piątek, 20 stycznia 2017

Chodźcie, leząfą (Matthew Kneale, "Rzymianami bendąc")


Matthew Kneale to pisarz przewrotny. Jego utwory prozatorskie z zasady stanowią połączenie formy obficie korzystającej z inteligentnego komizmu i ironii z poważną, zmuszającą do zastanowienia treścią. A ta z reguły prezenuje niewygodne prawdy oraz wnioski wybijające z dobrego samopoczucia. Sposób ich podania w początkowo lekkim, zdystansowanym tonie, tylko powiększa wrażenie wywołane ostatecznym ciężarem przekazu. W ten sposób zbudowany jest narracyjny majstersztyk Anglicy na pokładzie i spora część opowiadań z tomu Drobne występki.... Nieco podobnie jest z Rzymianami bendąc. To bardzo zabawna powieść.

Przynajmniej bawi z początku. Narracja napisana jest z punktu widzenia dziewięciolatka i zbliżona do stylu szkolnego wypracowania: najeżona błędami ortograficznymi, zapisanymi fonetycznie wyrazami, pełna określeń w rodzaju "mega" i "fajskie" czy też maminych zwrotów "owieczku" i "chodźcie, leząfą" ("les enfants" - fr. "dzieci"). Składnia jest po dziecięcemu pokręcona, płynnie łączy zdania krótkie z irracjonalnie długimi, jakby podawanymi na bezdechu. Przekład tego stylu, będący dość karkołomnym zadaniem, wypada na wskroś autentycznie, jest przy tym prześmieszny, ale nie przekombinowany. A łatwo było to "przefajnować". Rzymianie to kolejna po narracji Peevaya z Anglików... perełka translatorska Krzysztofa Filipa Rudolfa, który wyrasta na "tłumacza do zadań specjalnych" gdańskiej oficyny.

Siedzimy więc w głowie rezolutnego dziewięciolatka Lawrence'a, który wspiera mamę w trudnym dziele radzenia sobie z samotnym wychowywaniem dzieci i w opędzaniu się od agresywnego byłego męża. Lawrence czuje się odpowiedzialny za młodszą siostrę Jemimę, martwi go stan nerwów mamy, a ponadto ulega szeregowi typowych dla swojego wieku emocji, od troski o ukochanego chomika Hermanna, przez fascynację żołnierzykami, po nadanie przygodowej konwencji ucieczce przed toksycznym ojcem rodziny. To pomysł mamy: z dala od Anglii, w Rzymie, w którym kiedyś mama mieszkała i nadal ma znajomych, będą bezpieczniejsi. Jak łatwo się domyślić, nie wszystko toczy się pomyślnie, ale z mniejszymi lub większymi perturbacjami udaje im się zadomowić w stolicy cezarów... Oczywiście, do czasu.

Osobnym wątkiem są sprawozdania Lawrence'a z aktualnie czytanych książek i broszur. Chłopiec jest żywo zainteresowany a to kosmosem, a to historią, i kolejne lektury na te tematy relacjonuje w swoim dziecięcym stylu. Najbardziej fascynują go ekscesy Nerona i Kaliguli, które w tryskających przejęciem narracjach Lawrence'a są perełką komizmu. Zarazem jednak wszystkie wstawki lekturowe chłopca stanowią ukryty komentarz do fabuły, nierzadko antycypujący powieściowe wypadki lub dopowiadający do nich znaczenia. To jeszcze jedna płaszczyzna tej pozornie prostej powieści.

Nie zdradzę powieściowego twista, ale muszę wyznać, że jego fenomenalna konstrukcja jeży włosy na karku, gdyż z grozy sytuacji zdajemy sobie znacznie wcześniej niż opowiadający całą historię Lawrence. Dopiero wtedy, kiedy wszystko do nas dociera, zaczynamy w pełni rozumieć autorski zamysł, by narratorem uczynić właśnie tego chłopca. Nie jest to przecież tylko zabieg zastosowany ku komediowej uciesze z nieporadności językowej małoletniego bohatera. Nie u Kneale'a. Autor stworzył powieść, która otwiera oczy na relacje rodzicielsko-dziecięce widziane przede wszystkim od strony dziecka. Mieści się w tym niemal bezgraniczna wiara w prawdziwość rodzicielskiego przekazu świata (choć bardzo ważne jest to "niemal"). Mieści się w tym też poczucie odpowiedzialności za spokój w rodzinie, jakie odczuwa małoletni, ale przecież jedyny mężczyzna w domu. Ale równie istotne jest postrzeganie przez niego całego kontekstu - głównie labiryntu narastających nieporozumień między dorosłymi, nie tylko rodzicami. Dziecięcy mechanizm odczuwania sympatii i antypatii żyje przy tym niemal własnym życiem i jest nieporównanie bardziej instynktowny niż u dorosłych. Zastanowienie budzą próby racjonalizacji niezrozumiałych decyzji dorosłych, a także umiejętność manipulowania dorosłymi. Świat widziany oczami dziecka jest tu pokazany w złożony, zniuansowany sposób, który trochę na marginesie fabuły, uwrażliwia takiego rodzica jak niżej podpisany na to jak postrzega go i jak rozumuje dziecko.

Kneale od wspomnianego zwrotu akcji zaczyna grać we wszystkich rejestrach naraz - komicznym, przygodowym i głęboko tragicznym. Funduje emocjonalny rollercoaster, którego bieg jest autentycznie nieprzewidywalny. Śmiech zamiera na ustach (co, jak zauważyłem po sobie, jest częstą reakcją na prozę tego pisarza). No i finał, choć od biedy może uchodzić za happy-end, w zasadzie pozostawia w gorzkiej zadumie nad ceną, jaką dzieci płacą za błędy dorosłych. Bo to właśnie ICH emocjonalne koszty są nie do oszacowania, o czym niebywale subtelnie, niejednoznacznie i nie wprost opowiada ostatnia scena między rodzeństwem, zamykająca powieść. Wyciszona i intymna kropka nad "i" w pozornie lekkim dziele, mówiącym w istocie w charakterystyczny dla tego pisarza paradoksalny sposób o sprawach śmiertelnie poważnych. W mojej osobistej czytelniczej biografii Kneale to pisarz ważny i przykuwający uwagę. Jeden z tych, których kolejnych książek wypatruje się z niecierpliwością.

Ode mnie: 5,0 / 6

Za książkę dziękuję wydawnictwu Wiatr od Morza



Matthew Kneale, Rzymianami bendąc (When We Were Romans) ; tł. Krzysztof Filip Rudolf. Gdańsk : Wiatr od Morza, 2016.


3 komentarze:

  1. Sorry za skojarzenie, ale Jemima to była kura Babci Świnki w Peppie :D
    Natomiast książka wydaje się ciekawa i że tak polecę blogowym klasykiem, dopisuję do listy :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Namawiałeś, namawiałeś, aż namówiłeś. Trzy książki Kneale'a jadą do mnie pchane Wiatrem od morza. Już się nie mogę doczekać.

    OdpowiedzUsuń
  3. To ja też wrzucam do schowka. Może kiedyś się trafi.

    OdpowiedzUsuń