piątek, 28 lipca 2017

Texas noir (Nic Pizzolatto, "W drodze nad Morze Żółte")

Zanim Nic Pizzolatto (rocznik 1975) stał się znany dzięki sukcesowi serialu Detektyw (2014-2015), którego był scenarzystą i producentem, napisał kilka opowiadań, osadzonych w dobrze mu znanych realiach Luizjany i Teksasu. W odróżnieniu od serialu nie są to historie kryminalne, za to pełnymi garściami czerpią z tradycji noir: opisem egzystencji bohaterów uwięzionych w życiu jak w pułapce, ale przede wszystkim fatalizmem, wyzierającym niemal z każdego zdania tych jedenastu opowieści. Niemal wszystkie postaci cechuje tu poczucie straty lub obsesyjny lęk przed nią. Próby przywrócenia jakiegoś ładu, desperackie poszukiwanie kontaktu z uciekającymi dziećmi i partnerami, czy też usiłowania nawiązania nowych relacji, z góry wydają się być skazane na niepowodzenie. Stąd tytułowe "Morze Żółte" to symbol nieosiągalnego spokoju ducha.

Zbiór opowiadań Pizzolatty, jak wiele innych, grzeszy nierównym poziomem. I nawet nie wynika on z faktu, że niektóre (Nepal, opowiadanie tytułowe, Dwa brzegi) to rozbudowane historie, podczas gdy inne to proszące się o rozwinięcie zaczątki fabuł. Nie chodzi też o język, choć od takiego MacLeoda dzieli Pizzolattę przepaść. Przez stosowanie podobnych chwytów fabularnych zbiór staje się w pewnym momencie dość przewidywalny, a jego fatalizm ociera się o infantylność. Zdaję sobie sprawę z subiektywności tych wrażeń i być może jestem niesprawiedliwy wobec bohaterów miotających się w dość beznadziejnych warunkach materialnych i emocjonalnych, ale pod koniec lektury przypomniała mi się scena z Rejsu: "Jestem sam, nie mam dziewczyny, jest mi niedobrze". Może powinienem był czytać te opowiadania w większych odstępach czasowych?…Póki co księguję jako lekkie rozczarowanie, ale z adnotacją "do ponownej lektury".

Ode mnie: 4,5


Nic Pizzolatto, W drodze nad Morze Żółte (Between Here and the Yellow Sea) ; przeł. Marcin Wróbel. Warszawa : Marginesy, 2016.




3 komentarze:

  1. A czy serial oglądałeś?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pierwszy sezon. I wiesz co - głupia sprawa, w zasadzie zrobił mocne wrażenie, ale z biegiem czasu coraz gorzej o nim myślę. Klimat posępności zbudowany jest na okultyzmie, który wydaje mi się wydumany, a wywody Rusty'ego wspominam jako strasznie pretensjonalne. Czytam teraz Ellroya - no kurde, przy nim Pizza (w obu wydaniach) to jest jak Miłoszewski przy Dostojewskim.

      Usuń
    2. Seans dopiero przede mną, więc dobrze wiedzieć, że jeżeli mi się nie w pełni spodoba (a mnie bardzo często niewpełnipodobają się oklaskiwane produkcje), nie będę osamotniony w swojej opinii. :)

      Usuń