czwartek, 29 września 2016

Szekspir na benzendrynie (James Ellroy, "Wielkie Nic")


Jest w Wielkim Nic (właściwie - Wielkim Nigdzie) scena, w której obłąkany saksofonista układa dziką, obsesyjną improwizację, której kluczowym elementem są momenty ciszy pomiędzy kontrastowymi, chaotycznymi sekwencjami. To dobra metafora powieści Ellroya, w której pomiędzy obrazami spektakularnej, wymyślnej przemocy fizycznej i psychicznej kluczowe są krótkie chwile, w których bohaterowie oddają się introspekcji. A mają nad czym myśleć. U porucznika Mala Considine'a trauma wojenna ściśle splata się z toksycznym małżeństwem i walką o opiekę nad pasierbem. Młody, nabuzowany idealizmem detektyw Danny Upshaw prowadząc śledztwo w sprawie serii "pedziobójstw" ("homocide") odkrywa własne trudne do zaakceptowania skłonności. Turner "Buzz" Meeks - "najbardziej skorumpowany gliniarz w LA" - lawiruje między policyjną robotą a fuchami u Mickeya Cohena, bossa półświatka, w dodatku bezczelnie podbierając mu dziewczynę. Wszyscy trzej zostaną wplątani w inwigilację związków zawodowych w Hollywood, w której to grze każdy z nich może sporo wygrać. Ale nic nie będzie proste i łatwe, jak to u Ellroya. Zwłaszcza, że jednym z zaangażowanych jest owiany ponurą sławą porucznik Dudley Smith (pojawił się już w Tajnej sprawie), który gra wyłącznie na siebie i jest w tym bezwzględnie skuteczny.


Bohaterowie Wielkiego Nic wyjątkowo, jak na twórczość autora Czarnej Dalii, budzą sympatię. Mala Considine'a jest zwyczajnie szkoda, bo to przyzwoity facet, który z dobrego serca zmarnował sobie życie osobiste i teraz poprawą pozycji służbowej próbuje dość rozpaczliwie uzyskać lepszą pozycję w rodzinnej wojnie sądowej. Młody Upshaw napina się dla kariery, ale nie radzi sobie z zaangażowaniem emocjonalnym w prowadzone przez siebie śledztwo; w dodatku nie ogarnia własnych uczuć i to go ostatecznie zgubi w wyjątkowo okrutny, niezasłużony sposób. Nawet nieco odstręczający Buzz Meeks nie jest jakimś potworem - to po prostu niezły kombinator, grający na dwa i więcej frontów, wysługujący się a to topowemu gangsterowi LA, a to prokuratorowi (znany z Dalii śliski jak zawsze Ellis Loew), a to filmowemu magnatowi (Howard Hughes, pojawi się później w trylogii Underworld USA); w dodatku wątek straceńczego zadurzenia nadaje zawadiackiego rysu temu zwalistemu i raczej topornemu indywiduum.

Ta - druga z kolei - część Kwartetu Los Angeles kończy się też wyjątkowo przygnębiająco, zwłaszcza jeśli się wie, że losy ocalałych dopełnią się już niedługo, na początku Tajemnic Los Angeles. To tak jakby Szekspir pozwolił Romeowi zwiać z Julią do Wenecji, a potem wykończył go w pierwszej scenie Otella. Jeśli zaś Wielkie Nic ma słaby punkt, to może być nim wątek inwigilacji związków zawodowych i organizacji lewicowych w Hollywood - ale cóż, powieść zaczyna się w Nowy Rok 1950, a histeria na tle "czerwonej zarazy" i antykomunistyczne polowanie na czarownice to nieusuwalny rys tamtego okresu. Niektórych może to nużyć (mnie akurat nie). Pod każdym innym względem Wielkie Nic to smoliście czarny, gęsty od klimatu policyjny dreszczowiec z elementami horroru (sic!) w bezkompromisowym i niepoprawnym politycznie wydaniu, na jakie stać tylko tego pisarza. Królów i królowych kryminału może być wiele. Cesarz jest jeden.

Ode mnie: 5,0 / 6


James Ellroy, Wielkie Nic (The Big Nowhere) ; tł. Violetta Dobosz, Izabela Pawlak. Toruń : C&T, 2003.

2 komentarze:

  1. Namówiłeś mnie, niestety właśnie wróciłem z biblio i ktoś mi sprzątnął "Czarną dalię" sprzed nosa :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Próbuj do skutku, po "Dalii" będziesz wiedział czy J.E. ci podchodzi czy nie. A to jedna z najlepszych jego książek. Tylko filmu przynajmniej przed czytaniem nie tykaj, bo nieudany. Po przeczytaniu zresztą też nie warto.

      Usuń