czwartek, 10 sierpnia 2017

Absolutna sprawiedliwość, chłopcze (James Ellroy, "Tajemnice Los Angeles")

W trzecim tomie "Kwartetu Los Angeles" Ellroy doprowadził do punktu szczytowego wypracowaną przez siebie formułę dramatu policyjnego. O ile w poprzedzającej cykl Tajnej sprawie zachował jeszcze względną prostotę, koncentrując akcję wokół jednej postaci, to już w Czarnej Dalii pokusił się o epicką panoramę pracy policyjnej, mnożąc bohaterów drugiego planu i wątki. W Wielkim nic rozbił narrację na trzech policjantów i tyleż prowadzonych przez nich śledztw, które toczą się w zasadzie równolegle i zazębiają dopiero pod koniec. Powtarzając ten zabieg w Tajemnicach... perfekcyjnie zbalansował wielowątkową konstrukcję, unikając błędu jakim obarczony był tom poprzedni (średnio ciekawy wątek związkowy). No i oparł całość na trzech doskonałych filarach - bohaterach.

Wendell "Bud" White. Detektyw Wydziału Zabójstw, z obsesją na punkcie damskich bokserów i morderców kobiet (ojciec zatłukł mu matkę na jego oczach). Niezbyt lotny, za to niebywale silny. 

Edmund Exley. Detektyw Wydziału Zabójstw. Piekielnie inteligentny i ambitny. Syn słynnego policjanta, z którego sławą będzie musiał się sam kiedyś zmierzyć. W pracy powszechnie znienawidzony za donoszenie na kolegów w głośnej sprawie "Krwawych Świąt".

Jack Vincennes, "Wielki Vi". Detektyw Wydziału Narkotyków. Czysty od kilku lat. Jego pasją jest praca przy serialu Chlubna odznaka, którego jest konsultantem. 

Moment jest szczególny: Los Angeles po aresztowaniu bossa półświatka Mickeya Cohena to anarchistyczny bałagan, w którym nikomu nieznane lotne zespoły strzelców zaczynają eliminować graczy. Policji to na rękę, bo bandyci przyczaili się i siedzą cicho. Ale najwyraźniej komuś zależy na przejęciu brudnych interesów.

Wskutek splotu okoliczności każdy z trójki policjantów trafi na śledztwo, w które zaangażuje się ponad miarę. White obsesyjnie tropi mordercę i gwałciciela prostytutek. Jedną z nich, nieletnią, zdążył poznać tuż przed śmiercią, co tylko napędza go w śledztwie. Uważany za tępego mięśniaka, z trudem składa poszlaki w większe całości. A związek z pewną byłą luksusową prostytutką zaprowadzi go niebezpiecznie blisko pewnych dziwacznych "świerszczyków". A Bud ukrywa swoje półprywatne śledztwo przed zwierzchnikiem - znakomitym policjantem Dudleyem Smithem.

Exley mierzy się z kluczową dla jego przyszłej kariery sprawą masakry w kawiarni Nite Owl. Zadowolony z błyskotliwego i chlubnego rozwiązania sprawy, stanie przed faktem, że u jego podstaw legły fałszywe zeznania, a związek z będącą kluczowym świadkiem ofiarą pewnego gwałtu nie upraszcza sprawy. W dodatku morderstwo sprzed lat z dossier jego wybitnego ojca wraca w najmniej oczekiwanym momencie.

Zaś Wielki Vi idzie śladem producenta pewnych dziwacznych "świerszczyków" z udziałem luksusowych prostytutek, a tropy zaprowadzą go w kręgi biznesowe i jeszcze takie, o których mu się nie śniło. No i kto by przypuszczał, że w Nite Owl zginęła inna osoba niż wykazała identyfikacja? 

