piątek, 3 marca 2017

Lista nieobecności (Wojciech Tochman, "Schodów się nie pali")

Wszystkie opowiadania traktują w gruncie rzeczy o miłości.
(Robert McLiam Wilson)

Ta książeczka, wydana w 2000 r., niezbyt obszerna, w zasadzie niepozorna, była debiutem Wojciecha Tochmana. Dziś reporter ten jest znany głównie z reportaży zagranicznych - był w Bośni, Rwandzie, na Bali i na Filipinach. Ale ten pierwszy zbiór dotyczy niemal wyłącznie Polski (jest jeden wyjątek) i lat 90., kiedy Tochman zaangażowany był w poszukiwanie osób zaginionych, prowadził program Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie w TVP, był też założycielem Fundacji ITAKA. I to wyznacza jedną z dominant zbioru. Ale nie jedyną.


W odróżnieniu od takich zbiorów jak Polska odwraca oczy Justyny Kopińskiej czy Polak sprzeda zmysły Konrada Oprzędka - by posłużyć się najnowszymi przykładami - książka Tochmana nie traktuje o obyczajowości. W zasadzie nie jest też reportażem społecznym (znów - jeden wyjątek). Przyjęta tu perspektywa wykracza poza obserwację świata - jej tematem jest tak naprawdę obserwacja jednostki ludzkiej w jej najbardziej intymnym wymiarze. Aspekt społeczny schodzi na dalszy plan, ba - nawet przyczyny i przebieg kluczowych wydarzeń, takich jak zaginięcie Wandy Rutkiewicz na stokach Kanczendzongi, samobójstwo Stachury czy śmiertelne pobicie Grzegorza Przemyka, mają znaczenie drugorzędne. Tochman, niczym cierpliwy przyjaciel, pochyla się nad tymi, którzy pozostali - matkami, przyjaciółkami. Towarzyszy rodzeństwom z domów dziecka, poszukującym się po całym kraju. Rozmawia z bliskimi młodego polskiego franciszkanina, który zginął w Asyżu w trzęsieniu ziemi. Wysłuchuje dziewczyn cudem uratowanych z berlińskich burdeli, a także rodziny Agaty, której nie udało się wydobyć z buddyjskiego aśramu. Koncentruje się na wyciszonych relacjach, niesionych najbardziej osobistymi emocjami. Dzięki temu zaginięcie Rutkiewicz, tak jak jest widziane przez jej matkę, przeradza się w nieledwie metafizyczną opowieść o niezłomnej, nieustającej wierze w odnalezienie dziecka. Tochman dotyka niezgłębionych meandrów ludzkiej świadomości, o której tak naprawdę nie wszystko jeszcze wiemy. Tak dzieje się też w opartej na niedopowiedzeniach historii braci bliźniaków rozdzielonych w niemowlęctwie, a odnajdujących się po latach już w dorosłym życiu. Psychologiczne niuanse ich przeżyć wymagały wielkiego pisarskiego wyczucia, bo łatwo było nadmiarem konkretu zabić unoszącą się w powietrzu Tajemnicę. Nieobecność, bo taki jest tytuł reportażu, ociera się o wybitność. Ma w sobie coś z kina Krzysztofa Kieślowskiego, ze szczególnym wskazaniem na Podwójne życie Weroniki. O metafizykę ociera się także opowieść o młodym człowieku, którego przysypały gruzy Bazyliki Świętego Franciszka. To jedna z tych historii, które nieuchronnie wywołują pytania o Boga i przypadek. Z kolei niebywale przejmujący reportaż Bracia i siostry, poświęcony jest rodzeństwu (w sumie ósemce), które wyrokiem sądu odebrane rodzicom (argument - bieda) całą młodość spędziły na notorycznych ucieczkach z sierocińców, jest gotowym materiałem na film w stylu Wron Doroty Kędzierzawskiej. Nie wszystkie reportaże są równie magiczne, ale z wyjątkiem dosłownie kilku dość "zwyczajnych" (choć wciąż na bardzo wysokim poziomie) większość to teksty, które zapadają w człowieka na całe życie.

Wojciech Tochman Instytut
Wojciech Tochman, fot. Fi-fifilip © Instytut Reportażu,
CC BY-SA 3.0, via Wikimedia Commons
Gdyby w tej różnorodności szukać wspólnego mianownika, byłyby to miłość i tęsknota. To historie o różnych obliczach tych uczuć, o radzeniu sobie ze stratą bezpowrotną, ale też o desperacji w uratowaniu tych jeszcze nie całkiem straconych. O więzi z człowiekiem, którego istnienie tylko się przeczuwa. O nieodpartej potrzebie odnalezienia się i bycia razem, obojętne ile trzeba w tym celu poświęcić. O tym, jak trudno zrozumieć, kiedy z własnej decyzji człowiek znika (to przypadek narzeczonej Edwarda Stachury). Miłość ma tu różne oblicza, a więzi międzyludzkie splatają się w układy, zaskakujące nieraz samych bohaterów, jak choćby bohaterkę tytułowego Schodów się nie pali, adoptującą zdeformowanego i upośledzonego chłopca z sierocińca. Na swój sposób o tęsknocie mówi też reportaż poświęcony mieszkaniu Piotra Skrzyneckiego, założyciela Piwnicy pod Baranami - jakkolwiek tekst ten niezbyt pasuje do reszty. Nawet najbliższy reportażowi interwencyjnemu Czekam pod adresem: Berlin (o dziewczynach uprowadzanych do Niemiec) koncentruje się na emocjach, choć właśnie w nim najbardziej rozbudowany jest kontekst społeczny i okołopolityczny. To właśnie wspomniany na wstępie wyjątek, w którym charakterystyczna dla reszty zbioru intymna, wręcz introwertyczna perspektywa ulega rozszerzeniu.

Człowiek dla Tochmana pozostaje tajemnicą - i on tę tajemnicę szanuje. Stara się zrozumieć, opisać, ale nie obnaża. Wysłuchuje wyznań i nadaje im literacką formę, ale zachowuje dyskrecję. Waży słowa - tu w każdym zdaniu czuje się namysł nad jego kształtem. Niewiele znam książek równie oszczędnie i delikatnie napisanych. I równie mocnych.

Ode mnie: 5,5 / 6

Za książkę dziękuję Mikołajowi Marszyckiemu.


Wojciech Tochman, Schodów się nie pali. Wyd. 3. Warszawa : Wydawnictwo Dowody na Istnienie, 2016.

Książka dostępna w WBP w Lublinie


2 komentarze:

  1. Bardzo mnie zaciekawiłeś, szczególnie tym porównaniem do Kieślowskiego. Czy czytałeś inne reportaże Tochmana? Warto zaczynać od właśnie tego zbioru, czy też raczej autor jest tutaj mimo wszystko "tylko" debiutantem?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytałem tylko te polskie - poza tu opisanym jest jeszcze tom późniejszy pt. "Wściekły pies", równie dobry, naprawdę nie ustępuje poziomem. Istnieje też zbiór "Bóg zapłać", w który znajdują się reportaże z tych dwóch pierwszych tomów (ale nie wiem czy wszystkie) plus jeden premierowy (właśnie tytułowy). Zagranicznych tekstów WT nie czytałem, ale podobno też są wstrząsające.

      Usuń