piątek, 12 stycznia 2018

Tomasz Jopkiewicz: "Nie ma raju w Montanie"

¡UWAGA! ¡WARNING! ¡ACHTUNG! ¡ВНИМАНИЕ! 
- ARTYKUŁ ZAWIERA KRYTYCZNE SPOILERY
"NA POŁUDNIE OD BRAZOS"!


Larry McMurtry z mistrzowską precyzją opisuje umieranie ludzi i agonię tradycji. Ale ani cynizm, ani rozpacz w jego utworach nigdy nie triumfują.


Jednym z najbardziej wstrząsających fragmentów powieści "Na południe od Brazos", a także jej telewizyjnej adaptacji, jest długie konanie Augustusa McCrea. Augustus /w filmie gra go Robert Duvall/, przebiegły i waleczny "człowiek prerii", zostaje zraniony w przypadkowej potyczce z Indianami. I McCrea umiera - rezygnując z możliwości ratowania życia kosztem kalectwa. Umiera dumnie, załatwiając wszystkie sprawy, które uważa, iż muszą być załatwione. Zroszoną potem, wykrzywioną wysiłkiem, ale i zdecydowaną twarz Duvalla zapamiętuje się na długo. Odbija się w niej odczucie nieuchronności zdarzeń i hamowane wzruszenie. Oto znak firmowy McMurtry'ego zwanego przez krytykę "pisarzem, który z westernu uczynił literaturę". Na czym polega oryginalność jego twórczości i tajemnica sukcesu?

"Hud, syn farmera": Paul Newman i Melvyn Douglas
Pozornie McMurtry należy do licznej rzeszy tych, którzy odnieśli sukces gorzko przewartościowując westernowy mit. Ale to przewartościowanie nie było nigdy jednoznaczne ani radykalne. W pisarstwie McMurtry'ego zawsze był przecież silny ton tęsknoty za odchodzącym mitem surowych, prostych, pionierskich wartości. Jeszcze na długo przed powstaniem najgłośniejszej i chyba najważniejszej jego powieści, wyróżnionej Nagrodą Pulitzera - "Na południe od Brazos" /Lonesome Dove, 1985/, pisarza nurtowały już te właśnie kwestie. W 1961 roku powstała powieść "Horseman, Pass By", która rok później doczekała się głośnej filmowej wersji "Hud, syn farmera" w reżyserii Martina Ritta z Paulem Newmanem w roli tytułowej. Hud to syn teksaskiego ranczera-magnata /Melvyn Douglas/. Ojciec, który jest swoistym uosobieniem przeszłości, patrzy bezsilnie na coraz szybszą zagładę "swojego" świata. Hud buntuje się przeciw ojcu, którego autorytet przytłacza go, bezsilność doprowadza do wściekłości. A jednocześnie zaś chyba skrycie ojca podziwia. Sam Hud żyje w świecie, gdzie pozostały tylko ułomki dawnych wartości, gdzie brutalny kult pieniądza i użycia zastępuje archaiczny kodeks pionierów. Nie potrafi opuścić Teksasu, czuje, że należy do tego miejsca, które wydaje mu się najgorszym z najgorszych. Tkwi więc zrozpaczony, coraz bardziej wściekły, ale w jakiś dziwny sposób szczęśliwy. "Huda" wkrótce po premierze odczytywano jako okrutne requiem dla świata, który bezpowrotnie odszedł. Ale sprawa nie wydaje się taka prosta.

