czwartek, 20 października 2016

Mgły Oregonu (Ken Kesey, "Czasami wielka chętka")

Ken Kesey (1935-2001) kojarzony jest zwykle z debiutanckim Lotem na kukułczym gniazdem (1962), tymczasem do śmierci za swoje opus magnum uważał opisywaną tutaj oregońską sagę (1964). Ponoć pytany po latach, dlaczego jego pisarstwo nie poszło w takim właśnie epickim kierunku, odpowiedział, że nigdy potem nie był w stanie pisać po 30 godzin jednym ciągiem. "Do tego trzeba być młodym". Tak czy inaczej książka ta, o myląco frywolnym tytule (to cytat z folkowej piosenki z lat 30., zasadniczo ten fragment mówi o myślach samobójczych) to jego dzieło najobszerniejsze.

Kesey na bazie konfliktu między dwójką braci - młodszym, słabszym Lelandem i będącym uosobieniem twardości i uporu Hankiem - oraz wyrazistego konfliktu społecznego zbudował panoramiczny obraz małomiasteczkowego życia północno-zachodnich krańców USA. Całe życie w fikcyjnym Wakonda obraca się wokół wyrębów drzew, przeto praca Hanka Stampera i jego rodziny wykonywana na kontrakcie dla bojkotowanej przez pozostałych mieszkańców kompanii musi nieuchronnie doprowadzić do konfrontacji. Realia pracy oregońskich drwali, ich specyficzna gwara, sympatycznie uchwycona przez tłumacza Jerzego Łozińskiego, podobnie jak wyjątkowo plastycznie opisywana przyroda tego gęsto zalesionego stanu, chłodnego, wilgotnego i mglistego, tworzą jedyną w swoim rodzaju klimatyczną mieszankę szorstkości i prostoty, nieuchronnie kojarzącą się z wielką amerykańską klasyką w rodzaju "Gron gniewu" (choć tam akurat było cieplej). To w pewnym sensie pokrewna tamtej klasycznej powieści próba opisu bardzo amerykańskiego hartu ducha, graniczącego z maniakalnym uporem.

Jakby na marginesie konfliktu o kontrakt Kesey zderza mentalność amerykańskich demokratów i ich socjalistyczny z ducha solidaryzm, z reprezentowaną przez Hanka Stampera perspektywą bardzo republikańską, nastawioną na zapewnienie bytu przede wszystkim swoich najbliższych. I generalnie obie te postawy mają w powieści swoje mocne uzasadnienie. Obie strony mają swoje racje.

Kesey zastosował w swojej powieści narrację z wielu punktów widzenia, rozszerzoną o monologi wewnętrzne kluczowych bohaterów. Taka konstrukcja, choć początkowo niełatwa w odbiorze, operująca kilkoma rodzajami wyróżnień (nawiasy, kursywa), pozwoliła mu na wydobycie wszystkich punktów widzenia w najdrobniejszych niuansach. Dramaturgia poszczególnych etapów konfliktu rozpisana jest na emocje wszystkich zaangażowanych stron. Powstała sugestywna, wnikliwa opowieść, trochę taka archetypiczna, kojarząca się nieco z Szekspirem (konflikt), trochę z Faulknerem (styl). Kesey z widoczną miłością uwiecznia przy tym specyfikę Oregonu i jego majestatycznej przyrody, której poświęcił pełne żaru niemal poetyckie akapity. Nic dziwnego więc, że "Chętka" ma w tej części Stanów status zbliżony do pozycji "Przeminęło z wiatrem" na amerykańskim Południu. To epicki pean na cześć Północnego Zachodu, a zarówno mnogość malowniczych rodzajowych epizodów, jak i finał, na swój szorstki sposób podniosły, ale jednocześnie sympatycznie przewrotny, są tego dowodami.

Ode mnie: 5,0 / 6.


Ken Kesey, Czasami wielka chętka (Sometimes A Great Notion) ; przeł. Jerzy Łoziński. Poznań: Zysk i S-ka, 1995.

Książka dostępna w WBP w Lublinie


4 komentarze:

  1. Brzmi nieźle. A swoją drogą, Kesey do Alaski też sięgnął w swoich powieściach, czytałeś?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze nie, ale pamiętam o "Pieśni żeglarzy", bo to o nią chyba chodzi :)

      Usuń
    2. Taka jeszcze ciekawostka biograficzna - z wdową po zmarłym w 2001 Keseyu ożenił się w 2001 jego wieloletni i bliski przyjaciel, znany nam Larry McMurtry :)

      Usuń
    3. No i wszystko zostało w rodzinie :D

      Usuń