piątek, 3 lutego 2017

Miasto bezprawia (Ryan Gattis, "Miasto gniewu")

Polski tytuł powieści Ryana Gattisa pokrywa się myląco z oscarowym filmem Crash z 2004 roku, wyświetlanym pod takim właśnie tytułem, a również opowiadającym o konfliktach rasowych we współczesnym Los Angeles - i to nawet w podobnie polifonicznej narracji. Oryginalne Wszyscy wplątani lepiej koresponduje ze strukturą powieści, uplecioną z siedemnastu monologów ludzi uwikłanych w konflikty trzęsące meksykańską dzielnicą Miasta Aniołów. W gronie narratorskim dominują przedstawiciele (i przedstawicielki) gangów trzęsących okolicą, ale mówią też osoby spoza nich - pielęgniarka, strażak, policjant, młodociany grafficiarz. Stopniowo odsłaniająca się przed nami panorama to rozległe pole bitwy. Miasto bezprawia. Jest bowiem 29 kwietnia 1992 roku - ława przysięgłych właśnie uniewinniła czterech policjantów oskarżonych o pobicie czarnoskórego taksówkarza Rodneya Kinga. Wbrew oczywistym dowodom, bo istnieje nawet nagranie tego pobicia. Tym samym przelewa się czara frustracji kolorowej ludności z gett Miasta Aniołów. Tłumy wychodzą na ulicę, plądrując, bijąc i paląc. W tamtym momencie nikt jeszcze nie wie, że to największe zamieszki w XX-wiecznej historii Stanów. Potrwają sześć długich dni.

Ale Michael Gattis nie dąży do stworzenia kronikarskiego zapisu tego czasu. Większość jego opowieści rozgrywa się na uboczu głównych ognisk zapalnych zamieszek, jakkolwiek to właśnie one są pośrednim katalizatorem fabuły. Czas bezprawia jest bowiem czasem dogodnym do wyrównania rachunków między wspomnianymi skłóconymi gangami. Okrutny mord na trzymającym się na uboczu Ernesto Verze pociąga za sobą krwawą vendettę w wykonaniu jego młodszej siostry Lupe, a potem już spirala przemocy rozkręca się na całego. Jednak przyjęta przez autora odśrodkowa perspektywa szczęśliwie oddala ryzyko publicystycznego tonu, przesuwając środek ciężkości na emocje bohaterów. Słuchamy więc rozgorączkowanych monologów ludzi, który żyją z dnia na dzień w piekle dzielnicy, z dnia na dzień tracą bliskich, a jeśli pełnią służbę publiczną, jak pielęgniarka Gloria, są codziennie świadkami cierpienia innych. Ten zabieg udanie podnosi napięcie emocjonalne, a autorowi zamiast suchego komentarza społecznego pozwala stworzenie na dygoczącego dynamiką portretu tej zbiorowości z jej problemami, zależnościami, rytuałami, hierarchią. Odautorska krytyka sytuacji, która spycha na margines i deprawuje całą zbiorowość jest zbędna, gdyż ten podany bez znieczulenia, krwisty i przejmujący opis, naszpikowany gorzkimi obserwacjami i scenami przemocy, włożony wprost w usta bezpośrednich uczestników, podany na zbliżeniu, bez dystansu - mówi sam za siebie. Mistrzowski przekład tych napakowanych przeżyciami, zróżnicowanych językowo siedemnastu narracji jest dziełem niezawodnego Roberta Sudoła.

Przenikliwość obserwacji i metoda narracyjna Miasta gniewu nasuwa skojarzenia z wybitnym serialem Davida Simona The Wire (2002-2008, tyt. pol. Prawo ulicy), który w podobny sposób pokazywał członków murzyńskiej społeczności Baltimore. Gattis ponadto udanie wykorzystał wielogłos: mimo pozornego zachowania chronologii, poszczególne opowieści meandrują w retrospekcje, zazębiając się nawzajem. Niczym w Pulp Fiction albo Rashomonie oglądamy te same sceny z kilku perspektyw, co daje okazję do paru rewelacyjnych chwytów dramaturgicznych. Ale też ten kalejdoskop potrafi sprowadzić autora na mielizny, takie jak dwukrotne wykorzystanie chwytu ze śmiercią narratora. Za pierwszym razem robi to piorunujące wrażenie, za drugim oczywiste powtórzenie psuje efekt. Nie da się też nie zauważyć, że obok znakomicie nakreślonych portretów głównych rozgrywających, znajdziemy kilka zbudowanych ze zbyt oczywistych schematów.

(źródło)
Zamykając książkę chciałoby się mimo wszystko poznać dalsze losy wielu postaci, ale otwarte zakończenie jest w naturalny sposób wpisane w wycinkową konwencję powieści. Wszak byliśmy tylko świadkami kilku epizodów z życia getta, - z życia, które toczy się dalej bez nas, tak jak toczyło się do tej pory. Gattis pokazał, że za odstraszającymi realiami latynoskich rewirów Miasta Aniołów kryją się przeszywające ludzkie dramaty i ciągła walka o przetrwanie. W zawieszeniu pozostaje pytanie - co z tym zrobić. Pisarz na nie nie odpowiada, ale na swój sposób zwraca uwagę, dając mocny, bezkompromisowo naturalistyczny i - mimo drobnych niedociągnięć - niebywale poruszający emocje obraz tego świata.

Ode mnie: 5,0 / 6


Ryan Gattis, Miasto gniewu (All Involved) ; tł. Robert Sudół. Warszawa : Wydawnictwo Czarna Owca, 2016.

Książka dostępna w WBP w Lublinie



5 komentarzy:

  1. Wszyscy byli umoczeni, taki bym dał tytuł :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki. Pewnie by został oprotestowany jako mało sprzedażowy.

      Usuń
  2. Właśnie przeczytałem. Początkowo trochę marudziłem, gdy zorientowałem się że to nie jest reportaż, ale pierwsza historia dała takiego kopa całej książce, że nie mogłem się od niej oderwać. Mocna rzecz, która przede wszystkim opiera się na bohaterach, ale jakże miałoby być inaczej kiedy mamy narrację wieloosobową. Jestem ciekaw na ile przedstawione wydarzenia mogły mieć miejsce naprawdę. Fajnie by było gdyby dajmy na to Czarne wydało jakiś reportaż o tych zamieszkach, bo skala tego wydarzenia jest chyba jednak dla nas nie do ogarnięcia, a powieść Gattisa poprzez swoją fikcyjność pozostawia jednak mały niedosyt. No po prostu chce się więcej :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się w zupełności. Gattis o przebiegu samych zamieszek pisze stosunkowo niewiele - no ale co innego interesuje. Przydałaby się książka o samych "Todney King Riots", wtedy byłby pełny obraz sytuacji. Co prawda jest trochę materiałów w necie, w tym dużo zdjęć i przecież nawet nagranie pobicia samego Kinga, ale książka pozwoliłaby to czytelnikowi uporządkować. Zwłaszcza, że dla nas nie jest to tak znane wydarzenie jak u nich. Pozdrawiam.

      Usuń