"Ostatni seans filmowy": Timothy Bottoms i Ben Johnson
To, co umiera, zawsze pozostawia ważne ślady - powiada McMurtry. Western jako gatunek nie ma prawie nic wspólnego z realizmem. Nie w tym tkwi jego siła - tkwi ona w możliwości tworzenia rzeczywistości mitycznej - taką myśl, wydawałoby się, oczywistą, wypowiedział kiedyś McMurtry. I jego pisarstwo - tak konkretne, zmysłowe, otwarte na realistyczny szczegół, często boleśnie bezpośrednie oraz błyskotliwie ironiczne - tę prawdę potwierdza. Ale w sposób szczególny. Dobrze to widać w dwóch filmach opartych na prozie McMurtry'ego. W słynnej adaptacji z 1971 roku nie mniej słynnej powieści napisanej pięć lat wcześniej - "Ostatni seans filmowy", wyreżyserowanej przez Petera Bogdanovicha, dał McMurtry portret gnuśnej, teksaskiej prowincji z lat 50. Portret okrutny i jednocześnie pełen wyrozumiałości. Jedną z najważniejszych postaci, autorytetem dla dorastających chłopców, jest tu niejaki Sam Lew, stary i chory właściciel sali bilardowej. Ma on w sobie niepokojącą charyzmę, związaną nie tylko z otaczającą go aurą śmierci - Sam jest chory, w końcu umiera cicho, gdzieś poza kadrem. Odczuwamy to jako wielką stratę. Sam bowiem jest kimś wyjątkowym - to żywe wcielenie i wspomnienie mitu. Kiedyś, dawno temu, był kowbojem, dlatego nawet teraz, stary i sterany, ciągle ma w sobie coś z szorstkości człowieka prerii. Sam patrzy przenikliwie i uczy chłopców oceniać sprawy według jasnych kryteriów, wśród których lojalność i przyjaźń są najistotniejsze.

Pamięć o Samie będzie trwała wśród jego młodych przyjaciół i wywrze na nich większy wpływ niż sami skłonni byliby przyznać. Może to właśnie w dużej mierze duch Sama skłoni ich do tego, by ocalili swoją przyjaźń. Nie bez znaczenia będzie też fakt, że w zamykanym właśnie kinie bohaterowie obejrzą "Rzekę Czerwoną" Howarda Hawksa z Johnem Waynem i Montgomerym Cliftem. Odchodzący w przeszłość mit niepostrzeżenie wywiera jednak swój wpływ nawet na tych, którzy go coraz bardziej lekceważą.

"Montana": Lea Thompson i Richard Crenna
Podobną sytuację przedstawia McMurtry w telefilmie "Montana" /1990, reżyser William A. Graham/ zrealizowanym na podstawie jego oryginalnego scenariusza. Tu swoistym odpowiednikiem Sama Lwa jest farmer grany przez Richarda Crennę. Znowu mamy tu charakterystyczną dwoistość - bohater grany przez Crennę jest na pozór nieodpowiedzialnym błaznem, starzejącym się mężczyzną, broniącym się przed rzeczywistością. A rzeczywistość Montany to przede wszystkim przemysłowe farmy i nowoczesne, bezduszne, rolniczo-hodowlane kombinaty zastępujące rancza z całym ich tradycyjnym rytuałem pracy. Walka z tym stanem rzeczy jest skazana na klęskę. I tym razem bohater McMurtry'ego umiera, ale odchodząc pozostawia za sobą pamięć, która trwa wśród żyjących.