Wbrew pozorom nie zdradzam zbyt wiele, bo licząca prawie 600 stron (w najnowszym wydaniu od Sonia Draga) książka to prawdziwa policyjna epopeja, rozciągnięta na osiem lat. Ellroy zaludnił ją rzeszą bohaterów - policjantów, prokuratorów, biznesmenów, podejrzanych i ofiar, przy czym nierzadko role te są zmienne. W efekcie fabuła jest tak skomplikowana, że nie od rzeczy jest zaproponować czytelnikowi prowadzenie własnej kartoteki osobowej, by nie pogubił się w gąszczu nazwisk i faktów napotykanych na przestrzeni lat opowieści. Pod tym względem Tajemnice... przypominają dzieła Davida Simona - serial The Wire, ale przede wszystkim giga-reportaż o pracy baltimorskiego Wydziału Zabójstw Ulice śmierci. Tak wysoki poziom zagmatwania stawia samego czytelnika w pozycji śledczego, który wraz z bohaterami usiłuje łączyć luźne końce wątków. Ale nie należy się przerażać - tu wszystkie elementy mają swoje miejsce, klocki wskakują gdzie trzeba.

Istotnym elementem konstrukcji jest też język. Ellroy w jeszcze większym stopniu niż w poprzednich powieściach dąży do kondensacji, często podaje sceny w oddzielanych myślnikami równoważnikach zdań. To błyski - spostrzeżenia, nagłe skojarzenia faktów, obraz w polu widzenia w scenach akcji. Doskonale tworzy napięcie i zmusza do koncentracji. Nie znam drugiej książki o takim stopniu napięcia. Nie brak tu też doskonałych, ciętych dialogów. Wisienką na torcie jest scena przesłuchania trzech czarnych podejrzanych przez Exleya - jestem przekonany, że to najlepsze przesłuchanie w literaturze. Maksymalne napięcie, sprzeczne sygnały, zaskakujące odkrycia i nieoczekiwana, gwałtowna kulminacja. Mistrzostwo. Niemała część wydarzeń podana jest też w formie artykułów prasowych i raportów policyjnych, co tylko potęguje autentyzm i poszerza kontekst. Przewijają się tu gwiazdy kina (Lana Turner) i autentyczni gangsterzy (Johnny Stompanato), a wszystko razem tworzy epicki i pełen brudów portret Miasta Aniołów, jakiego nie było w literaturze kryminalnej od czasów Raymonda Chandlera. 

Ellroy wygrywa umiejętnie łącząc na wskroś nowoczesną dynamikę narracyjną z tradycją noir. Drapieżną opowieść oparł na bohaterach, z których każdy jest zupełnie inny, ale wszyscy trzej noszą w sobie piętno chandlerowskich i hammettowskich prywatnych detektywów. Z tym, że u niego wszystko jest podrasowane: konflikty są ostrzejsze, emocje - gwałtowniejsze, przemoc - bardziej bezkompromisowa, a wybory - trudniejsze. Każdy z trójki policjantów będzie musiał zmierzyć się z własnymi demonami, przejść próbę na najbardziej osobistym polu i zdefiniować siebie na nowo. A także wybrać między etyką i pragmatyzmem, bo z jednej strony jest "absolutna sprawiedliwość", jak twierdzi ojciec Eda Exleya, z drugiej - jak cynicznie uważa Dudley - tylko "ograniczanie, chłopcze". Każdy wybór ma swoją - wysoką - cenę.

A po tym wszystkim trzeba jeszcze móc spojrzeć w lustro.

Ode mnie: 6 / 6


Jeszcze krótko o filmie Curtisa Hansona z 1997 r.
Uznawana dziś za arcydzieło neo-noir ekranizacja to przykład doskonałego zrozumienia skomplikowanej materii fabularnej. Łączy dynamiczną narrację z widocznym hołdem dla tradycji gatunku. Muzyka Jerry'ego Goldsmitha wprost odwołuje się do Na nabrzeżach (1954) Leonarda Bernsteina, a kadry Dante Spinottiego to połączenie stylowego operowania światłem z kreatywnością (wykorzystanie luster weneckich w scenie przesłuchania!). Ale do historii przeszedł też jako arcydzieło inteligentnej adaptacji. Scenarzysta Brian Helgeland skompresował kolosalną strukturę powieści, skrócił w czasie, przerzedził drugi i trzeci plan z epizodycznych bohaterów, a przy tym - o dziwo - zachował wysoki poziom skomplikowania intrygi. Niektóre wątki połączył na nowo w mocniejsze niż w powieści struktury, przenosząc najważniejsze detale w nieco inne miejsca, a nierzadko przepisując całe sceny w zmienionej konfiguracji osobowej. Dorzucił też własne istotne nitki, utrzymane ściśle w duchu oryginalnego materiału - w powieści nie znajdziemy m. in. jakże istotnego dla filmu Rollo Tomasiego. Zyskali na tym także bohaterowie, spleceni w ciaśniejszym klinczu zależności i scharakteryzowani za pomocą wyrazistych scen i detali. Scenariusz Helgelanda to wręcz podręcznikowy przykład twórczego podejścia i idealnie trafionych własnych pomysłów adaptatora. Jakość filmu opiera się też na kapitalnej obsadzie. Russel Crowe (Bud White) i Guy Pearce (Ed Exley) - wówczas niezbyt jeszcze znani aktorzy z Australii - wprost kipią skrywanym napięciem, a Kevin Spacey z cudowną nonszalancją bryluje jako Jack Vincennes. Stylowo wypadł drugi plan - zwłaszcza myląco dobroduszny James Cromwell (Dudley Smith). Zaskakująco - pod okiem reżysera, który niczym wybitnym wcześniej nie zasłynął, a który tym razem wykazał się wirtuozerskim wyczuciem stylu i napięcia, powstał film będący czystą esencja policyjnego noir. Jego znajomość nie psuje lektury książki, gdyż obejmując wszystkie jej główne wątki, jednocześnie zawiera jedynie około połowy powieściowej materii. Do takich filmów pasuje jak ulał słowo: "kongenialny".


James Ellroy, Tajemnice Los Angeles (L.A. Confidential) ; Przeł. Wojciech Kallas. Katowice : Sonia Draga, 2015.




4 komentarze:

  1. Coś czuję, że w młodości z wypiekami na twarzy oglądałeś "997" z Fajbusiewiczem. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akurat nie :) Ale amerykańskie kryminały już tak - od tych z lat 40. (Sokół maltański, Wielki sen), przez falę z lat 70. (Francuski łącznik, Bullitt, Chinatown, Serpico), aż po "Ścieżkę strachu" Coenów - wiesz, cała ta amerykańska otoczka jest dużo bardziej atrakcyjna niż siermiężny milicyjny PRL. Nawet Borewicz do mnie nie trafiał. Na tym tle "Tajemnice..." oglądane w kinie to był istny eyegasm i eargasm :) Zresztą dokładnie 20 lat temu. No i tak zostało, po Ellroyu wszyscy współcześni pisarze kryminałów nudzą mnie niezmiernie, może tylko Nesbo daje radę. To trochę podobnie jak zesternami - jak sie zna na pamięć Peckinpaha, Leone, Forda i Eastwooda to współczesne westerny nie wytrzymują porównania. Zdarzają się ciekawe i w zasadzie staram się nie przepuszczać, ale - jak to mówią - czapy nie zrywa, moszny nie czochra :) Pozdro.

      Usuń
  2. Michale, czytając między wierszami, dostrzegam zarówno entuzjastyczne nastawienie do prozy Ellroya, jak i znawstwo w obrębie tzw. czarnego kryminału amerykańskiego :) Przyznaję, że w tym obszarze mam spore jeszcze braki, a wszelka winę zrzucam na karb braku ochoty na podobne intrygi, ktora męczy mnie od dłuższego już czasu. Wiosną wprawdzie przeczytałem kilka tomów Nesbo, ale wiedz, że jestem przynajmniej aktywny na innym polu - otóż niedawno zmobilizowałem się i zostawiłem w swojej bibliotece wniosek o dokupienie pozostałych 3 części cyklu "L.A. Quartet ", bo posiadamy (o zgrozo!) tylko 'Białą gorączkę".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i brawo. Też tak robię u siebie, tzn. zgłaszam zauważone braki i tytuły, które chciałbym przeczytać. Dzięki temu nie muszę kupować sam, a i inni korzystają :) Poza tym, bądźmy szczerzy, nie zgłaszamy zapotrzebowania na chłam, tylko będąc w miarę wyrobionymi czytelnikami - na książki na jakimś sensownym poziomie. Z korzyścią dla wszystkich.

      Usuń