poniedziałek, 28 grudnia 2015

Aniołowie o brudnych twarzach (James Ellroy, "Perfidia")


Tytuł recenzji z sąsiedniego bloga "Deliryczne Los Angeles" idealnie oddaje chorobliwe napięcie, gorączkową deformację rzeczywistości, pewną nad-intensywność odbioru, jaką jest przesiąknięta (by nie powiedzieć - przepocona) fabuła "Perfidii". O samym Jamesie Ellroyu pisałem już wielokrotnie, więc nie będę się powtarzał. Ale miło jest obserwować, jak pisarz świadomie rozbudowuje i splata swój dorobek na przestrzeni - bagatela - 30 lat.
Tyle bowiem minęło od powstania powieści "Tajna sprawa" (1985), która, choć nie jest zaliczana do "Kwartetu Los Angeles", wprowadza jego kluczową postać - Dudleya Smitha. Potem był właśnie "Kwartet" (1987-1992) - cztery wielowątkowe, epickie opowieści o Los Angeles lat 40. i 50., stanowiące bezapelacyjnie szczytowe osiągnięcie policyjnego noir w literaturze. Cykl ten to rzesza bohaterów od gospodarzy ratusza po szeregowych krawężników, oraz mnogość pierwszo- i drugoplanowych wątków, często wziętych wprost z życia (morderstwo Czarnej Dalii, afera Krwawych Świąt). Do tego - jest to pole krystalizowania się słynnego autorskiego stylu, od ponurej emfazy w "Czarnej Dalii" po telegraficzną kondensację w końcówce cyklu. W następnych latach pisarz zajął się historią Stanów z lat 60. i 70., oczywiście w swoim wykręconym stylu. Powstałą w latach 1995-2009 trylogia "Underworld USA" zaludnił zdegenerownymi indywiduami własnego pomysłu, a przy okazji bez pardonu rozprawił się z takim tuzami jak JFK i szef FBI J. Edgar Hoover. Oba cykle łączą też niektórzy bohaterowie. Zaś w "Perfidii" Ellroy cofa się aż do ataku na Pearl Harbor i - jak sam zapowiada - otwiera tą powieścią kolejny czteroksiąg, mający uzupełnić oba tamte cykle i spleść jedenaście (!) powieści w jedną całość, obejmującą lata 1941-1972.

W związku z tym w nowej powieści spotkamy szereg postaci znanych z poprzednich dzieł tego autora, jak również poznamy wielu nowych, a także dowiemy się konkretów o ludziach ledwie wspomnianych w poprzednich książkach. Dla czytelnika poznającego twórczość autora "Białej gorączki" jest to okazja spotkać dopiero rozwijającego skrzydła sierżanta Dudleya Smitha - największego irlandzkiego skurczybyka w policji LA, młodziutką, żądną przygód i irytująco zadufaną w sobie Kay Lake, zmagającego się z alkoholizmem porucznika "Whiskey Billa" Parkera, albo Hideo Ashidę - jedynego Japończyka na etacie w policji Miasta Aniołów. Ashida ma szczególne powody do niepokoju, jako że akcja powieści zaczyna się 6 grudnia 1941 roku, w przeddzień ataku jego pobratymców na Pearl Harbor. Pozycję Ashidy ratuje tylko mętna protekcja "Whiskey Billa" i pozycja najlepszego policyjnego chemika. Tym czterem postaciom towarzyszymy naprzemiennie, a w tle przewija się kilkadziesiąt innych twarzy. Dla miłośnika twórczości autora "Kwartetu LA" lektura "Perfidii" jest jak spotkanie ze starymi, dawno nie widzianymi przyjaciółmi. Wszystkim zaś przyda się dołączony wykaz postaci - nawet niżej podpisany nie pamiętał wszystkich powracających tu osób i kontekstów ich działalności w innych powieściach Mistrza.

Umieszczona w szczególnym momencie historycznym akcja "Perfidii" stanowi udany mariaż epickiej fabuły policyjnej (jak w "Kwartecie") i ellroyowskiej wersji powieści historycznej (jak w trylogii "Underworld USA"). Śledztwo w sprawie mordu na japońskiej rodzinie splata się akcją internowania mieszkańców LA pochodzących z Kraju Kwitnącej Wiśni. Przy tej okazji przebiega też szemrana akcja rekwizycji nieruchomości. Wśród obywateli narasta antyjapońska histeria, a przy okazji jej ofiarami padają  wrodzy wobec Japończyków, ale myleni z nimi Chińczycy. Jednym z głównych rozgrywających jest głowa Chinatown, potężny Ace Kwan. Kwan wchodzi w układ z zafascynowanym eugeniką chirurgiem - zamierzają za pieniądze operować chcących ukryć pochodzenie rasowe Japończyków. Aktywizuje się komunistyczna organizacja, inwigilowana przez policję. To wszystko odbywa się tuż obok Hollywood. Szef wytwórni filmowej jest namawiany do produkcji filmów porno. Dudley Smith sypia z Bette Davis. FBI nielegalnie podsłuchuje policjantów. Policjant sypie rodzinę przyjaciela. Wszyscy spodziewają się lada chwila ataku łodzi podwodnych na Los Angeles. W radiu nadaje rasistowski kaznodzieja Gerald K. Smith. Narastający chaos i przeczucie końca świata budzą poczucie bezkarności. Orkiestra Glena Millera gra z zapamiętaniem "Perfidię" - niczym orkiestra na "Titanicu". Nic więc dziwnego, że atmosfera jest napięta od pierwszej do ostatniej (z niemal dziewięciuset) strony. W Mieście Aniołów Ellroya każdy ma pełno za uszami, każdy próbuje bez skrupułów ugrać swoje.

Ten gąszcz wątków i epizodów splata się w tętniący pasją gorączkowy obraz, bogaty w mnóstwo mało znanych szczegółów i kapitalnych obserwacji socjologicznych. Stopień komplikacji, jak to u Mistrza, balansuje na granicy przyswajalności, ale na szczęście autor "Czarnej Dalii" powściągnął styl i powrócił nieco do bardziej klasycznej - jak na niego - formy opowiadania, znanej z "Kwartetu Los Angeles" (bo "trylogia Underworld USA" poziomem kondensacji języka przekraczała chwilami nawet moje normy). "Perfidia" to naturalne przedłużenie największych dzieł tego wyjątkowego pisarza. Pozostaje mieć nadzieję, że uda mu się planowanymi trzema powieściami spiąć w całość wielką sagę o Mieście Aniołów w równie wielkim stylu.

Ode mnie: 5,5 / 6

PS. Nie potrafię się powstrzymać, by po raz kolejny nie wyrazić wdzięczności wydawnictwu Sonia Draga za przejęcie publikowania Ellroya, porządną (nareszcie!) promocję, a także za reedycję całego "Kwartetu" w świetnie zaprojektowanych okładkach i w solidnych wydaniach. Brawo!

 


2 komentarze:

  1. Witam,
    Tajna sprawa/Krew to włóczęga, jak i cały kwartet LA,
    czyta się tak że można zapomnieć o bogu, rodzinie,
    i wszystkim dookoła, wkręca bardziej niż najlepsze kino,

    (a propo filmu widziałem ostatnio Marsjanina i srogo
    się zawiodłem, dlatego że przeczytałem wcześniej książkę,
    w której opisy myślowe bohatera bardzo mi się podobały),

    ale wracając do tematu, Perfidia to już nie ten sam Ellroy,
    czyta mi się to gorzej, mam wrażenie że co chwilę powtarzają
    się fragmenty, jest jakoś tak chaotycznie,
    wcześniejsze powieści miały ładnie ułożone wątki i dobrze się zazębiały,
    natomiast Underworld USA nie mogę strawić, nie da się tego
    składać w całość tak się rwie,

    no ale to jest mój odbiór, nie każdy się zgodzi,
    bo każdy widzi i czyta po swojemu,

    trudno jest "dzisiaj" trafić dobrą lekturę,
    przy takim zalewie literatury,
    też lubię kryminały i tym podobne,
    czytałeś Power of the Dog?, polecam...

    pozdrawiam

    Szymon

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz trochę racji w ocenie Ellroya, choć ja gorzej oceniam "Krew...". Zabrakło mi pierdolnięcia na koniec, powieść sprawia wrażenie, że zmierza donikąd - i tak tez się dzieje. Pierwsze dwa tomy "Underworldu" bardzo mi podeszły, choć są gęste na granicy przyswajalności, bliskie przeładowania. "Quartet" to oczywiście skończone arcydzieło, ze szczególnym wskazaniem na "Tajemnice LA" (boski był też film).

      "Perfidia" jednak jak dla mnie to powrót Ellroya do formy. Być może odchudzenie dobrze by tej powieści zrobiło, nie wiem też jak autor rozwiąże koneksje Dudleya z Betty Short, dla mnie to się kłóci z tym co jest w "Czarnej Dahlii" (tam chyba nawet nie ma Dudleya) i w starszej "Tajnej sprawie" (właśnie nadrabiam). Jakoś tego nie kupiłem. Ale resztę - owszem i to bez popity. Ellroy z okresy pierwszego Kwartetu raczej już nie wróci.

      Tak, znam "Power...", wstrząsająca rzecz: http://www.zaokladkiplotem.pl/2014/10/demony-narkowojny-don-winslow-z-psich.html

      Dzięki za fajny komentarz, pierwszy akapit powalający :)

      Usuń