niedziela, 24 września 2017

Z niewielką pomocą moich przyjaciół (Robert McCammon, "Chłopięce lata")

Robert McCammon podobno pisze horrory fantasy. Nie wiem, nie znam gościa. Po Chłopięce lata sięgnąłem zupełnym przypadkiem, natknąwszy się na recenzję u Matki Polki Czytającej (szukałem zupełnie innego tekstu), a nie z miłości do tego gatunku. W każdym razie książka ta zawiera jak najbardziej elementy nadprzyrodzone wzięte z horroru - stwora z jeziora, sny, wizje, dość liczne zresztą. Ba - nawet klimaty murzyńskiego voodoo nie są obce autorowi. Ale nie jest to horror. Jest tu też mroczny wątek kryminalny. Właściwie leitmotiv, bo ani on nie dominuje, ani nie stanowi sedna fabuły - jedynie oś konstrukcyjną, obrośniętą innymi historiami. Nie jest więc kryminał.

Natomiast na pewno są Chłopięce lata książką o dorastaniu. 12-letni Cory Mackenson, śmigający na rowerze uliczkami małego miasteczka w Alabamie razem z Benem, Davym Rayem i Johnnym - trójką niezastąpionych przyjaciół - i przeżywający najbardziej soczysty okres dzieciństwa latem 1964 roku, odkrywa, że świat ma też swoje poważne strony, a życie to nie nieprzerwana zabawa. Choć z drugiej strony siła dziecięcych emocji, niekiedy przytłaczająco potężnych, i niezachwiana wiara we wpisaną w świat magię, potrafią zakrzywić rzeczywistość poza teoretycznie racjonalne granice. I trudno naprawdę rozstrzygnąć, czy owe nadprzyrodzone elementy naprawdę są nadprzyrodzone, czy to tylko splot okoliczności i dziecięcej wyobraźni. Gdzieś na styku "dorosłego" realizmu i niedorosłego "czucia" świata realizuje się ta opowieść, w której splata się niebywale zmysłowe i emocjonalne postrzeganie świata ze stopniowym pożegnaniem z dzieciństwem. W tym sensie Chłopięce lata to bildungsroman, klasyczna powieść o dorastaniu. McCammon, oddając na ponad 500 stron głos swojemu bohaterowi, cudownie autentycznie odtworzył nastoletnią perspektywę, a refleksje Cory'ego, choć nasycone mnóstwem niebanalnych prawd o życiu, nie tracą ani na moment dziecięcej spontaniczności. Innymi słowy - młody Cory nie posiada nadświadomości dorosłego autora. Jego poszukiwanie własnego miejsca w świecie jest na wskroś przekonujące i angażujące.

Jednocześnie, mimo tego co powyżej, jest to też książka o pamięci, o tym jak w dzieciństwie tkwią korzenie naszego dorosłego życia. Dzieje się tak też dlatego, że narracja Cory'ego w angażuje w szczególny sposób, wyzwalając w czytelniku takiego samego nastolatka, budząc dość zapomniane, na swój sposób atawistyczne i bezwstydne emocje. I uruchamia pamięć o własnych przeżyciach z analogicznego okresu. A mimo bogactwa obyczajowych konkretów, przekaz emocjonalny jest na tyle uniwersalny, że dla zaangażowania odbiorcy nie ma znaczenia, że nie mieszkał nigdy w Alabamie, a w 1964 roku nie było go na świecie.

Warto obejrzeć.
Bogactwo przeżyć emocjonalnych zapewnia wyjątkowo rozłożysta, bogata w epizody narracja. Opowieść Cory'ego, osnuta teoretycznie woków morderstwa, którego jest świadkiem, w rzeczywistości jest portretem całego mikroświata, w którym chłopiec się obraca, ze szczególnym uwzględnieniem trójki przyjaciół na śmierć i życie. To długi szereg scenek rodzajowych i równie długa galeria malowniczych postaci, z których składa się życie w Zephyr. Bogactwo szczegółów i dynamika (także emocjonalna) poszczególnych sekwencji nieuchronnie przywołuje mi na myśl podobnie meandrującą narrację w Na południe od Brazos - wyraźnie czuje się, że autorowi bardziej niż na opowiedzeniu fabuły, zależało na "opowiedzeniu" l u d z i. W tej menażerii szczególne miejsce zajmuje bogaty dziedzic Vernon, którego obecność czyni z Chłopięcych lat także opowieść autotematyczną - o pisaniu. McCammon pisze o nich wszystkich w taki sposób, że Zephyr, mimo jego mrocznych stron, nie chce się porzucać i z lękiem obserwuje się nieuchronne zbliżanie końcowej okładki. Furda otwierające morderstwo i mniejsza o związane z nim śledztwo Cory'ego - rollercoaster emocji jest tu tak intensywny, że niżej podpisany nieraz rechotał w głos, by pół godziny później autentycznie uronić kilka łez, co mu się niebywale rzadko zdarza. Humor sytuacyjny, dziecięca beztroska i upojna moc wyobraźni są zderzane z przemocą (także rówieśniczą), rasizmem (w końcu to amerykańskie Południe), czy po prostu niezrozumieniem dorosłych. A także śmiercią, bo i ona jest częścią życia, o czym z biegiem fabuły coraz intensywniej przypomina, pukając do drzwi domów bohaterów.

