Przejdź do głównej zawartości

Sól we krwi (Carsten Jensen, "My, topielcy")

Dzieło duńskiego prozaika teoretycznie nie wykracza poza jakościowe ramy podobnych sag, ale jego szorstki styl i chmurna aura na długo pozostają w pamięci.




Duńskie miasteczko Marstal leży na niepozornej wyspie w południowo-wschodniej części kraju, na Bałtyku. Jego mieszkańcy to od pokoleń marynarze i rybacy (a w przypadku kobiet - żony marynarzy i rybaków), których żywioł karmi i dociska, daje życie i je odbiera. Właśnie kilku pokoleniom ludzi morza, żyjących między 1848 a 1945 rokiem, przygląda się pochodzący z Marstal pisarz Carsten Jensen. Jego gawędę otwiera więc stylowa morska batalistyka z I wojny o Szlezwik, a zamyka zakończenie II wojny światowej, ale pisarska ogniskowa skupia się przede wszystkim na szeregowych uczestnikach - skala makro tych wydarzeń pozostaje szerzej nieopisana. Stąd z tego pierwszego konfliktu wynosimy historię Laudrisa Mardsena, który wyleciał w powietrze i powrócił dzięki marynarskim butom, a największy konflikt XX wieku obserwujemy z perspektywy rorzuconych po świecie marynarzy i oczekujących na nich rodzin. Pomiędzy tymi etapami śledzimy kilkanaście historii, w których charaktery twardnieją w zimnym wietrze, szorstkie skandynawskie wychowanie łatwo przeradza sie w przemoc, a w zmieniających się czasach ster dziejów miasteczka nieoczekiwanie przejmują kobiety. To jedna z tych narracji wywiedzionych wprost z tradycji wielkiej XIX-wiecznej epiki - realistyczna, linearna, oszczędna stylistycznie (choć przy tym trafnie wyważona między dynamiką i zadumą). Niejednego bohatera poznamy od dzieciństwa po kres życia, nad wszystkimi zaś wisi morskie fatum, obojętne i ślepe - stąd ów kres następuje często nagle i głęboko pod powierzchnią żywiołu.

Obszerne, bo mające ponad 800 stron dzieło duńskiego prozaika teoretycznie nie wykracza poza jakościowe ramy podobnych sag, ale jego szorstki styl i chmurna aura na długo pozostają w pamięci. Jensen potrafi nadać mityczny wymiar ludzkim namiętnościom nie odbierając im surowości, dostrzec poetycki wymiar w prozie egzystencji, a w nieustannie wydłużającym się łańcuchu zmarłych odnaleźć motywację dla żyjących. Nieco epizodyczna struktura Topielców nasuwa skojarzenia z wybitnym Ulveronem Adama Thorpe'a, choć Jensen nie ma takich ambicji językowych jak twórca angielski. Siłą jego prozy jest natomiast wyjątkowy marynistyczny klimat, słony i szorstki, i zaduma nad ludzkimi zmaganiami z losem. Styl i aura sytuują go nieopodal nowofundlandzkich pisarzy ze stajni Wydawnictwa Wiatr od Morza, czyli Alistaira MacLeoda i Michaela Crummeya. Widać wyraźnie, że doświadczenie życia w bezpośrednim sąsiedztwie morza, niezależnie od półkuli globu, odciska to samo, nieusuwalne piętno.

Ode mnie: 5,0 / 6


Carsten Jensen, My, topielcy (Vi, de druknede); przeł. Jwona Zimnicka. Warszawa: Wydawnictwo W.A.B., 2008.



Komentarze