piątek, 2 grudnia 2016

Człowiek z Zachodu (Hampton Sides, "Krew i burza")

Biografia Kita (Christophera) Carsona (1809-1868), XIX-wiecznego trapera, przewodnika i dowódcy wojskowego, jednej z kluczowych postaci w dziejach podboju Pogranicza, to kolejna już w moich rękach pozycja ze wspaniałej Serii Amerykańskiej wydawnictwa Czarne. Zarazem druga - po porywającym "Imperium księżyca w pełni" opisująca początki Teksasu i Nowego Meksyku, ale tym razem od strony białych zdobywców. Carson przez pół wieku był uczestnikiem i świadkiem długiego i krwawego pochodu osadników na zachód. W młodości był łowcą bobrów (identycznie jak współczesny mu znany ze Zjawy Hugh Glass). Był kurierem wojskowym, przewodnikiem słynnych wypraw Johna C. Frémonta, jako pierwszy przemierzył cały kontynent od Kalifornii do Waszyngtonu, zasłużył się w wojnie z Meksykiem o Teksas i wojnie secesyjnej. Miał też istotny wkład w likwidację wolnego plemienia Nawahów. Stał się bohaterem dziesiątek tanich powieści o Dzikim Zachodzie, jakimi karmiła się zbiorowa wyobraźnia XIX-wiecznych Amerykanów. Krew i burza to właśnie tytuł jednej z takich książek.

Z jak niejednoznaczną postacią mamy do czynienia, uzmysławia właśnie kwestia pacyfikacji Nawahów i rola Carsona w tym przedsięwzięciu. Ówczesne tereny Teksasu, Nowego Meksyku i Kalifornii przypominały tygiel z wrzącą zawartością, w którym o lepsze szły kolonizatorskie działania USA i Meksyku, a Indianie walczyli o przetrwanie i jednocześnie na potęgę rabowali osadników obu narodowości. Poszczególne plemiona walczyły też między sobą - zresztą od stuleci, a niektóre konflikty międzyplemienne datowały się na czasy starożytne. W tym krwawym bałaganie funkcjonowali tacy ludzie jak Carson. Żonaty kolejno z dwoma Indiankami i Meksykanką Josefą Jaramillo, z którą miał ośmioro dzieci, dobrze znał zagmatwaną specyfikę narodowościową Nowego Meksyku. Z Indianami rozmaitych plemion przyjaźnił się od młodych lat, co nie przeszkadzało mu brać udziału w walkach z nimi. W ostatnich latach życia płk. Carson przeprowadził pod dyktando gubernatora Nowego Meksyku Jamesa H. Carletona akcję pacyfikacji i przesiedlenia Nawahów z ich terenów plemiennych do rezerwatu w Bosque Redondo. Carson z tego okresu wyraźnie był rozdarty między niechęcią do całej operacji, a świadomością, że los Indian jako takich jest przesądzony i przesiedlenie do rezerwatu to próba ratowania ich przed całkowitą anihilacją. Zdawał sobie sprawę, że był tylko jednym z trybików procesu, który i bez niego by się toczył, starał się więc, na ile mógł uwikłany w wojskową zależność, złagodzić jego działanie. Jednocześnie niejednokrotnie - co widać w jego autobiografii, przytaczanej przez Sidesa - w specyficzny sposób był dumny z krwawych efektów swoich działań jako wojskowego, a wcześniej przewodnika. Cóż, Carson to produkt swoich czasów i jako takiego trudno oceniać go innymi kryteriami niż te z epoki. Z pewnością jednak nie był człowiekiem okrutnym.

Ostatnia fotografia Kita Carsona
(fot. James Wallace Black, źródło)
Z pewnością zaś zasłużył się dla podboju i zbadania zachodu Ameryki, wykazał się nieraz niepospolitą odwagą i był bohaterem szeregu ekscytujących wydarzeń. Hampton Sides wykorzystał jego życiorys, by pokazać przy tej okazji dobre cztery dekady historii USA. Nie tylko z perspektywy świadka i uczestnika jakom był jego bohater, ale też w szerokim ujęciu zawirowań politycznych i operacji militarnych prowadzonych przez Stany, Meksyk, a wreszcie plemiona indiańskie (głównie Nawahów i Komanczów). Przy tym bez uciekania się do chwytów beletrystycznych udało mu się przedstawić Carsona niezwykle plastycznie i ze swadą (inaczej niż Michael Punke, który pod tym względem Zjawę kompletnie położył literacko). Kolejna już znakomita pozycja w Serii Amerykańskiej Czarnego (tak, wiem, że się powtarzam). Poziomem ekscytacji czytelniczej nie przebiła "Imperium księżyca w pełni", ale tamta książka wygrywa dodatkowo egzotyką i mało rozpoznanym tematem. Cieszy mnie też polepszający się wiatr dla tematyki amerykańskiego Pogranicza na polskim rynku wydawniczym (idący zresztą ręka w rękę z zauważalnym renesansem westernu w kinie). Może jakaś oficyna sięgnie wreszcie szerzej po McMurtry'ego?

Ode mnie: 5,0 / 6


Hampton Sides, Krew i burza : historia z Dzikiego Zachodu (Blood and thunder); przełożył Tomasz Ulanowski. Wołowiec : Wydawnictwo Czarne, 2016.

Książka dostępna w WBP w Lublinie


3 komentarze:

  1. Właśnie zacząłem oglądać Westworld. Wiem, że o co innego w nim idzie, ale dekoracje bardzo ładne :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się przymierzam, ale współczesna otoczka fabuły trochę mnie hamuje. Oglądałem za to film z Yulem Brynnerem dawno temu - to tez coś :)

      Usuń
    2. Dla samego Hopkinsa i jego tyrad na temat człowieczeństwa i innych takich, warto :) Staruszka - pierwowzoru nie widziałem, ale nie wiem czy nie znajduje się czasem w ofercie HBOGO. Tylko, że oglądanie na tej platformie, to istna droga przez mękę :(

      Usuń