poniedziałek, 13 lutego 2017

Josif Brodski, "Ekloga czwarta (zimowa)" (fragmenty)

Ultima Cumaei venti iam carminis aetas;
magnus ab inlegro saeclorum nascitur ordo.
Wergiliusz, „Ekloga IV”

Oto już nadszedł kres, głoszony proroctwem Sybilli -
Wielki szereg stuleci popłynie teraz od nowa.
(przeł. Zofia Abramowiczówna)

I
Zimą tuż po obiedzie zaczyna się zmierzch.
O  tej porze nietrudno głodnych wziąć za sytych.
Ziewnięcie wpędza proste zdanie do barłogu.
Suchy koncentrat światła -  śnieg -
olszynkę, którą doszczętnie zasypał,
skazuje na bezsenność, na dostępność oku

w ciemności. Coraz rzadziej w konwersacjach
wypływa róża albo niezabudka. Z gnuśną
werwą psy gonią za śladem, bo same
pozostawiają ślady. Noc do miasta wkracza
jak do pokoju, w którym malec usnął,
I pióro skrzypi, niby cudze sanie.

II
Przeciągnęło się moje życie. W długim
recytatywie zawiei wyostrzony słuch rozróżnia stały
temat zlodowacenia. Rozlewność kantylen
to nie więcej niż zamarzłe boogie-woogie.
Siarczysty mróz to tyle, co objawienie ciału
jego przyszłej temperatury, lub tyle,

co westchnienie, z którym Ziemia wspomina bogatą
swą przeszłość galaktyczną z jej okrutnym mrozem.
Nawet tu jak rzodkiewka kraśnieje policzek krwisty.
Kosmos zawsze się mieni ślepym połyskiem agatu
i, odbiwszy się odeń, słowa nadane Morsem
popiskują, nie zastając radiotelegrafisty.

III
W lutym fioletowieją zarośla wikliny.
Nieunikniona w profilu bałwana, drożeje
marchew. Ograniczony brwią,
wzrok lodowato odpycha zimny
metal przedmiotu -  inaczej spojrzenie
trzeba by razem z krwią

odrywać od obiektu. Kto wie, czy nie z taką
intencją patrzył na swe dzieło -  dnia ósmego
i później -  Stwórca? Zimą czasu starcza,
aby uszczelniać szpary strzępem pakuł,
wspólne dobro wyraźniej widać na tle śniegu
i każda rzecz staje się o rok starsza.

IV
Gdy mróz, chodnik powleka się szklistym karmelem.
Zamknięte niegościnnie domy śnią się rzadziej.
Z westchnieniem, nie z pocałunkiem, kojarzy się para z tchawic
Przeciągnęło się moje życie. Tak wiele
wróżebnych znaków, że starczyłoby ich w zasadzie
na drugie życie. Z samych znaków można by zestawić

klimat lub pejzaż. Najlepiej pejzaż bezludnych moren,
za koronką zamieci biały i dziewiczy -
świat, co nie słyszał o londynach i paryżach, świat,
gdzie rozproszone światło jest generatorem
codzienności, gdzie wzdrygasz się nagle, stwierdziwszy,
że i tutaj zostały po kimś ślady nart. (...)

VI
Przeciągnęło się moje życie. Zimno podobne do zimna,
czas -  do czasu. Jedyna bariera to ciepłe
ciało. Z uporem godnym najtępszych oślic
stoi na pograniczu, jak strażnik z karabinem
i podniesionym kołnierzem, zaciekle
nie pozwalając przyszłości

zlać się z przeszłością. Zimą w samej rzeczy
wtorek zrasta się z piątkiem. W ciągu dnia -  rozterka:
już zgaszone czy jeszcze nie włączone światła?
Raz na tydzień wychodzić mogłyby gazety.
Czas spogląda we wszystkie możliwe lusterka,
jak sopran, który nie wie, czy „Toska” to, czy „Traviata”.

VII
Gdy zimno, sny są dłuższe, obfitsze w detale.
Ruch koniem poprzez szachownicę kołdry
staje się żabim skokiem na chłodnym parkiecie.
I tym goręcej śni o ideale
ciało, wtulone w pościel nagim biodrem,
im srożej nad dachami szaleją zamiecie.

Śnią się wtedy nasturcje, potoki szumiące
w wąskich wąwozach, muchy, które z brzękiem
krążą ponad kredensem, roją się na ścianach:
święto koniuszków palców w niewoli ramiączek.
Potem wszystko ucicha. I tylko gorący węgiel
tli się w szarym popiele świtania. (...)

(1980, przeł. Stanisław Barańczak)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz