Nawet w czasach tektonicznych wstrząsów życie nie przestaje się toczyć, a pamięć nie składa się wyłącznie z ran.
W swojej szóstej już książce Maciej Hen (rocznik 1955) wraca do własnego dzieciństwa, by opowiedzieć skrawek historii w skali mikro. Warszawa lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, portretowana z godną podziwu spostrzewczością i pamięcią do szczegółów, jest tu przestrzenią pozornie zwyczajną: szkoła, podwórko, dom, radio. Co czyni wyjątkową tę akurat rodzinę to zanurzenie w kulturze, wszak ojciec młodego Maćka to pisarz-erudyta, stąd chłopiec dorasta w niezwyczajnej w jego wieku świadomości dzieł sztuki - od Beatlesów, przez Prousta, po Rubensa. Nierzadko więc przekłada własne, uroczo sensualnie ale z żartobliwym dystansem ujęte doświadczenia chłopięcego życia emocjonalnego, na ich odbicie w sztuce. Do pewnego zresztą momentu te przeżycia per se nie wykraczają poza uniwersalne doświadczenia dorastającego małolata - może poza towarzyszącym im otoczeniem, a dokładnie przewijającymi się w świecie Maciusia postaciami znanymi z katalogów bibliotecznych, jak Adam Bahdaj, Hanna Ożgowska, później Maciej Słomczyński ("zgryźliwy rudzielec"), czy Witold Wirpsza. No i poza epizodycznymi występami w filmach. Nie mogło w tym wszystkim zabraknąć, rzecz jasna, fascynacji muzyką Beatlesów, która w dorosłym już życiu zaowocowała arcyciekawą książką.
Ale pod tą codziennością powoli zbiera się mrok, przemoc, której źródeł dziecko początkowo nie potrafi zrozumieć, Antysemityzm wydarzeń marcowych ’68 nie wkracza w opowieść z hukiem, Hen nie czyni też przy tej okazji wykładu z historii, konsekwentnie trzymając się indywidualnej perspektywy wczesnego nastolatka. To raczej pęknięcia w świecie, który dotąd wydawał się stabilny. Ktoś znika z klasy (jak Monika Unger, córka Leopolda), dla kogoś przestajesz być "swój", narasta przemoc rówieśnicza - słowna i fizyczna, kolejni znajomi rodziców "podają na wyjazd". Historia wdziera się tu w życie nie przez wielkie słowa, ale przez indywidualne doświadczenie agresji, z którym chłopak próbuje sobie radzić najlepiej jak potrafi (jak w scenie z papierosem i "jogą").
Jednocześnie Tratwa... nie jest książką ponurą. Autor z czułością zapisuje drobiazgi: zapachy, gesty, często podszyte komizmem spotkania rówieśnicze, więź z rodzicami, rozmowy z innymi ważnymi członkami rodziny. To one budują przeciwwagę dla historycznego ciężaru. Hen zdaje się mówić: nawet w czasach tektonicznych wstrząsów życie nie przestaje się toczyć, a pamięć nie składa się wyłącznie z ran. Mimo wszystko młody Maciek kończy podstawówkę i rozpoczyna nowy etap.
Warto tę książkę czytać bez pośpiechu, by nie umknęła jej zmysłowość i drobne smaczki poszczególnych scen. O ile o gomułkowskiej rzeczywistości w skali makro jest dużo opracowań, to jej codzienne doświadczenie ożywa właśnie w indywidualnych wspomnieniach. To niezwykle cenne, że ktoś potrafi przelać je na papier.
Ode mnie: 5 / 6
Maciej Hen, Tratwa z pomarańczami. Wydawnictwo Filtry, Warszawa 2025.
Komentarze
Prześlij komentarz
Co myślisz?