"Na południe od Brazos":
Robert Duvall i Tommy Lee Jones
W utworach McMurtry'ego rozegranych już ściśle w realiach Dzikiego Zachodu powracają podobne motywy jak w "westernach współczesnych", tyle że w charakterystycznym odwróceniu, niemalże lustrzanym odbiciu. Najoczywistszym przykładem są powieść i serial "Na południe od Brazos". Klasyczny temat i epicka narracja oraz, na pozór, obrazoburcza i demitologizująca treść. Fabuła "Na południe od Brazos" spełnia eksploatowaną od lat westernową formułę - jest to opowieść o pełnej niebezpieczeństw wędrówce. Chodzi tu o wielki spęd bydła z Teksasu do dziewiczej jeszcze Montany. Ta wędrówka, prowadzona przez dwóch dawnych teksańskich rangersów - Woodrowa Calla /Tommy Lee Jones/ i Augustusa McCrea /Robert Duvall/ - nie ma jednak w sobie nic z triumfu, jest to właściwie droga ku klęsce. Próżno szukać tu ducha dumnej zdobywczości, czy spełnienia romantycznej nadziei na odzyskanie "raju utraconego". Sami inicjatorzy przedsięwzięcia traktują je bardzo sceptycznie. Montana to nie raj, to tylko miejsce, gdzie już za chwilę dotrze cywilizacja. Nie ma co się łudzić, że powstanie tam życie oparte na doskonalszych, surowych, pionierskich zasadach. A cena wędrówki jest wysoka - śmierć, rozczarowanie, fizyczne i psychiczne cierpienia. Mit rodzinnej czy też przyjacielskiej solidarności "ludzi na szlaku" też jest wątpliwy. Uczucia - silne zresztą i szczere - zaślepiają. Ludzie przeznaczeni sobie mijają się, przez lata nie umiejąc wydostać się z psychologicznych i uczuciowych pułapek. Czyż byłby więc to "czarny" obraz, rozprawa o kłamstwie mitu? Nie - ponieważ ten mit jednak pozostaje. Bierze się z godności życia na szlaku i z godności umierania. Albowiem śmierć jest, wbrew pozorom, heroiczna i stanowi dopełnienie swoistego, honorowego kodeksu. Taka jest śmierć Augustusa człowieka, który chce uporządkować sprawy swoje i przyjaciół. Śmierć Murzyna-przewodnika /Danny Glover/ niby absurdalna, też jest w gruncie rzeczy heroiczna - w pełnym przemocy świecie chciał on stosować się do ważnych zasad. Zginął, ratując niewinne życie. Wreszcie śmierć Jake'a Spoone'a, powieszonego przez przyjaciół. Ale temu okrutnemu aktowi sam Jake /Robert Urich/ nadaje sens, przyznając rację surowemu wyrokowi. Złamał niepisany kodeks, uległ własnej słabości, uległ złu. 

Śmierć jako ukoronowanie "wędrówki" ma głęboki sens, także dla żyjących. Kodeks moralny istnieje. Tyle tylko, że nie jest to kodeks -jak w dawnych-westernach bywało - pełnych wiary zdobywców. To twardy kodeks wędrowców, dla których sama wędrówka staje się celem. Duch walki, duch irracjonalnego zmagania się z przeciwnościami pozwala owym wędrowcom czuć, że żyją choćby przez chwilę życiem pełnym. Oni wszyscy kierują się mitycznym kodeksem Zachodu, o którym niechętnie mówią, ale który dzięki ich postępowaniu staje się rzeczywistością.

W bardzo różniących się od "Na południe od Brazos", powieściach McMurtry'ego z Dzikiego Zachodu - "Wszystko dla Billy'ego" /1988/ i "Dziewczętach z prerii" /1990/ mamy do czynienia z odmienną stylistyką, ale ze zbliżonym punktem widzenia. Obydwa utwory opowiadają - w przeciwieństwie do "Na południe od Brazos" - o postaciach skrajnie zmitologizowanych.