Istotnym elementem świata chłopaków z Zephyr jest otaczająca ich popkultura. Stąd wdzięczną materią jest szereg mniej lub bardziej czytelnych nawiązań w ślad za wyobraźnią Cory'ego, z lubością nurzającą się w filmach, książkach i komiksach. Od obrazkowych historii o kosmitach i superbohaterach, przez przepiękny pastisz W samo południe, aż po bardziej zakamuflowane odwołania do Zabić drozda - sieć odwołań jest tu niemal drugoplanową bohaterką.

Postacią wyjątkowo ważną jest Tom Mackenson, ojciec Cory'ego. Mężczyzna boryka się z traumą po tragicznym wypadku, którego ofiary nie zdołał uratować, co wytrąca go na wiele miesięcy z równowagi. Jednocześnie człowiek ten nie przestaje być ojcem - autorytetem i być może najważniejszym gwarantem porządku najbliższej części świata w oczach chłopca, którego oczami go przecież obserwujemy. Pęknięcie, z którego chłopiec zdaje sobie sprawę, i walka o wymierzenie sprawiedliwości, to napięcie między zachwianiem psychiki a wiernością wyznawanym zasadom, opisane z wielką klasą i wyczuciem, czyni z Toma Mackensona najpiękniejszy portret ojca jaki spotkałem w literaturze od czasów Atticusa Fincha. Obaj bohaterowie mają pewne elementy wspólne, i to podobieństwo jest w oczywisty sposób intencjonalne. Ale fakt ten nie odbiera ojcu Cory'ego sugestywności i głębi, a perspektywa z jakiej z nim obcujemy czyni odbiór tej postaci wyjątkowo silnie angażującym.

Też warto obejrzeć.
To samo można odnieść do całej powieści. Niemała w tym zresztą zasługa tłumaczki, bo przekład jest tu niebywale potoczysty, lekki jak piórko, doskonale oddający stan ducha i umysłu 12-letniego, wrażliwego i ciekawego świata chłopaka. Racjonalnie rzecz biorąc Chłopięce lata być może nie są arcydziełem literatury, a jedynie kolejną emanacją nostalgicznego nurtu w kulturze. Można tu wymienić kultowy dziś serial Cudowne lata, głośne opowiadanie Stephena Kinga Ciało (do którego powieść McCammona jest nieco podobna w założeniach), oparty na nim film Stand By Me, czy najnowszy, ufundowany na tej samej nostalgii post-spielbergowski film J. J. Abramsa Super 8 (oba zresztą znakomite). Nie ujmuje to jednak mocy i subtelności dziełu McCammona. Ładunek emocjonalny w nim zawarty jest tak wielki, że mój analizator krytyczny odmówił współpracy. To jedna z tych książek, którym chce się wystawić 7 punktów na 6 możliwych, a przy tym i tak czujemy, że to nie odda stanu rzeczy. Bezapelacyjne zasługuje na dołączenie do mojego prywatnego panteonu - dlatego obok kowbojów z Na południe od Brazos (tak, tak!) i mieszkańców Skiroławek i Ulvertonu, znajdzie się miejsce dla tych czterech chłopaków na rowerach.

Ode mnie: 6 / 6

PS. O książce, jak wspomniałem na wstępie, przeczytałem u Matki Polki Czytającej (dzięki ogromne!). Później odkryłem, że pisało już o niej mnóstwo osób, m.in. Padma, Ann RKOlgaHadyna, Zacofany w Lekturze, Adrian. Agnieszka uznała ją za książkę roku 2014. I też chciała wystawić 7 na 6 (przysięgam, nie widziałem tego wcześniej, ale nie będę już zmieniał). I to z pewnością nie są wszyscy.


Robert McCammon, Chłopięce lata (Boy's Life) ; przeł. Maria Grabska. Warszawa : Wydawnictwo EM, 1996. [II wyd. pt. Magiczne lata. Słupsk : Papierowy Księżyc, 2012.]




17 komentarzy:

  1. Tak, tak i tak. Ja szczęśliwie nie wystawiam punktów, ale i tak była to książka roku u mnie :)
    Na dodatek chyba jedyna, której recenzję miałem pisaną na bieżąco, przed skończeniem czytania.
    PS. Literówka na samej górze, Cory ma 12 lat.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki za korektę. Ja pisałem już po zwrocie do biblio, a mój egz. jeszcze nie przyszedł, więc trochę z pamięci pisałem. I byłem prawie pewien, że 12, a tu patrzę w Wiki, a tam "Cory Mackenson shares with the reader his experiences in the fourtenth year of his life".

