piątek, 2 czerwca 2017

Zew Nowej Szkocji (Alistair MacLeod, "Utracony dar słonej krwi")


O autorze niniejszego zbioru (1936-2014) pisze się w niemal wszystkich anglojęzycznych źródłach jako o jednym z najwybitniejszych kanadyjskich prozaików. A przecież pozostawił po sobie ledwie 18 opowiadań i jedną, jedyną powieść. I właśnie wczoraj dzięki wydawnictwu Wiatr od Morza, które ciągu ostatniego roku wyrosło na mojego ulubionego wydawcę, właśnie trafił na polski rynek pierwszy zbiór opowiadań MacLeoda. Oryginalne wydanie ukazało się ponad 40 lat temu (1976); po nim w dużych odstępach czasu wyszły: drugi zbiór opowiadań (1986) i wspomniana powieść No Great Mischief (2000).

Kanadyjski pisarz całą swoją twórczość poświęcił rodzinnej Wyspie Cape Breton, mieszczącej się u wschodnich wybrzeży kraju, nieco na północ od Nowej Fundlandii. To trudna do życia kraina, o surowym klimacie, a jej mieszkańcy - w przeważającej liczbie przybysze ze Szkocji - od XIX wieku trudnili się głównie rybołówstwem i górnictwem. Splot wymagających warunków i szczególnych zawodów, trudnych i niebezpiecznych, stworzył specyficzny typ ludzi - twardych, ale nacechowanych wyraźnym fatalizmem. Te siedem historii ukazuje ich w czasie schyłkowym, w latach 70. ubiegłego wieku, kiedy tradycyjne zajęcia nieuchronnie odchodziły w przeszłość. Przekazywany od pokoleń etos rybacki czy górniczy tracił na znaczeniu, kopalnie uległy wyjałowieniu, połowy ryb i homarów zostały zmechanizowane. Przywiązanie do tradycji staje się dla młodego pokolenia brzemieniem od którego próbuje się wyzwolić, jak syn rybaka z najlepszego chyba opowiadania Łódź. Dotyczy to nie tylko sfery zawodowej, ale też całości egzystencji: dla sióstr tego chłopaka jedyną szansą na normalne życie jest wyrwanie się poza zaklętą wyspę.

Alistair MacLeod (źródło)
Ale opuścić Cape Breton także nie jest łatwo. Część człowieka zostaje na zawsze w tej chłodnej, ale uzależniającej krainie. Alternatywą jest wyjazd - nawet USA leżą niemal tuż za progiem - ale wyparcie się dziedzictwa "słonej krwi" pozostawia niemożliwą do wypełnienia pustkę. "Wypruwasz sobie w tej robocie flaki, a ona koniec końców łamie ci serce" - mówi jeden z bohaterów. Ale w wielkim świecie doganiają sny z młodości, przesiąknięte zapachem morza, zdominowane przez wietrzne, skaliste pejzaże. Na tej wiejsko-miejskiej dychotomii autor buduje sytuacje i obrazy, których treść byłaby może głęboko tragiczna, ale w ujęciu MacLeoda jest w tym piękno, choć przesiąknięte fatalizmem. Starannie unikając naiwnej idealizacji trudu prostych ludzi oddaje im hołd, który nawet jeśli operuje sentymentalizmem - to z wielką klasą, która przeradza te historie, w założeniu bliskie ustnej gawędy, w uniwersalne przypowieści o przemijaniu świata.

Dzieje się tak też dzięki stylowi. To szlachetna, oszczędna proza, w której nie ma zbędnych sytuacji, a każde zdanie ma swój ciężar. Jestem w stanie uwierzyć Wikipedii, że opowiadania te powstawały całymi miesiącami - podobno autor Łodzi pisał w wielkich odstępach czasu, ale bez żadnych skreśleń. Natomiast - co ciekawe - często dość wcześnie formułował ostatnie zdanie, traktując je jak "latarnię morską, do której zmierza w podróży przez tekst". Niestety do swojego ostatniego portu zawinął w 2014 roku, natomiast niech mi będzie wolno wyrazić nadzieję, że poznamy po polsku pozostałą jego twórczość. Bardzo bym sobie tego życzył.

Ode mnie: 5,5 / 6

Za książkę dziękuję wydawnictwu Wiatr od Morza



Alistair MacLeod, Utracony dar słonej krwi (The Lost Salt Gift of Blood) ; przeł. Michał Alenowicz. Gdańsk : Wiatr od Morza, 2017.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz