piątek, 6 października 2017

Przerost formy (E. L. Doctorow, "Jezioro Nurów")





Czwarta powieść Doctorowa, opublikowana po pięcioletniej przerwie (1980), jest pod względem formalnym kontynuacją wielowątkowej konstrukcji poprzedzającego ją Ragtime'u, zaś pod względem fabularnym - wariacją na temat głośnej w swoim czasie Tragedii Amerykańskiej (1925) Theodore'a Dreisera. Dzieło to, osnute zresztą na faktach, to taka zaoceaniczna wersja Zbrodni i kary. Morderstwo, jakie na swojej ciężarnej kochance popełnił młody chłopak, poddane zostało drobiazgowej trzytomowej analizie, przedstawiającej w zniuansowany sposób (głównie monologami wewnętrznymi) życiorys chłopaka i jego uwarunkowania społeczne.

Doctorow, który już w poprzedniej powieści umieścił symboliczną scenę z Theodorem Dreiserem poszukującym idealnej formy dla zamierzonych znaczeń, odwołuje się doń pośrednio już w tytule powieści - jest on tożsamy z nazwą jeziora, nad jakim toczy się akcja filmu Miejsce pod słońcem (1951), będącego niczym innym niż ekranizacją powieści Dreisera (z tym, że w tekście literackim jezioro nazywa się inaczej). Oś fabularna, kiedy już uda się ją poukładać, jest swoistą trawestacją fabuły Dreisera. Uznając za bezcelowe wyliczanie podobieństw można stwierdzić, że Doctorow już od samego początku inaczej ustawia akcenty, zastępując bohatera o usposobieniu romantycznym - młodym włóczęgą w sowizdrzalskim, bezczelnym stylu. Przesuwa też akcję z przełomu XIX i XX wieku na lata 1930, co daje okazję do portretu Ameryki doby wielkiego kryzysu. Perypetie młodego Joego z Patersonu vel Joego Patersona vel Josepha Korzeniowskiego (sic!) zahaczają o groteskowy cyrk objazdowy, środowiska robotnicze i związkowe, a przede wszystkim o luksusową rezydencję w górach Adirondack w stanie Nowy Jork, w której poznaje - oprócz bajecznie bogatego właściciela - marzącą o ucieczce dziewczynę gangstera oraz zakochanego w żonie gospodarza niespełnionego poetę. W ostrym portrecie różnic ekonomicznych w Ameryce, zwłaszcza w części poświęconej fabryce, w której pracuje Joe, czuje się lewicową wrażliwość Doctorowa. Natomiast wątek romansu z dziewczyną gangstera i ucieczki przed jej "właścicielem" zapowiada późniejszego o niemal dekadę Billy'ego Bathgate'a. Z kolei - w wyraźnej i celowej opozycji do dzieła Dreisera - Doctorow funduje nam w zasadzie happy end, ale taki, za który ceną jest utrata osobowości. Bo cóż z bogactwa, kiedy nie jest się już sobą?

Formalnie autor Księgi Daniela nadal eksperymentuje z powieściową formą i pod tym względem Jezioro Nurów jest jego najbardziej chyba awangardowym dziełem aż do powstania Miasta Bożego (2000). Przeplata narracje pierwszo- i trzecioosobowe, zmienia punkty widzenia od Joego do poety Penfielda, raczy nas (nienajlepszą) poezją tego drugiego, monologami wewnętrznymi i dokumentami w typie dossier. No i zapomnijcie o chronologii. W efekcie powstała książka, która na przemian intryguje i irytuje, bo interesującą, pełną paradoksów i bogatą w emocje historię podaje w sposób, który co rusz wybija z rytmu. Jakkolwiek niektóre z tych zabiegów (niektóre monologi wewnętrzne, część z zaburzeń chronologii, bezdyskusyjna narracyjna swada autora w partiach tradycyjnej prozy) dobrze się bronią, to zbyt wiele tu elementów, których istnienie trudno zaakceptować, i - co gorsza - uznać za zasadne w takich ilościach jak zaserwowane (dotyczy to zwłaszcza wierszy Penfielda i części mętnych monologów wewnętrznych). Zbyt wielki w stosunku do powieściowych potrzeb jest też sumarycznie rzecz biorąc chaos w chronologii. I nawet jeśli ostatecznie opowieść trafia do celu, to wydaje się, że skomplikowanie formy powyżej pewnego poziomu niszczy jej czytelność, w zamian nic już nie wnosząc do jej znaczeń. Słowem - lekki przerost formy nad treścią, ze szkodą zarówno dla jednej jak i drugiej.

Ode mnie: 3,5 / 6


E. L. Doctorow, Jezioro Nurów (Loon Lake) ; przeł. Mira Michałowska. Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy, 1991.

5 komentarzy:

  1. Ja przeważnie lubię eksperymenty z formą, ale zgadzam się, że przesada może prowadzić do przesytu. Ciekaw teraz jestem, czy ta powieść przekracza mój osobisty próg tolerancji na takie zabiegi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie akurat tutaj nie podeszło. Też nie jestem przeciwko eksperymentom, ale w tym konkretnym przypadku niewiele wniosły, mam wrażenie. Przynajmniej niektóre zabiegi. Zabrakło może redaktora ;)

      Usuń
  2. Leży na półce jako antykwaryczna zdobycz. Nawet zacząłem ją kiedyś czytać, ale po 70 str. troszkę się pogubiłem, właśnie przez brak chronologii czy nieustanne żonglowanie a to różną narracją, a to wymieszaniem osobistych wywodów z poezją, która akurat mnie ażtak mocno nie zraziła (jak na 1/3). Spodziewałem sie innego tempa i konstrukcji, ale i tak wiem, że ją przeczytam, na pewno szybciej niż "Wystawę światową"! :)
    No i teraz już wiem, że trzeba się do "Jeziora..." odpowiednio nastroić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja z perspektywy czasu - czytałem drugi raz po bodaj 20 latach - stwierdzam, że to po prostu najmniej udana ze znanych mi powieści ELD. Ale nie znam jeszcze "Miasta Bożego" (podobno też zakręcone) i "Umysłu Andrew".

      Usuń
  3. A mnie się Jezioro bardzo podobało, choć przeczytałam je że 20 lat temu, podobnie Ragtime i Miasto Boze. Uwiodl mnie niesamowity klimat tej książki, tak że pamiętam go do dziś. Ale gusta są różne... I dobrze.

    OdpowiedzUsuń