    Wszyscy o niej piszą z przejęciem, ja w sumie czytałem te recenzje -
    poza jedną - dopiero po napisaniu, i zdrowo mnie zaskoczyło. Twój tekst mi wtedy umknął, a przecież zaglądam regularnie. Pewnie machnąłem ręką przez motywy fantastyczne, do których podchodzę z rezerwą. Czasem się to mści, warto zachować głowę otwartą :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie chce mi się zaglądać do własnego tekstu, ale raczej na pewno nie ekscytowałem się elementami fantastycznymi, przypisując je wybujałej wyobraźni chłopców :) A trudno o tej książce nie pisać z przejęciem, skoro człowieka cofa o 30 lat wstecz, rzadko można wsiąść w takich wehikuł czasu.

      Usuń
  3. Kiedyś napiszę notkę o tej książce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dawno temu obiecałaś . No ale masz zasługę, bo to od Ciebie się o niej dowiedziałem :D

      Usuń
    2. Bardzo się cieszę, że książka tak Ci spodobała. Ja nadal o niej myślę i polecam wszystkim miłośnikom dobrej literatury. To cudowna, pełna magii opowieść o dzieciństwie. Pozdrawiam serdecznie i do miłego zaczytania. Dominika.

      Usuń
    3. Ode mnie? No to super :) W podsumowaniu była, prawda?
      Dlatego warto pisać podsumowania!

      Usuń
    4. No od Ciebie. I dyskutujemy o tym po raz kolejny :D Weź się jednak w końcu ogarnij, to podyskutujemy po raz trzeci.

      Usuń
    5. No ja dopiero jak odkopałem tamto podsumowanie, dowiedziałem się, że są książki, o których Agnes nie potrafi napisać ;) Ale chyba każdy takie ma. Ale najlepsze, że ja coś tam śleptam na tych blogach, a jak przyjdzie co do czego to przeoczę...

      @Dominika A wiesz, że ja byłem ciekaw zupełnie innej recenzji - z MacLeoda? Wspomniałaś o nim u kogoś w komentarzu i byłem ciekaw, bo mnie mocno podbił, co zwłaszcza przy opowiadaniach nie jest łatwe. I w zasadzie do przeczytania "Chłopięcych lat" był murowaną książką roku...

      Usuń
    6. Piotr, to robimy tak: ty czytasz Olgę i osty, ja sobie odświeżę Chłopięce lata i za miesiąc, ogarnięci, publikujemy notki. Stoi? :)

      Usuń
    7. Nie bądź taka sprytna, ja o McCammonie pisałem, a Ty o Oldze nie, bo wyszukiwarka nie pokazuje :P

      Usuń
    8. Bo dopiero co skończyłam! Dwa dni temu. Jeszcze nie zdążyłam nic napisać.

      Usuń
    9. :D W ciągu miesiąca nie dam rady. W ciągu roku może?

      Usuń
  4. Z opowiadaniami bywa różnie, są doskonałe i absolutnie kiepskie. Tak na marginesie, uwielbiam opowiadania Iwaszkiewicza, ale przyznaję, że MacLeod mnie zachwycił. Dobrze znaleźć w literaturze coś nowego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Iwaszkiewicz mnie akurat nie przekonał, może tylko "Panny z Wilka". Po opowiadania sięgam rzadko, a aż do MacLeoda najbardziej podobał mi się W. S. Maugham, ale to było ze 20 lat temu.

      Usuń
  5. A to ciekawe. Czytałem sporą część tych recenzji, ale dopiero, gdy rzuciłem okiem na okładkę ze starym tłumaczeniem tytułu, to skojarzyłem z filmem z Wilem Wheatonem. Nie oglądałem do co prawda, ale z tego, co mi wiadomo, to jest jeden z żelaznych punktów dorastania w USA, taki film, który tam niemal wszyscy oglądają w pewnym momencie.

    I teraz mam na tę książkę jeszcze większą ochotę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Stand By Me" jest kapitalne, warto obejrzeć. Ja odkryłem dzięki temu tekstowi. Z kolei po obejrzeniu "Super 8" doszedłem do wniosku, że do ekranizacji "Chłopięcych lat" najbardziej nadawałby się J. J. Abrams. Skądinąd raczej tylko formuła serialu pomieściłaby fabułę. To by było coś. Aż dziwne, że jeszcze nikt się za to nie zabrał.

      Okładka i tytuł (bliższy oryginałowi) są dużo lepsze w pierwszym wydaniu. I to ostatecznie też nabyłem :)

      Usuń