wtorek, 15 marca 2011

Wszystko czynię nowe (E. L. Doctorow, "Marsz")

W 1864 r., czwartym roku wojny secesyjnej w Ameryce, generał Północy William Tecumseh Sherman na czele 60-tysięcznej armii przemaszerował po przekątnej całego stanu Georgia w kierunku Atlantyku, i dalej, w poprzek obu stanów Karolina. Po drodze grabił plantacje, niszczył płody rolne, wybijał inwentarz, palił domy, farmy i rezydencje i równał z ziemią całe miasta. W efekcie tej krwawej operacji rzucił na kolana Południe i ostatecznie przypieczętował zwycięstwo Unii. Był przy tym pierwszym dowódcą, który zastosował taktykę wojny totalnej, druzgocząc potencjał gospodarczy i morale przeciwnika. Pozostawił po sobie stukilometrowej szerokości pas spalonej ziemi (w tym - co wiadomo z "Przeminęło z wiatrem" - ruiny Atlanty), oraz budzącą grozę sławę.


Do tych wydarzeń powraca w swojej nowej powieści "Marsz" ceniony w swoim kraju (u nas jakby mniej) amerykański pisarz E. L. Doctorow. Ale niezbyt interesuje go militarny przebieg operacji, tylko raczej jej wymiar historyczno-socjologiczny. Koncentruje się bowiem na zdumiewającej populacji, która ciągnie za armią Shermana, stale się po drodze powiększając. Stanowi ona zbieraninę białych i czarnych, mężczyzn, kobiet i dzieci, Jankesów i Południowców, oficerów i cywili, byłych niewolników i ich byłych właścicieli. Ludzi nagle wykorzenionych z życia, przemieszczających się nie tyle samodzielnie, co niejako niesionych wiatrem historii. Pozbawionych nagle domów i dobytku, ale jednocześnie budujących nowe schronienia na gruzach starego porządku. Szukających nowych punktów odniesienia w świecie, w którym dotychczasowy porządek przestał istnieć z dnia na dzień. Jednocześnie ofiar i zwycięzców.
Ruiny Columbii w Karolinie Pd. (Wikimedia Commons)

By oddać ten wszechogarniający "wiatr historii", Doctorow sięga do polifonicznej, wielowątkowej narracji, podobnie jak w swoim najsłynniejszym dziele, "Ragtime". W efekcie Marsz nie ma jednego, głównego bohatera. W centrum uwagi jest tu cała zbiorowość, z której autor przybliża nam wybrane, w pewnym sensie przykładowe, jednostki: byłą niewolnicę imieniem Pearl; jankeskiego chirurga, pułkownika Sartoriusa; Emily Thompson, pozbawioną domu córkę sędziego z Południa; czy Arly'ego i Willa, zabłąkanych żołnierzy konfederackich. Ale są oni zanurzeni w stale przemieszczającej się rzeszy ludzi, a nad nimi wszystkimi unosi się cały czas duch generała Shermana - po części anioła zagłady, po części stworzyciela nowego porządku. To właśnie on, który ma ogląd Marszu niejako z góry, snuje w powieści najgłębsze rozważania historiozoficzne - jest przecież w ścisłym sensie twórcą historii, jego działanie ma dla ludzi moc niemal równą boskiej.

gen. William T. Sherman w 1865 r.
(Wikimedia Commons)
To między innymi dzięki temu dystansowi, który daje postać Shermana, i który pozwala na szerszą refleksję, wielki marsz pod piórem Doctorowa staje się też czymś więcej - opowieścią o ludziach postawionych wobec wielkich przemian, o nomadycznej zgoła wędrówce, zaskakującą z jednej strony analogiami do naszych czasów, z drugiej - przywołującej dawne, archetypiczne wędrówki ludów od "Księgi Wyjścia" począwszy. A jak było naprawdę? Doctorow nie ukrywa w wywiadach, że jego powieści więcej zawdzięczają twórczej wyobraźni, niż badaniom historycznym. Oddanie ducha epoki i siła metafory, zamknięta w dynamicznej pisarskiej wizji, wydają się ważniejsze, niż absolutna wierność faktom. Wobec sugestywnego realizmu tej prozy, wobec jej wręcz filmowej barwności, miłośnikowi powieści historycznej trudno pozostać obojętnym. Zresztą Doctorow nie wypacza przecież przebiegu rzeczywistych wydarzeń, a jedynie wypełnia tętniącą życiem materią suchy historyczny przekaz. Książka historyczna w moim wydaniu to taka, która tworzy historię literatury - stwierdził autoironicznie w jednym z wywiadów pisarz, za swoją powieść nominowany w 2006 r. do Nagrody Pulitzera.

5 / 6

E. L. Doctorow, Marsz (The March) ; przeł. z ang. Barbara Cendrowska-Werner. Warszawa : Bellona, 2006.

Książka dostępna w WBP w Lublinie

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz