czwartek, 29 maja 2014

Gdyby (Alfred Andersch, "Spisek w Winterspelcie")



Indywidualne odkrycie literackie blogera m.k.e., autora subiektywnych recenzji. Stamtąd podchwycił je Grzegorz Krzymianowski, a niżej podpisany sam nie pamięta od którego, bo czytuje regularnie ich obu. Krzykną więc zaraz mądre gremia, która skąd fraza jest ściągnięta, ale mimo to spróbuję dodać coś od siebie. "Winterspelt" jest mianowicie czymś na kształt skrzyżowania twórczości Hansa Helmuta Kirsta z metaliteraturą. Andersch przedstawia sytuację negocjacji warunków hipotetycznej kapitulacji niemieckiego majora przed  aliantami w Ardenach, jesienią 1944 roku, tuż przed wielką ofensywą Wehrmachtu. Sięga przy tym również o kilkadziesiąt lat wstecz w życiorysy bohaterów, podobnie jak Kirst w "Fabryce oficerów", analizując miejsce hitleryzmu w historii Niemiec. Ale osią centralną pozostaje perfekcyjnie poprowadzona intryga negocjacji kapitulacyjnych, rozpisana na dosłownie kilka osób po obu stronach krótkiego odcinka frontu. Zapleciona w misterny gobelin, w którym równie wielkie znaczenie odgrywają precyzyjnie wygrane niuanse psychologiczne bohaterów, jak i ślepy przypadek, splot okoliczności.
Żonglerka fikcyjnymi dokumentami, narracja równoległa, ciągła zmienność perspektyw, nagłe stopklatki i poprowadzone w środku sceny rozbudowane dygresje - pozwalają Anderschowi na analizę stworzonej przezeń sytuacji niczym w warunkach laboratoryjnych. To trochę tak, jak oglądanie mrówek pod lupą. Ponadto - i tu sprawa odróżniająca "Winterspelt" od reszty podobnej literatury wojennej - niemiecki pisarz niemal na każdym kroku podkreśla fikcyjność stworzonej przezeń sytuacji, jej czysto teoretyczną potencjalność, co zbliża szamotaninę bohaterów do teatru marionetek. W istocie taki spisek kapitulacyjny nie miał miejsca - i Andersch ani na chwilę nie pozwala o tym zapomnieć. Kluczowe stwierdzenie jego książki to: Historia przedstawia, jak było. Opowieść bawi się możliwościami. Niemniej owe marionetki mają swoją integralność i autor nie pozwala sobie na naruszenie ich wiarygodności psychologicznej lub naruszenie realiów stworzonego świata, więc nic nie dzieje się tu bez uwarunkowań, bez kontekstu. Zadziwiająca lektura, w tym samym momencie angażująca jak i wymuszająca dystans. Literacka gra na wyobrażonej, modelowej sytuacji - i zarazem nieodparcie sugestywna wizja. Idealnie wyważona, mało znana perełka.  

5,0/ 6



2 komentarze:

  1. Brzmi zachęcająco. Nie jestem miłośnikiem historii alternatywnych traktowanych na serio, ale bawić się elementami historii wszak można. I jak miło znów zobaczyć okładkę z tej wspaniałej serii PiW-u.

    OdpowiedzUsuń
  2. Rajmundzie, Andersch traktuje alternatywną historię jednocześnie na poważnie (w tym sensie, że jest dlań materiałem do poważnej analizy generowanych w niej sytuacji, emocji, konsekwencji i tego wszystkiego co niosłaby ze sobą GDYBY się wydarzyła) i jednocześnie z dystansem, bo nie zapomina i nie pozwala zapomnieć nam, że to tylko jego konstrukcja literacka, teatr, który dla nas zaaranżował. Z jednej strony mówo "spróbujmy rozważyć to poważnie", z drugiej - nie próbuje wciskać kitu opowiadając tak, jakby to miało realnie miejsce. Dla mnie - objawienie, choć też nie gustuję w historiach alternatywnych jako takich. Dla Anderscha jednak, jak to odbieram, "historia alternatywna" to narzędzie do rozważań, nie cel. Punkt wyjścia, nie dojścia.

    A ta seria PIW dostarczyła mi wielu wspaniałych lektur; nie wszystkie są opisane, ale to najwyżej ceniona przeze mnie seria wydawnicza (następna w kolejce - KIK). No i kapitalne są okładki niedawno zmarłego Waldemara Świerzego - marzyła mi się po jego śmierci biblioteczna wystawa tych okładkowych grafik, w większych reprodukcjach. Może kiedyś mi się uda przepchnąć przez zwierzchników i wystawić np. na rocznicę za rok...

    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń