, że to nie Makryna rozgrywała, lecz ją rozgrywano?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zasadniczo masz pewnie rację, chociaż z punktu widzenia Makryny to ona jest rozgrywającą, a przynajmniej współrozgrywającą. W rzeczywistości z pewnością tak - była figurą na szachownicy o sporej, w pewnym momencie, sile rażenia. Ale Dehnel akurat tego nie akcentuje.

      Usuń
  4. Bardzo mi się podobała, bardzo. Nietuzinkowa historia, do tego tak wspaniale napisana.

    OdpowiedzUsuń