"Dziewczęta z Dzikiego Zachodu": Sam Elliott i Anjelica Huston
Pierwszy - o Billym Kidzie, drugi - o Calamity Jane, Wild Billu Hickocku, Buffallo Billu. U McMurtry'ego te postaci tracą swój mityczny, ba, często nawet heroiczny wymiar. To żywi ludzie pełni wad, nie zdający sobie przeważnie sprawy, że stają się częścią legendy. W "Dziewczętach z prerii" życie bohaterów jest znaczone rozczarowaniem i umieraniem. Calamity Jane, której życie wewnętrzne dobrze poznajemy dzięki listom-monologom do wyimaginowanej córki, jest postacią tyleż trywialną, co tajemniczą. Czy jej skrajnie "niehigieniczny" tryb życia ma głębsze przyczyny? Czy rojenia o romansie z Hickockiem i o córce to próba wypełnienia uczuciowej próżni? Czy wreszcie - Calamity była hermafrodytą? Otóż McMurtry drażniąc czytelników tymi pytaniami, znowu je, swym zwyczajem, oddala, unieważnia. Ważne jest co innego. Calamity Jane nie dorastała wprawdzie do owego mitu, ale i ona, i jej przyjaciele kierowali się paru prostymi, cennymi zasadami wynikającymi z wędrownego życia na Zachodzie. Nie zdradzić przyjaciół i starać się im pomóc w potrzebie. To czasem cenniejsze niż tandetny mit. Niestety, tej wyrafinowanej, subtelnej i konsekwentnej wizji McMurtry'ego nie zrozumieli zbyt dobrze adaptatorzy powieści. Miniserial "Dziewczęta z Dzikiego Zachodu" /l994/ Roda Hardy' ego ześlizguje się w kierunku banalnego melodramatu i monumentalizowania bohaterów. Tak więc Calamity Jane /świetna Anjelica Huston/ jest nie tylko "kobietą na szlaku", ale przede wszystkim matką walczącą o odzyskanie swego dziecka. Buffalo Bill, a zwłaszcza Wild Bill Hickock nabierają zdecydowanie rysów tradycyjnie upozowanych herosów.

Larry McMurtry nigdy nie przekracza granic melodramatu, nie ucieka się do łzawych pocieszeń. Jego wizja na pozór gorzka i demitologizująca, jest w gruncie rzeczy optymistyczna. Nakłady, jakie osiągają książki McMurtry'ego i widownia, którą gromadzą filmy realizowane według jego prozy, każą przypuszczać, że jego wizja Zachodu, która jest zarazem po prostu wizją świata, znajduje jednak zrozumienie. Może dlatego, że tę gorzką i pozbawioną złudzeń wizję przenika nadzieja. Nadzieja na to, że w pełnym chaosu i zgiełku świecie nie można wprawdzie uniknąć cierpień, ale można uniknąć podłości. Trzeba tylko chcieć.

TOMASZ JOPKIEWICZ
("Film" 1995 nr 12, s 76-77)



Dziękuję Autorowi za udzielenie zgody na publikację tekstu. - MS



5 komentarzy:

  1. Bardzo dobry i ciekawy tekst. Nabrałem jeszcze większej ochoty na pozostałe książki McMurtry'ego - chociaż po samej lekturze i Twoim posłowiu i tak już mocno zostałem zachęcony. Liczę bardzo, że kiedyś się u nas pojawią w Polsce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kilka jest, choć w większości przypadków koszmar graficzny okładek może zrujnować odbiór i spowodować trwały uszczerbek na zdrowiu (zęby bolą, oczy krwawią, załamanie nerwowe itp.). Niezależnie od tego "Ostatni seans filmowy", "Wszystko dla Billy'ego" i "Dziewczęta z prerii" będę kiedyś recenzował, ale nie mam pojęcia kiedy. O "Horseman, Pass By" już pisałem - piękna książka, mogła by w końcu wyjść po polsku... No i nie ma oczywiście reszty o ferajnie z Lonesome Dove.

      Usuń
    2. Ja w sumie napisałem na skróty pisząc, że może kiedyś u nas, bo wiem, że część z tego u nas jest, ale chodziło mi właśnie też o wznowienie tego w dobrym wydaniu. Kto wie, może Vesper się szarpnie. Ale na razie bazują na klasyce fantastyki w tym roku, jak widzę. :)

      Usuń
  2. Bardzo ciekawy artykuł. Muszę w wolnej chwili ogarnąć ten miniserial, tym bardziej, że jest on chyba bardzo wiernym odwzorowaniem książki - mam rację?
    Pierwszy akapit spowodował, że znów mnie bardzo mocno zakuło w serduchu... Nienawidzę tego momentu.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo miło, że autor zgodził się na publikację. Ciekawy artykuł. Ja muszę zaś w końcu wybrać kolejną książkę McMurtry'ego do przeczytania... Bo nie łudzę się wielce, że którekolwiek z filmów obejrzę w najbliższym czasie.

    OdpowiedzUsuń